PIĄTEK, 30 lipca 2010
Julity, Ludmiły, Zdobysława


ee
– A ty jak się masz? – spytał Puchatek? – Nie bardzo się mam – odpowiedział Kłapouchy. – Już nie pamiętam czasów, żebym jakoś się miał. Hmm... jestem Kłapouchym?

63.

Heh... i jednak D. jedzie do Vancouver. Cieszę się ogromnie. No cóż jakoś wytrzymam ten miesiąc jeszcze :)

Ale nie praca mnie martwi. W pracy sobie poradzę. Martwi mnie to, że znowu pewne sprawy odkładam na później. Im dłużej zwlekam tym jest trudniej...

Poza tym martwię się o znajomą. Te lekarki w naszej poradni sa beznadziejne!!! Niby nic kobiecie nie stwierdziły, nie zleciły najmniejszego badania... Taa jasne - temperatura 40C to drobnostka, to nic. Nie warto się temu przyglądać z bliska bo to zwykła grypa według nich. 

A ona teraz walczy o życie bo się okazało, że to sepsa była. I nie wiem co z nią będzie :(. Mam nadzieję, że z tego wyjdzie bo ma silny organizm.

Smutne, że w rękach takich pań jest życie tak wielu nieświadomych ludzi...

 

I tak mi jakoś niewesoło jest :(

Słucham Michała Łanuszki. Poezja śpiewana zawsze mnie uspokaja. Jest taka piosenka "On pragnie szaty niebios" - szczególnie mi ona przypadła do gustu. To w sumie wiersz Yetsa ;). Juz sam wiersz jest piękny ale w połączeniu z melodią to majstersztyk :). Zresztą zobaczcie sami:

Gdybym miał niebios wyszywaną szatę
Z nici złotego i srebrnego światła,
Ciemną i bladą, i błękitną szatę
Ze światła, mroku, półmroku, półświatła,
Rozpostarłbym ci tę szatę pod stopy,
Lecz biedny jestem: me skarby - w marzeniach;
Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy;
Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach.

:)

62.

Liczę już dni... nie ja liczę godziny do powrotu D. Jeju jak mi ona w poniedziałek zadzwoni, że jednak jeszcze nie wraca to padnę z wyczerpania... Oczywiście wiem, że nie padnę bo wiem, że to co ona robi w tej chwili jest bardzo ważne. I trzymam kciuki żeby efekty jej pracy zobaczył cały świat :). A co mi tam - przetrzymam jeszcze ten luty!

W sumie wiem na co się godziłam i godziłam się na to świadomie ale nie sądziłam, że praca aż tak bardzo da mi się we znaki. Dzień w dzień blisko 12 godzin poza domem. Normalni ludzie mają chociaż weekend wolny a ja kurde nie!

Obiecałam sobie, że nie będę narzekać a od kilku dni nie robię nic innego tylko narzekam. Ach może to z przepracowania ;).

No nic, jest dobrze Polacy pokonali Czechów :) :) :)

61.

Ech... dawno mnie tu nie było.

Ostatnio na nic nie mam czasu. Praca zaczyna mi się dawać we znaki. Od początku roku bez ustanku dwa etety i jeszcze weekendy zajęte. Już nie pamiętam kiedy odpoczywałam, już nie pamiętam kiedy ostatni raz wróciłam do domu o normalnej porze...

Byle tylko wytrwać do końca stycznia! Nie poddać się!!! To już tak niewiele... i będzie trochę luzu, będzie trochę spokoju...

60.

Półtorej tygodnia spóźniona ta zima przybyła. Zawsze marzę o takich zaśnieżonych, bajkowych świętach ale jak się okazuje nic z tego ;). 

Od rana bez ustanku sypie i sypie. Zasypało już cały świat. Wyciągi ruszyły pełna parą. Do miasteczka zjechali turyści obładowani nartami i innego rodzaju deskami. Zrobił się straszny ruch dzisiaj. Ludzie wokoło wydaja się być tacy szczęśliwi i uśmiechnięci. Zazdroszczę im... Tez kiedyś tak się cieszyłam...

A teraz wciąż się boję nart. Od wypadku minęło już 10 lat a ja wciąz się boję założyć deski na nogi :(. Próbowałam przezyciężyc ten lęk ale nie potrafię. Z roku na rok obiecuję sobie, że wygrzebię narty i ruszę na stok ale nie potrafię, nie umiem... To coś tkwi we mnie jak zadra i ciągle mi sie wydaje, że to było wczoraj.

Ciągle widzę krzyki tych ludzi porywanych w dół, słyszę wycie karetek, widzę panikę, słyszę płacz... i ten śmigłowiec złowróżbnie kołujący nad głową... I widzę tę otchłań, która mnie porywa a ja nie potrafię się wyrwać... Nie wiem czy kiedykolwiek oswoję się z tym wydarzeniem....

Kocham góry a jednocześnie ich nienawidzę. Nie umiem bez nich żyć a z drugiej strony chcę być od nich jak najdalej.... Ach...