PIĄTEK, 30 lipca 2010
Julity, Ludmiły, Zdobysława


Książnica

Staring at the sun (Patrząc w słońce)

Irvin D. Yalom


Staring at the sun (Patrząc w słońce), Irvin D. Yalom Wydawnictwo: Instytut Psychologii Zdrowia PTP

Każdy człowiek boi się śmierci na swój własny sposób. U niektórych ten lęk jest jak muzyka, która towarzyszy im w tle przez całe życie, a każda aktywność wywołuje myśl, że ta konkretna chwila już nigdy nie wróci. Innym nie daje spokoju myśl, że wkrótce będą martwi oni sami, a także wszyscy, którzy ich otaczają. Historia Susan pokazuje, jaką formę przybrał jej lęk przed przemijaniem, który pojawił się u niej, gdy skończyła 60 lat.

Wiele lat temu słynny psycholog Rollo May żartował, że lęk przed niczym stara się zostać lękiem przed czymś. Inaczej mówiąc, lęk przed nicością wkrótce przyczepia się do namacalnego obiektu. Historia Susan pokazuje, jak pożyteczne jest to podejście, kiedy dana osoba przeżywa nieproporcjonalnie silny lęk związany z określonym zdarzeniem. Susan – sztywna, zadaniowa dyplomowana główna księgowa w średnim wieku – zgłosiła się do mnie z powodu konfliktu ze swoim pracodawcą. Spotykaliśmy się przez kilka miesięcy i w końcu kobieta zrezygnowała z pracy i uruchomiła konkurencyjną, świetnie prosperującą firmę.
Po paru latach, kiedy zadzwoniła z prośbą o natychmiastowe spotkanie, z trudem poznałem ją po głosie. Pamiętałem Susan pogodną i opanowaną, tym razem jej głos był drżący i spanikowany. Zobaczyłem się z nią tego samego dnia i byłem zaniepokojony jej wyglądem: zwykle spokojna i modnie ubrana, teraz była rozczochrana i roztrzęsiona, z wypiekami na twarzy, z oczami spuchniętymi od płaczu i niezbyt czystym bandażem na szyi.
Ociągając się, opowiedziała mi swoją historię. George, jej dorosły syn, odpowiedzialny młody człowiek mający dobrą pracę, znalazł się właśnie w areszcie, oskarżony o posiadanie narkotyków. Policja zatrzymała go za błahe przekroczenie przepisów ruchu drogowego i znalazła w jego samochodzie kokainę. Test wypadł pozytywnie, a ponieważ syn był objęty państwowym programem leczenia dla osób, które były już wzywane do sądu za wcześniejsze incydenty z zażywaniem narkotyków, i było to już trzecie tego typu złamanie prawa, został skazany na miesiąc aresztu i roczny udział w programie terapeutycznym.
Susan nie przestawała płakać przez cztery dni. Nie mogła spać ani jeść, i nie była w stanie pójść do pracy – po raz pierwszy w ciągu dwudziestu lat. W nocy dręczyły ją przeraźliwe wizje, w których ukazywał się jej syn: żłopiący z butelki zawiniętej w gazetę, niechlujny, z gnijącymi dziąsłami, umierający w rynsztoku. „On umrze w więzieniu” – stwierdziła i zaczęła mi opowiadać, jak jest wyczerpana tym, że ciągnęła już za wszystkie sznurki, próbowała wszystkich możliwych ścieżek, żeby uzyskać jego zwolnienie. Była zdruzgotana, kiedy przeglądała jego zdjęcia z dzieciństwa: aniołeczek z blond loczkami i oczami pełnymi miłości – zapowiadający bogatą i nieskończenie obiecującą przyszłość.
Susan myślała o sobie jako o kimś, kto świetnie sobie radzi. Była przecież kobietą, która własnym wysiłkiem osiągnęła sukces, mimo że jej rodzice byli nieudolni i źle się prowadzili. Jednak w tej sytuacji czuła się całkiem bezradna. „Dlaczego George mi to zrobił? – pytała. – To bunt, świadome sabotowanie planów, jakie z nim wiązałam. Bo co by to mogło być innego? Czy nie dałam mu wszystkiego? Czy nie dostał najlepszego możliwego wyposażenia, żeby osiągnąć sukces? Przecież miał najlepsze wykształcenie, lekcje tenisa, gry na pianinie, jazdy konnej... I tak mi za to odpłaca? Co to za wstyd! Co by było, gdyby się dowiedzieli moi znajomi!”. Susan rozsadzała zazdrość na myśl o udanych dzieciach jej przyjaciół.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było przypomnienie jej o tym, co już wiedziała. Jej wizja syna w rynsztoku była irracjonalna – to kwestia widzenia katastrofy tam, gdzie jej nie ma. (...) Susan wiedziała też, że jej pytanie: „Dlaczego George mi to zrobił?” – nie ma sensu. I kiwała głową, że się zgadza, kiedy powiedziałem, że musi usunąć siebie z tej historii. Wpadka George’a nie miała z nią nic wspólnego. Każda matka byłaby przygnębiona tym, że syn wrócił do narkotyków, każdą smuciłaby myśl o dziecku siedzącym w więzieniu, ale reakcja Susan wydawała się przesadzona. Zacząłem podejrzewać, że w znacznej części jest to przemieszczony lęk, pochodzący z jakiegoś innego źródła. Najmocniej mnie poruszało jej głębokie poczucie bezradności. Zawsze uważała siebie za osobę, która fantastycznie sobie radzi, a teraz to wyobrażenie się zachwiało – nie było nic, co mogłaby zrobić dla swojego syna (oprócz tego, żeby odseparować się od jego życia).
Ale dlaczego George zajmował centralne miejsce w jej życiu? Tak, był jej synem. Ale było też coś więcej: był za bardzo w środku. Tak jakby całe jej życie zależało od jego powodzenia. Zacząłem z nią rozmawiać o tym, że dla wielu rodziców dzieci często stanowią ich program na nieśmiertelność. Ten pomysł wzbudził zainteresowanie Susan. Zdała sobie sprawę z własnej nadziei, że George będzie jej przedłużeniem, ale teraz już wiedziała, że musi się od tego uwolnić.
– On nie ma tyle siły, żeby to udźwignąć – powiedziała.
– A czy jakiekolwiek dziecko ma tyle siły? – zapytałem. – Co więcej, George nigdy się na to z tobą nie umawiał. Właśnie dlatego jego zachowanie, jego wpadka nie ma z tobą nic wspólnego.
Kiedy pod koniec sesji zapytałem ją o bandaż na szyi, powiedziała, że niedawno miała operację plastyczną, żeby podciągnąć sobie szyję. Dopytywałem o tę operację dalej, na co Susan zniecierpliwiła się i zaczęła naciskać, żeby wrócić do tematu syna – przecież to, podkreślała, było powodem naszego spotkania. Ale nie pozwoliłem jej wymknąć się.
– Powiedz mi więcej o tym, dlaczego zdecydowałaś się na tę operację.
– No dobrze. Nienawidzę tego, co upływ czasu robi z moim ciałem: z piersiami, twarzą, obwisłą szyją. Ta operacja plastyczna to mój prezent urodzinowy dla siebie samej.
– Które to urodziny?
– Urodziny przez duże U. Liczba sześć zero. W zeszłym tygodniu.
Mówiła o tym, jak to jest, kiedy się ma sześćdziesiąt lat i zauważa się, że czas ucieka (a ja mówiłem o tym, jak się mam po siedemdziesiątce). A potem podsumowałem:
– Jestem pewien, że twój lęk jest nadmierny, ponieważ jest w tobie taka część, która świetnie zdaje sobie sprawę, że nawroty zdarzają się podczas prawie każdego procesu leczenia uzależnienia. Myślę, że część twego lęku pochodzi skądinąd i została przeniesiona na George’a.
Susan energicznie kiwała głową, co mnie upewniało, że mogę kontynuować:
– Myślę, że znaczna część twojego lęku dotyczy ciebie, a nie George’a. Wiąże się to z twoimi sześćdziesiątymi urodzinami, ze świadomością, że się starzejesz, i ze śmiercią. Wydaje mi się, że na głębszym poziomie rozważasz parę ważnych pytań. Co zrobisz z resztą swojego życia? Co zapewni ci sens życia, zwłaszcza teraz, kiedy przekonałaś się, że George nie ma zamiaru wziąć tego zadania na siebie?
Postawa Susan stopniowo zmieniała się z niecierpliwej na żywo zainteresowaną:
– Niewiele myślałam o starzeniu się i upływie czasu. Ten temat nigdy nie wypłynął w żadnej poprzedniej terapii. Ale łapię, o co ci chodzi. (...)
Umówiliśmy się na kolejne spotkanie w następnym tygodniu wcześnie rano. Susan wiedziała z poprzedniej pracy ze mną, że poranki mam zarezerwowane na pisanie i stwierdziła, że zmieniam swoje zwyczaje. Powiedziałem, że nie trzymam się planu dnia, bo na część przyszłego tygodnia wyjeżdżam na wesele syna. Chcąc dać jej coś, co byłoby pomocne, kiedy wychodziła dodałem:
– To drugie małżeństwo mojego syna, Susan, i pamiętam, jaki miałem zły czas, kiedy się rozwodził. Okropnie jest czuć się bezradnym rodzicem. Tak, z doświadczenia wiem, jak fatalnie się czujesz. Pragnienie, żeby pomóc swoim dzieciom, tkwi w nas i nie daje się zmienić.
Przez następne dwa tygodnie skupialiśmy się w znacznie mniejszym stopniu na George’u, a dużo bardziej na jej własnym życiu. (...) Susan chciała wiedzieć więcej o lęku przed śmiercią i o tym, jak większość ludzi sobie z nim radzi, a ja podzieliłem się z nią wieloma swoimi myślami na ten temat, które przedstawiłem na tych stronach. W czwartym tygodniu terapii stwierdziła, że czuje się tak, jakby wracała do normalności. Umówiliśmy się na jedną wizytę kontrolną za kilka tygodni.
Na tej ostatniej sesji, kiedy zapytałem, co jej zdaniem pomogło najbardziej w naszej pracy, Susan przeprowadziła klarowny podział pomiędzy pomysłami, którymi się z nią dzieliłem, a posiadaniem znaczącej relacji ze mną jako terapeutą.
– Najbardziej wartościową rzeczą – powiedziała – było to, co mi opowiedziałeś o swoim synu. Mocno mnie poruszyło, że zwróciłeś się do mnie w taki sposób. Inne rzeczy, na których się koncentrowaliśmy – na przykład to, jak przerzucam na George’a lęki związane z własnym życiem i śmiercią – były bardzo... hm... intelektualne (...).
Rozróżnienie, jakie wprowadziła pomiędzy tym, co myślę o jej problemach a związkiem pomiędzy nami, to czynnik kluczowy. (...)
Podczas tej samej sesji Susan wygłosiła kilka zdumiewających stwierdzeń o pewnych znaczących zmianach w swoim życiu:
– Jednym z moich największych problemów jest to, że jestem zam­knięta w swojej pracy jak w klasztorze. Byłam główną księgową przez wiele lat – zbyt długo, przez większość mojego dorosłego życia. A teraz zaczęłam myśleć o tym, jak to do mnie nie pasowało. Jestem ekstrawertyczką w introwertycznym zawodzie. Uwielbiam pogawędki z ludźmi, kontakt z nimi, a bycie księgową jest zbyt klasztorne. Potrzebuję zmienić to, co robię i w ciągu ostatnich kilku tygodni przeprowadziliśmy z mężem kilka poważnych rozmów o naszej przyszłości. Wciąż jeszcze mam czas na inną karierę zawodową. Nie cierpię samej myśli o tym, że się zestarzeję, obejrzę się do tyłu i stwierdzę, że nigdy nawet nie spróbowałam robić czegoś innego.
Ciągnęła dalej, że wraz z mężem dawniej prowadzili żartobliwe rozmowy o swoim marzeniu, żeby kupić mały hotelik w Napa Valley. Teraz nagle ten pomysł pojawił się na serio i spędzili poprzedni weekend z pośrednikiem nieruchomości, oglądając różne gospody na sprzedaż.
Pół roku później dostałem od Susan liścik, napisany na odwrocie zdjęcia uroczej wiejskiej gospody w Napa Valley z ponagleniem do odwiedzin: „Pierwsza noc na rachunek firmy!”.
Historia Susan jest dobrą ilustracją kilka spraw. Po pierwsze –nieproporcjonalnie duża ilość lęku. Oczywiście, że przygnębiało ją aresztowanie jej dziecka. Który rodzic nie czułby się tak samo? Ale jej reakcja była katastroficzna. Poza wszystkim jej syn miał kłopoty z narkotykami przez wiele lat i zdarzyła mu się już niejedna wpadka.
To był tylko uzasadniony domysł, kiedy uznałem za decydującą rzecz przybrudzony bandaż na szyi Susan, widomy znak jej operacji plastycznej. Ryzyko błędu było jednak niewielkie, ponieważ w jej grupie wiekowej nikomu nie udaje się uniknąć niepokojów związanych ze starzeniem się. Jej operacja plastyczna i „punkt zwrotny”, jakim były sześćdziesiąte urodziny, wzbudziły wiele ukrytego lęku przed śmiercią, a ona dokonała przeniesienia go na syna. Dzięki naszej terapii zaczęła zdawać sobie sprawę ze źródła swojego lęku, pomogłem jej też skonfrontować się z nim.
Susan była wstrząśnięta kilkoma odkryciami: że jej ciało się starzeje, że jej syn symbolizuje dla niej szanse na nieśmiertelność i że ma jedynie ograniczoną władzę nad możliwością udzielenia pomocy synowi czy zatrzymania swojego starzenia się. Wreszcie zdała sobie sprawę, jak wielką górę żalu nagromadziła w sobie w ciągu swojego życia – i to zapoczątkowało zasadniczą życiową zmianę.

Tłum. Anna Dodziuk