[ R E K L A M A ]



Pomarudzę sobie anonimowo, Tylko tak można marudzić bezkarnie.

Wiosna

Nie ma to jak zrobić sobie mętlik w głowie. Nie wiem co mnie podkusiło,żeby powiedziec mu o tym,że wyjeżdżam. Do maja daleko. Mogłam milczeć, mogłam mieć święty spokój, zakłócany jedynie załatwianiem wszystkich formalności związanych z przeprowadzką i rują mojej kotki (boże, dlaczego dałeś kotom tak szeroki repertuar nieznośnych dla ludzkiego ucha dźwięków...)

Chlapnęłam językiem o jeden raz za dużo i teraz mam- codzienne niemal dręczenie mnie pytaniem- co z nami?

Z jakimi "nami"?- zadałam pytanie żywcem wyciągnięte z jakiegoś trzeciorzędnego romansu. W odpowiedzi otrzymałam święte oburzenie, deklaracje i obietnice bez pokrycia. Już nie ma gadania o "wolnym związku", potrzebie przestrzeni życiowej, niechęci do stabilizacji i o tym,że jest jeszcze czas,że na wszystko pora przyjdzie ale nie teraz, bo przeciez życia szkoda na takie pierdoły jak dom czy dzieci. Wystarczyło słowo "wyjeżdżam",żeby osobnik płci męskiej poczuł nagłą i palącą potrzebę prokreacji i rozniecenia ogniska domowego.

No i nie wiem...

I w dodatku skupić się nie mogę, bo kocica marcuje.

 

Wiosna idzie.

Krok pierwszy- decyzja

Decyzja, z którą nosiłam się długo w końcu została podjęta. Oczywiście- nie przeze mnie. Tak to już jest- jak sie nie ma odwagi o czymś zadecydować to "coś" tą decyzję w końcu wymusza, zaczyna dziać się samo, bo natura lubi ruch i zmiany.

Wyjeżdżam. Nie dziś i nie jutro, ale wyjeżdżam. Zostawiam swój ciepły i wygodny grajdoł,który świetnie nadaje sie do spania ale nie do życia, ścieżki, po których chodzę bezmyślnie, bo znam je na pamięć i ludzi.

Trzeba zacząć od nowa, powiesić nowe fotografie na nowych ścianach, odkryć dla siebie nowe miejsca, oswoić nowych ludzi.

Choć rzeczywistość stawia lekki opór, choć pojawia się irracjonalny strach przed tym,że nie będzie się już patrzeć na tą wierzbę, za tym oknem to jednak nie ma już odwrotu. Decyzja przybrała barwę odpowiednią do tego, by spaść z drzewa prosto w moje łapki.

Teraz muszę tylko wybrać kierunek.

***

Opór przychodzi z najmniej oczekiwanej strony.

-Wyjeżdżasz? Naprawdę wyjeżdżasz...? Jak to...? A co z nami?

Konsternacja.

 

Na obraz i podobieństwo Boga

-Gdybyś mogła prosić Boga o jedną rzecz, jedną jedyną z gwarancją że twoja prośba zostanie wysłuchana i spełniona, to o co byś poprosiła ?

-O siłę, bym nigdy więcej nie musiała prosić.

-Bóg nie spełniłby takiej prośby.

-Dlaczego?

-Bo Bóg przestałby ci być potrzebny.

 

Uśmiech

Uśmiecham się,zasłaniając twarz rękawem, chowając ten usmiech tak, żeby nie było widać szczęścia...,żeby chore poczucie satysfakcji, tryumf z piekła rodem nie wyszedł na zewnątrz. Jest we mnie zło, zawsze o tym wiedziałam. Powiem więcej- znacznie łatwiej dostrzegałam w sobie zło niż dobro. Dobro wymaga wysiłku, zło przychodzi samo.

 

Zadzwonił z pytaniem czy może wpaść do mnie na obiad któregos dnia. Zgłodniał. Cóż...nie samą milością człowiek żyje,a miłość- jak paczka groszków kokosowych- czasem tak samo gwałtownie się kończy jak zaczyna.

 

Ugotuję obiad, potem obejrzymy film a potem wypłacze mi się w rękaw, za którym teraz chowam złośliwy uśmiech. Ugotuję ten obiad, powstrzymam się od podania cykuty, wiem że będę patrzeć na niego a nie na film a potem... Potem będę płakać razem z nim...tylko z innego powodu.

Mantra

...pierwsza wizyta u psychologa i ogromne zaskoczenie. Uwaga i życzliwość, sprawiające że to, co mówię jest ważne, piewrszy raz ważne. Nie mówię niczego,czego powiedzieć nie chcę, na to jeszcze nie czas. Nie pora na szczerość, na razie jest czas na zaufanie. Wracam do domu z kiełkującą gdzies w środku nadzieją na to,że wszystkie węzły dojrzały do rozwiązania...Może pękną na wiosnę? jak pąki wierzby płaczącej tuż przed moim oknem... Ale nie czas na to, teraz jest pora mrozu, kąsającego policzki, ścinającego emocje tak,że można spojrzeć na nie w zwolnionym tempie. Mróz jest dobry, zabija wirusy, zabija czas, zamyka w domu sam na sam z kotem i z samą sobą, sprawia ,że trzeba się ogrzać, trzeba dać sobie troche ciepła, okryc sie kocem, zaparzyć herbatę, trzeba zadbac by to ciało, które budzi wstręt nie zamarzło na kość, trzeba.

I to nic ,że wciąż się myśli o tym,ze miłość jest ślepa. Można też dojść w pewnym momencie do wniosku,że ślepiec czasem też trafia na właściwą drogę. Przypadkiem albo po prostu wtedy, gdy już innej drogi nie ma, gdy wszystkich innych się próbowało, i pozostała jedna, która choć dobra to straszy powrotem do tego, co juz było. Bo trzeba się cofnąć, gdy czegoś się zapomniało, trzeba wrócić do domu po bagaż, żeby go przepakowac,żeby nie ciążył tak strasznie. Trzeba zrobić krok do tyłu, by posłać strzałę z łuku do przodu, inaczej się nie da...

Nie ma innego wyjścia, powtarzam jak mantrę i boję się coraz bardziej.

Pozew o...

Mróz ściął moje myśli, utarł nosa, spoliczkował, otrzeźwił. Piętnastokilometrowy bieg, wrzątek lejący się z prysznica a potem klikanie w klawiaturę, najdłuższy i najbardziej wściekło-rozpaczliwy mail, po którym nie oczekiwałam odzewu. A odzew nastąpił, zaskoczenie co do treści jeszcze większe... że siostra nie jest zupełnie obcą osobą, że czuje podobnie,że...czuje.

 

Osiem lat różnicy to nie tak wiele. Teraz. Bo gdy siostra ma lat osiemnaście a ty tylko dziesięć, to- przepaść. A wtedy w domu zaczęły się problemy, które zamiast zbliżyć, pogłębiły przepaść.

 

Dziś dopiero sobie uświadomiłam,że ona uciekała, inaczej niż ja, ale nie liczy sie sposób tylko efekt. Ja byłam za mała, by wyjść z domu, więc nie pozostało mi nic innego jak tylko tkwić w bagnie po uszy, łapiąc powietrze czytaniem książek pod kuchennym stołem albo na parapecie za zasłoną. Ona wychodziła. Czekałam na nią. Zawsze. zasypiałam dopiero, gdy usłyszałam jej kroki na schodach a potem dźwięk klucza przekręcanego w zamku. Następnego dnia mówiłam jej co wydarzyło się w domu, i zawsze miałam wrażenie że nie słucha. Słuchała, dziś to wiem. Dziś wiem,że chciała mnie zabrać ze sobą, gdy odchodziła z domu wiele lat temu, ale matka na to nie pozwoliła. Niczego by to nie zmieniło a może zmieniło by wszystko, tego się już nie dowiem.

 

Krzyczała na mnie, jak setki razy wiele lat temu,że jej nie powiedziałam co się stało naprawdę. Nie wiedziała, nie mogła wiedzieć, mogła tylko przeczuwać ale uczucia ściszyła na najniższy ton, by trwac dalej, więc nie mogła...

Krzyczała. Wciąż nie wiem czy jest moją matką i ojcem w jednym czy moją siostrą.

 

Przecenia się możliwości bliskich, i nie docenia ich jednocześnie. Może czasem jest się z drugim człowiekiem tak blisko,że nie dostrzega się szczegółów, nie czuje odrębności...

***

Może ja w sądzie składam niewłaściwy pozew. Może nie powinnam składać pozwu o podział tylko pozew o bliskość...

Bo kogo zaskarżyć o zmarnowane dzieciństwo...-rodziców, państwo czy zbieg okoliczności?

Ból gardła

Pora na rekonstrukcję zdarzeń. Telefon do psychologa kosztuje drogo, dużo drożej niż te pare impulsów telefonicznych. Trzeba pokonać drżenie rąk, drżenie głosu, trzeba ten głos z siebie wydobyć i powiedzieć "proszę".

Może jutro...Dziś znów odrętwienie.

Trzeba minąć się na korytarzu, powiedzieć "cześć" jakby nic się nie stało, bo przecież nic się nie stało a co sie stało to się nie odstanie. Drętwieję na sam dźwięk głosu, ale muszę coś powiedzieć. Mówię i czuję jak boli mnie gardło. Bo wciąż boli od lat dwudziestu pięciu.

Pora na rekonstrukcję zdarzeń, trzeba komuś wreszcie powiedzieć co się stało ćwierć wieku temu, bo to tkwi w gardle jak ość, jak suchy kawał chleba naszego powszedniego.

Biorę do ręki słuchawkę i dzwonię. Bo trzeba jakoś przecież żyć i ludzi leczyć, trzeba mówić "dzień dobry", pozbyć się tej ości z gardła, bo trzeba się kochać nauczyć. Może nie jest za późno.

Ściana

To jakis rodzaj odrętwienia, ból nie istnieje, w innym wypadku byłby nie do zniesienia.

 

Po zakończeniu nawet krótkotrwałych związków zawsze przechodziłam coś w rodzaju żałoby, ze wszystkimi jej etapami, strachem, żalem, złością, nadzieją i pogodzeniem. Teraz nie ma czegoś takiego- jest nieból, nieżal, nielęk... Mam wrażenie jakby w środku tykała bomba zegarowa, a ja tylko zbieram siły by ją uruchomić lub rozbroić...

 

Jest jeden element żałoby- tęsknota. Nie do zniesienia, nie do zagłuszenia czymkolwiek, nawet pracą. Wykonuję wszystkie czynności jak automat i myślę, myślę, myślę...

 

Wyrzuciłam wszystkie zdjęcia, skasowałam wszystkie wiadomości.

Szkoda,że nie da się zrobić tak z pamięcią- skasować, wymazać, wyrzucić.

***

Trafiłam na ścianę. I nie wiem co dalej.

 

http://www.youtube.com/watch?v=jS4IFLnRzdU

Być jak ktoś inny

Koniec zawsze przychodzi nagle. Ale ja nie przyjmuję tego do wiadomości. Budzę się jak z narkozy, powoli, chcę otworzyć oczy, odpowiedzieć na to, co ktoś do mnie mówi, ale nie mogę wydobyć słowa. Milczę więc, znów, zbierając siły na ripostę, która i tak jest na daremno. Rezygnuję z riposty, zasypiam. Budzę się w nocy, strach zamienia ciszę w koszmar. Włączam radio. Są dźwięki, więc płakać można, ale nie ma łez. Boli mnie gardło od słów które tam siedzą, które nie padły. Patrzę na przesuwające się wskazówki zegarka, chę żeby przyspieszyły, żeby ta noc już się skończyła, żeby było już rano, żebym mogła już pójść do pracy, zmęczona, niewyspana, ale żeby nie myśleć już, nie myśleć, nie myśleć...

 

...że znów okazałam sie nie dość dobra.

 

Rano. Gardło tak samo ściśnięte, herbata parzy w język, jest dobrze. Nakarmić kota, zapalić papierosa, wyjść, nie myśleć.

 

Szpital. Wszystko jest na swoim miejscu. Wizyta, pacjent pierwszy, drugi, dziesiąty, badanie,izba, badanie,pacjent, rodzina pacjenta, wypis, rozmowa, teraz trzeba się uśmiechnąć, taraz powiedzieć- do widzenia. Wychodzę.

 

W dźwięk jadącego autobusu wdziera się sygnał sms'a, czytam- "Przepraszam" i niewiadomo skąd pojawiają się łzy.

Tak, trzeba mnie przeprosić za to,że nie jestem jaka być powinnam.

 

Dom,wieczór. Muszę się bardzo starać, by znów nie rzucić czymś cięzkim w ostatnie lustro.

Cudownie wspaniały mróz

Mróz to wspaniała rzecz, gdyby go nie było-trzeba by było go wymyślić... Śnieg skrzypi pod stopami, to fajny dźwięk, zwłaszcza jak wraca się późnym wieczorym do domu- śnieg błyszczy, mróz szczypie w palce a w oświetlonych oknach widać już zapalone na choince lampki,jest cicho jakby mróz ściął wszystkie dźwięki u ich źródła. Jakoś tak błogo na sercu i dobrze. Wrócę do domu, zrobię sobie herbaty z cytryną i zanurzę zmarznięta dłoń w puszystym futerku mojej Markotki.

 

Bo mróz sprawia ,że koty wracają do domu :)))