[ R E K L A M A ]


zdjecie

Charaktery - 01.2008

Rzeczy pierwsze...

Wiesław Łukaszewski


zdjecie Pewien kanadyjski pilot, dobrze znający języki francuski, angielski i niemiecki, przygotowany został do trudnej roli szpiega alianckiego w okupowanej przez wojska hitlerowskie Francji. Rzecz w tym, że miał udawać osobę niesprawną umysłowo, niezbyt rozumiejącą mowę i niemówiącą w żadnym języku. Kilkakrotnie był aresztowany przez Niemców, podejrzewających, że nie jest tym, za kogo wszyscy go uważają, kilkakrotnie wypuszczany, bo ani nie mówił, ani nie rozumiał, choć poddawany był drastycznym torturom.

Po wojnie wrócił do Kanady i przechodził długotrwałą terapię z powodu... trudności z mówieniem. Miłośnicy masek i póz powiedzieliby, że przestał być sobą (przedwojennym), a zaczął być kimś innym (powojennym). Lata udawania głupiego prostaczka sprawiły – powiadaliby – że aż nazbyt dobrze wszedł w tę rolę i już nie potrafił wydostać się z niej. Czy na pewno?
Forrest Gump, bohater filmu Roberta Zemeckisa, miał liczne i wykluczające się wzajem przymioty. Sam o sobie mawiał, że jest wioskowym głupkiem, miewał problemy z trafieniem do domu ze szkoły, za nic w świecie nie mógł nauczyć się podstawowych form gramatycznych, a na każde trudne pytanie odpowiadał chce mi się siku. A z drugiej strony był nie tylko bohaterem wojennym czy wirtuozem harmonijki ustnej, ale arcymistrzem szachowym oraz błyskotliwym rachmistrzem, dzięki czemu mógł zastępować uszkodzony komputer na stacji kosmicznej. Kim był? Głupkiem czy utalentowanym mistrzem? Który Forrest Gump był prawdziwy? Nie jestem pewien, czy trzeba to rozstrzygać.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, ze zwrot zostać sobą jest nader dwuznaczny. Może, między innymi, znaczyć zamiar dotyczący przyszłości. Nie jestem sobą, a chciałbym nim być, tak jak nie jestem (jeszcze) marynarzem, a chciałbym nim być. Ale może też znaczyć chęć utrzymania status quo: jestem (już) sobą i chcę (nadal) nim pozostać. Pojawia się tu jednak ciekawa konsekwencja. W pierwszym przypadku człowiek zostanie sobą, jeśli zrealizuje swoje ideały, w drugim zaś zostanie sobą, jeśli z nich zrezygnuje. W obu wszakże wariantach ukryte jest założenie, że podtrzymanie lub nabywanie tej własności jest poniekąd aktem wolnej woli. Mówiąc językiem Sławomira Mrożka – jak się natężę, to zaśpiewam tenorem, albo – jak się natężę, to będę mówił po włosku. Jak się zawezmę – będę sobą. Odwoływanie się do natężania jest zresztą dość powszechne w psychologii, ale niewiele przemawia za tym sposobem myślenia. Możemy jednak powiedzieć, że autentyczność to jedno, a ekspresja autentyczności to drugie. Ale czy na pewno?
Stanisław Jerzy Lec nawołuje: „Trzeba być zawsze tylko sobą. Koń bez ułana jest zawsze koniem. Ułan bez konia tylko człowiekiem”. Ale troszkę dalej dodaje: „Istnieje idealny świat kłamstwa, gdzie wszystko jest prawdziwe”. Wiedza na temat pamięci autobiograficznej skłania nas do pytania, co jest autentyczne – nasze przeszłe „ja”, czy nasze wspomnienie przeszłego „ja”. I znowu zapytam: czy na pewno warto o tym rozstrzygać? A jeśli tak, jakie jest to rozstrzygnięcie?