Zima. Śnieg. Patrzę przez okno autobusu. Ile myśli bezpowrotnie ucieka w każdej mijającej chwili...?
Ciągle czuję to niezrozumiałe napięcie. Zmęczenie.
Ludzie wsiadają i wysiadają, ruch, zgiełk, tłok. Przepychanki. Poprzyginani staruszkowie podpierający się laskami nagle w cudowny sposób ożywają się. Pełni wigoru i energi, szybcy i zręczni niczym afrykańskie gazele, dopadają wolnych miejsc. Są zdeterminowani i bezpardonowi w walce o fotele. Obserwacja z jakim wdziękiem pokonują przeszkody napawa mnie zdumieniem. Pewnie nie potrafiłabym tak... Staruszka przypominająca wyglądem skarowaciałego, zasuszonego gnoma bezceremonialnie żąda ustapienia jej miejsca tuż przy drzwiach. Skrzekliwym i szczekliwym głosem oznajmia: "Pan stanie! Ja tu chcę usiąść!". Mężczyzna podnosi zdziwiony wzrok, ale to w żaden sposób nie zbija z tropu wojowniczej babci. "I co się tak patrzy?! Niech staje mówię!!!". Mężczyzna słabym głosem wskazuje kobiecie miejsce nieco dalej. "Nie bedzie mnie miejsc wybierał! Wiem gdzie chce siedzieć! Niech staje wreszcie!". Kobieta podnosi głos i tupie nogą. Zmieszany mężczyzna podrywa się na nogi i coś cicho mamrocząc przesuwa się na tył autobusu. Przedstawienie skończone.
Samo życie. Nawet w autobusie wyścig szczurów.
Zamykam oczy. Nie mogę dłużej na to patrzeć. Z głośnika zapowiadają, że za chwilę będzie mój przystanek. Otworzę oczy. Wysiądę.
