O. pracuje u nas bardzo długo. Zdecydowanie dłużej niż ja. W hierarchii naszych zawodowych pozycji zajmuje ostatni, najniższy szczebelek. Krótko mówiąc jest sprzątaczką. To, że jest sprzątaczką nie znaczy, że jest gorszym człowiekiem. Nie wszyscy niestety to rozumieją i to mnie bardzo boli bo O. jest naprawdę fantastyczną osobą. Zawsze mam do niej wielki szacunek. Jest DDA, wychowywała się w domu dziecka, ledwo co skończyła szkołę podstawową, życie bardzo ją doświadczyło a mimo to nie poddała się, walczyła. Pracuje, założyła rodzinę etc.
O. ma jedną wadę. Mianowicie swego czasu brała mnóstwo kredytów – nie wspominając o nich mężowi. Za kredyty kupowała bzdury – kamerę, aparat, kino domowe etc. Tak jakby chciała sobie wynagrodzić to, czego nie miała w dzieciństwie. Powiedzmy, że to akurat jest zrozumiałe. Niezrozumiałe dla mnie jest to, że nikt jej nie uświadomił jakie skutki może mieć takie ciągłe korzystanie z kredytów. Wszyscy w pracy o tym wiedzieli a każdy milczał.
Dla niej branie tych kredytów w przeróżnych bankach było jak nałóg. Tylko czy branie kredytów może być nałogiem?
Od pewnego czasu ma kłopoty ze spłatą zadłużenia – w sumie nie dziwię się temu. Wcześniej czy później musiało do tego dojść. Tyle, że teraz już stało się to niebezpieczną zabawą bo przyznała się, że ktoś jej groził w związku z tymi długami.
I co ja na to? Poszłam do banku wyciągnęłam z konta 500 zł i po prostu jej dałam. A teraz nie wiem czy dobrze zrobiłam i się waham. Ona prawdopodobnie nie odda mi tych pieniędzy bo skąd weźmie. I jakoś tak mi smutno bo ta kasa była przeznaczona na pewien ważny cel. I denerwuje mnie to, że ona zamiast przyznać się mężowi kryje to przed nim a pomocy szuka u zupełnie obcych osób. Ach…
Z dobrych rzeczy to pierwiosnka dzisiaj widziałam. Taki dzielny przebił się przez zwały śniegu i oznajmił światu, że jest nadzieja na wiosnę :)