Charaktery - 04.2008
Rzeczy pierwsze...
Wiesław Łukaszewski
Kim pani jest, taka piękna? – zapytałem pewną tajemniczą kobietę. Piękną nieznajomą – odpowiedziała. Nieznajomą, to znaczy w specjalny sposób nieznaną. Komu nieznaną? Sobie? Innym? Niektórym? Wszystkim?Kim ja właściwie jestem? – nierzadko pada to pytanie. Jeszcze częściej zadajemy je w odniesieniu do innych. Kim on/ona jest?
To do mnie niepodobne – mówimy nieraz zadziwieni swoimi własnymi zachowaniami. A więc kto to zrobił – ja czy nie ja? To jedna strona, ale jest też druga.
Pewnego dnia zapytano urzędującego ministra edukacji, jakie jest jego zdanie na temat zatrudniania ochroniarzy do szkół. Odpowiedź była dość zaskakująca: „Jako ojciec córki, która chodzi do gimnazjum jestem zdecydowanie za, ale jako minister nie mogę się na to zgodzić”. Natychmiast pojawia się pytanie, ilu tych panów było. Chwila zastanowienia wystarczy jednak, aby przypomnieć sobie własne rozdwojenia czy roztrojenia. Z perspektywy jednej roli mamy jakieś dobrze wyrobione zdanie, a z perspektywy roli drugiej – zdanie całkowicie odmienne. Choć jest to doświadczenie codzienne, prawie zawsze wydaje się trochę podejrzane. Problem polega na tym, aby sprawnie koordynować te role, interesy i odmienne zdania. Nie brak takich, którzy sami mają wiele twarzy, ale nie dopuszczają myśli, że można mieć ja i drugie ja. Stanisław Jerzy Lec powiadał: „Niektórzy widzą prawym i lewym okiem dokładnie to samo. I myślą, że to obiektywizm”.
W literaturze psychologicznej, a także w literaturze pięknej opisuje się – nieraz w sposób bardzo poruszający – takie okresy w życiu człowieka, kiedy dochodzi do głębokich kryzysów tożsamości. Tu warto wspomnieć o dwóch takich okresach. Pierwszy – młodzieńczy, kończący proces przeobrażania się dziecka w człowieka dorosłego. Kiedy się go przechodzi wydaje się horrorem, bo ja dotychczasowe zanika, a nowego ja jeszcze nie ma. Później okazuje się, że bywa jeszcze trudniej – przychodzi czas, kiedy prawie wszyscy wpadają w tzw. studnię czterdziestolatków, elegancko nazywaną kryzysem wieku średniego. To czas niezwykły, pełen pesymistycznych refleksji, że jest gorzej niż było, że będzie gorzej niż jest, jest się gorszym od innych. To czas, w którym natrętnie pojawia się myśl, że właśnie w tej chwili stajemy się kimś innym niż byliśmy dotąd. Niemal każdy, kto znalazł się w studni czterdziestolatków, myśli sobie: Już po mnie. Mnie już nie ma. W tym niepokoju, a nieraz w trwodze, zapomina jednak pomyśleć o tym, kto w takim razie zostaje. Jeśli mnie już nie ma, to kto jest zamiast mnie? Kto w zamian?
Po kilku latach kryzysu, który dla wielu jest męczarnią, dla wielu (szczególnie kobiet) trudnym do zaakceptowania widmem starzenia się, jedni wracają do równowagi i do integracji własnego ja na nowej zasadzie, innych trawi rozpacz, że wszystko co dobre mają już za sobą, że teraz będzie tylko gorzej i gorzej. Zważywszy, że po kryzysie czterdziestolatków ludzie żyją nierzadko trzy dziesiątki lat, warto zrobić wszystko, aby tej rozpaczy uniknąć.