PIĄTEK, 3 września 2010
Joachima, Liliany, Szymona


ee
Pomarudzę sobie anonimowo, Tylko tak można marudzić bezkarnie.

Ja chcę papierosa

Pradwopodobnie jeśli za chwilę nie zapalę, nie zaciągnę się dymem papierosowym o cudownie zbawczym działaniu na mój mózg, to oszaleję.

Na swojej skórze przekonuję się,że osobom depresyjnym trudniej jest rzucić palenie niż tym, którzy takiego problemu nie mają. No cóż - nikotyna działa jak antydepresant.A ja drugiego dnia bez papierosa mam ochotę wyjść ze skóry i stanąć obok, zamordowac kogoś, kogokolwiek albo chociaż komuś przyłożyć, a za chwilę pogrążam się w otchłani rozpaczy i mam ochotę wybiec z domu jak stoję w celu zakupu paczki fajek ewentualnie w celu dokonania włamania do pobliskiego kiosku, gdyby ten okazał się być zamknięty.

Chce mi się wyć. Tak, jestem uzależniona. Tak, palę dużo za dużo. Tak, powinnam rzucić, bo płuca sie buntują, bo mam już z cała pewnością przewklekłe zapalenie oskrzeli a za lat kilka lub kilkanaście będę pacjentką przychodni pulmunologicznej, lecząc się na przewlekłą obturacyjną chorobe płuc, która w praktyce oznacza powolne duszenie się aż do śmierci. No chyba, że wcześniej dopadnie mnie rak albo zawał albo wylew, albo wszystko na raz. Nie ważne, dajcie mi papierosa!!!

Moze by pójść do sąsiadów zapytać czy nie mają jednego, małego, chudego papieroska, takiego na jednego macha...

Chyba odbiera mi rozsądek.

To dopiero drugi dzień, a podobno najgorzej jest po trzech tygodniach.

Powinnam kazać się związać, przykuć do kaloryfera i oddać pod czyjąś opiekę na najbliższe pół roku, może wtedy byłoby mi łatwiej.

Jak na złość - teraz mam wrażenie,że wszyscy palą: oglądam film a tak ktoś zaciąga sie papierochem, idę ulicą i wydaje mi się,że co druga osoba trzyma w łapie szluga, w pracy to samo-z uporem maniaka moje oczy tropiły dziś wszystkich, ukradkiem wymykających się na balkon na randkę z nikotyną.

Chyba wariuję. Mój mózg chce nikotyny i niczego więcej.

Pora spać, może chociaż mi się przyśni że palę.

 

Kociaki

Kociaki kończą dziś dwa miesiące. A ja nie wiem czy bardziej je kocham czy nienawidzę. Powiesiłam firankę w pokoju. Po paru dniach huśtania się na niej,kociaki ją zdjęły. Postanowiłam przystać na ich propozycje wystroju wnętrz, bo i tak nie wygram z trzema dwumiesięcznymi kotami. Tym bardziej,że zapędy dekoratorskie mają bardzo silne - zrzucają kwiatki z parapetów, obgryzły dwudziestoletniego krotona, którego sok jest podobno trujący - widać to prawda,że koty mają dziewięć żyć... a następnie rozpoczęły demolkę kuchni, przestawiając wszystkie naczynia i sprzęty, które niedawno zostały przeze mnie pracowicie poustawiane. Poza tym zasmakowały we wszekich kablach, świetnie wspinają się po drewnianej ściance, zostawiając na niej oryginalny ale mało estetyczny deseń, w  kształcie długich rys, których widok powoduje, że kiełkują we mnie myśli mordercze.

Nie wspomnę już o tym,że ulubioną porą na harce całej czwórki jest środek nocy. Chodzę więc notorycznie niewyspana, co skutkuje tym,iż jestem podejrzewana o prowadzenie wyjątkowo bujnego życia erotycznego.

Pora pozbyć sie koteczków. Tym bardziej,że z czterema kotami w domu długo nie wytrzymam, skoro już moja cierpliwość jest na wykończeniu.

Wrzuciłam ogłoszenia na kilku stronach dla kocich fanatyków, może ktoś się zgłosi. Choć paradoks polega na tym,że im dłużej mam to kocie stado w domu, tym bardziej się do nich przywiazuję...

A może by tak ... zrezygnować z firanek w oknach...?

 

Szukam

...trzy tygodnie w nowym mieście, w nowej pracy, nowym mieszkaniu. I najczęściej używanym przeze mnie słowem jest słowo "szukam".

- Przepraszam bardzo, czy może mi pani pomóc, szukam ulicy Takiejatakiej...

- Przepraszam, jak dojśc na radiologię?

- Gdzie ja do diabła wsadziłam tę bluzkę... Szukam już trzeci dzień łyżeczek do herbaty wśród setek klamotów i nierozpakowanych wciąż pudeł, bo ileż można mieszać herbatę łyżką stołową albo widelcem...Łyżeczek nie znajduję (będzie trzeba poszukać sklepu ze sztućcami), ale znajduję młotek, w końcu wbiję parę gwoździ...

Szukam sklepu z firankami, spożywczego gdzie mieliby ten jogurt, który lubię, weterynarza szukam, bo mi się kocia rodzina powiększyła, i kocicy z kociakami szukam we wszystkich zakamarkach mieszkania, bo ciężko zniosła przeprowadzkę jako że okazała się być w ciąży, o czym nie wiedziałam... Lekko się na mnie obraziła, ale przekupuję ją gotowaną wątróbką, za którą daje mi pogłaskać swoje dzieci...

Internet podłączony, kuchenka podłączona, niedługo przyjedzie pralka i tym samym wrócę do cywilizacji...

 

Potem poszukam swoich miejsc w nowym mieście, poznam nowych ludzi, może odnowię kilka starych znajomości...Wszystko w swoim czasie, tymczasem trzeba poustawiać książki na półkach...

 

I choć czasem tęsknota ściska za gardło to wiem, że zrobiłam dobrze.

Opuściłam kokon. Będzie dobrze.

 

Zrób to dla mnie

Prosić kogoś o zmianę planów , o to by się zmienił, by zaczął postępować tak a nie inaczej to jak brać odpowiedzialność za czyjeś życie.

Mówi mi - "Nie jedź, zrób to dla mnie".

Ja już podjęłam decyzję, temat jest dla mnie zakończony.

Ale myślę o tym, bo nie wiedzieć skąd przypomina mi to sytuację, gdy ja mówiłam i prosiłam - "Zrób to dla mnie...tato". Czułam się odpowiedzialna za każdy kolejny kieliszek wódki, i miałam wrażenie że robię coś nie tak, że jestem nie taka jak trzeba skoro nie potrafię tego zmienić...

 

Życie mojego ojca zdeterminowało uzależnienie, moje determinuje nieufność...- to niewielka różnica. Zwłaszcza,że skutki są podobne.

***

Jutro zostawiam swoje miasto, zaczynam od nowa, w nowym miejscu. Robię to dla siebie, i im bardziej o tym myślę tym większe mam wyrzuty sumienia.

 

Mało składne przemyślenia po dyżurze

Łatwiej poprosić o pomoc, gdy ból jest fizyczny, trudno, gdy uwiera dusza...
Do tego stopnia,że cierpienie psychiczne zamienia się w to- fizyczne,bo łatwiej powiedzieć- "boli mnie serce" niż-"jest mi źle...w życiu, w domu, w pracy..., gubię się, przestaję widzieć sens..."

Jest młody, dwadzieściakilka lat, trafia na izbę przyjęć z bólem zamostkowym. Przyznaje ze wstydem,że zdarzają mu się omdlenia a ten ból to nie pierwszy raz... Muszę zlecić wszystkie badania, ale intuicja podpowiada mi że to nie zawał serca, choć intuicji w moim zawodzie ufać nie można.
Starsza kobieta z zaburzeniami rytmu serca słabo reagującymi na leki, mężczyzna w średnim wieku chory na cukrzycę, leczący się systematycznie a mimo tego trafiający raz po raz do szpitala z kosmicznym poziomem glukozy we krwi, młody prawnik z migotaniem przedsionków pojawiającym się ni z gruchy ni z pietruchy, studentka tracąca przytomność w stresujących sytuacjach..., dziesiątki pacjentów, u których za chorobą somatyczną stoi...no właśnie-co? Chora dusza? Czy może stres zwyczajny, z którym ktoś nie umie sobie poradzić...Bo uczymy się całek i dopływów Wisły, tego, kto wygrał starożytną bitwę i co poeta miał na myśli..., ale tego jak radzić sobie ze stresem nikt nas nie uczy...
Nieliczni szczęściarze nabędą taką umiejetność dzięki rodzicom, nieliczni trafią do dobrego psychologa, nauczą się mówić że się boją, że jest im źle, smutno, że chcieliby porozmawiać, że chcą czuć się potrzebni, doceniani, kochani... Ale wciąz będą i ci, którym łatwiej będzie powiedzieć że boli brzuch, serce a nie że się boją, będą starać sie zwrócić na siebie uwagę cierpieniem fizycznym, bo takie cierpienie zawsze budzi współczucie, nie można obok niego przejść obojętnie, w odróżnieniu od cierpienia psychicznego, które łatwo nazwać fanaberią czy histerią, łatwo zignorować, wyśmiać, zbagatelizować...Będą też tacy, którzy nawet nie potrafia nazwać tego, co czują a ich emocje i tak wyjdą na zewnątrz w migotaniu przedsionków, omdleniu, bólu i setkach innych dolegliwości...
Po co piszę te wszystkie oczywistości? Bo czasem mam wrażenie,że czuje się bardziej bezsilna w sytuacji, gdy podejrzewam że za chorobą stoi jakis problem psychiczny czy emocjonalny niż wtedy gdy...pacjent jest chory nieuleczalnie. Bo w końcu z takim problemem emocjonalnym można walczyć, można coś zrobić... Teoretycznie. W praktyce jest inaczej.
Jeden psycholog na oddziale szpitalnym, przez który przewija się kilkudziesięciu pacjentów tygodniowo nic nie zdziała albo zrobi bardzo niewiele. Lekarz, który nie jest psychiatrą nie ma ani kwalifikacji ani czasu (tak!) żeby udzielić odpowiedniej pomocy, może tylko skierować do psychologa i nic poza tym... Lekarz może leczyć ciało, ale jeśli to dusza jest chora to leczenie nie przynosi efektu, lekarz jest nazywany dyletantem lub głąbem a pacjent idzie do innego lekarza, u którego historia się powtarza..., bo chory nie dopuszcza do siebie mysli,że problem nie tkwi w ciele tylko w psychice..., boi się etykietki "chorego psychicznie"...No bo co on powie w domu, w pracy, wśród znajomych...? że leczy sie u psychiatry, że chodzi do psychologa? że ma z głową problemy? że jest "świrem i psycholem"? Łatwiej powiedzieć,że na serce choruje...

Najgorsze jest jednak to,że z czasem podobno się obojętnieje. Tak jak na wszystko, na co nie ma się wpływu.

Chaos

Przychodzi, odchodzi, wraca, zostaje... Nie wiem czemu jest i po co wraca, gdy wyszedł trzaskając drzwiami, wrzeszcząc że nie rozumie, że nie lubi problemów.

Znamy się już prawie dwa lata. To nie związek, ani ja, ani on nigdy tak tego nie nazywaliśmy. Internetowa znajomość, która z czasem przeszła do świata realnego. I im bardziej się poznawaliśmy, tym bardziej byliśmy przekonani o tym,że zwyczajnie do siebie nie pasujemy. On woli krzyczeć, ja- milczeć, on ciągle wśród ludzi, ja zawsze sama, on jedzie na narty z kolejną przyjaciółką a ja wojuję drewnianym mieczem ze swoimi demonami.

Próbowaliśmy ale nie wyszło, postanowiliśmy zostać przyjaciółmi i wtedy chyba zaczęliśmy być ze sobą bliżej niż wcześniej.

Lubi ze mną rozmawiać, kiedyś mi powiedział że przynoszę mu ulgę, choć nie mam pojęcia dlaczego taki król życia jak on potrzebuje ulgi, w końcu ma wannę z hydromasażem i fajną rodzinę-rodziców, siostrę, brata...

Nie rozumiem jego nagłej eksplozji uczuć na wieść o moim wyjeździe, bo poza tymi rozmowami i kilkoma zdarzeniami bez znaczenia nic nas nie łączyło. Nic poza przyjaźnią. Tego właśnie nie rozumiem.

Może bym rozumiała gdybym była bardziej ufna, ale nie jestem. Nie ufam mu chyba. A on jak każdy dobry prawnik umie używać odpowiednich słów, umie mieszać w głowie.

 

Chaos w głowie zaczyna uruchamiać odruch ucieczki.

Wiosna

Nie ma to jak zrobić sobie mętlik w głowie. Nie wiem co mnie podkusiło,żeby powiedziec mu o tym,że wyjeżdżam. Do maja daleko. Mogłam milczeć, mogłam mieć święty spokój, zakłócany jedynie załatwianiem wszystkich formalności związanych z przeprowadzką i rują mojej kotki (boże, dlaczego dałeś kotom tak szeroki repertuar nieznośnych dla ludzkiego ucha dźwięków...)

Chlapnęłam językiem o jeden raz za dużo i teraz mam- codzienne niemal dręczenie mnie pytaniem- co z nami?

Z jakimi "nami"?- zadałam pytanie żywcem wyciągnięte z jakiegoś trzeciorzędnego romansu. W odpowiedzi otrzymałam święte oburzenie, deklaracje i obietnice bez pokrycia. Już nie ma gadania o "wolnym związku", potrzebie przestrzeni życiowej, niechęci do stabilizacji i o tym,że jest jeszcze czas,że na wszystko pora przyjdzie ale nie teraz, bo przeciez życia szkoda na takie pierdoły jak dom czy dzieci. Wystarczyło słowo "wyjeżdżam",żeby osobnik płci męskiej poczuł nagłą i palącą potrzebę prokreacji i rozniecenia ogniska domowego.

No i nie wiem...

I w dodatku skupić się nie mogę, bo kocica marcuje.

 

Wiosna idzie.

Krok pierwszy- decyzja

Decyzja, z którą nosiłam się długo w końcu została podjęta. Oczywiście- nie przeze mnie. Tak to już jest- jak sie nie ma odwagi o czymś zadecydować to "coś" tą decyzję w końcu wymusza, zaczyna dziać się samo, bo natura lubi ruch i zmiany.

Wyjeżdżam. Nie dziś i nie jutro, ale wyjeżdżam. Zostawiam swój ciepły i wygodny grajdoł,który świetnie nadaje sie do spania ale nie do życia, ścieżki, po których chodzę bezmyślnie, bo znam je na pamięć i ludzi.

Trzeba zacząć od nowa, powiesić nowe fotografie na nowych ścianach, odkryć dla siebie nowe miejsca, oswoić nowych ludzi.

Choć rzeczywistość stawia lekki opór, choć pojawia się irracjonalny strach przed tym,że nie będzie się już patrzeć na tą wierzbę, za tym oknem to jednak nie ma już odwrotu. Decyzja przybrała barwę odpowiednią do tego, by spaść z drzewa prosto w moje łapki.

Teraz muszę tylko wybrać kierunek.

***

Opór przychodzi z najmniej oczekiwanej strony.

-Wyjeżdżasz? Naprawdę wyjeżdżasz...? Jak to...? A co z nami?

Konsternacja.

 

Na obraz i podobieństwo Boga

-Gdybyś mogła prosić Boga o jedną rzecz, jedną jedyną z gwarancją że twoja prośba zostanie wysłuchana i spełniona, to o co byś poprosiła ?

-O siłę, bym nigdy więcej nie musiała prosić.

-Bóg nie spełniłby takiej prośby.

-Dlaczego?

-Bo Bóg przestałby ci być potrzebny.

 

Uśmiech

Uśmiecham się,zasłaniając twarz rękawem, chowając ten usmiech tak, żeby nie było widać szczęścia...,żeby chore poczucie satysfakcji, tryumf z piekła rodem nie wyszedł na zewnątrz. Jest we mnie zło, zawsze o tym wiedziałam. Powiem więcej- znacznie łatwiej dostrzegałam w sobie zło niż dobro. Dobro wymaga wysiłku, zło przychodzi samo.

 

Zadzwonił z pytaniem czy może wpaść do mnie na obiad któregos dnia. Zgłodniał. Cóż...nie samą milością człowiek żyje,a miłość- jak paczka groszków kokosowych- czasem tak samo gwałtownie się kończy jak zaczyna.

 

Ugotuję obiad, potem obejrzymy film a potem wypłacze mi się w rękaw, za którym teraz chowam złośliwy uśmiech. Ugotuję ten obiad, powstrzymam się od podania cykuty, wiem że będę patrzeć na niego a nie na film a potem... Potem będę płakać razem z nim...tylko z innego powodu.