PIĄTEK, 3 września 2010
Joachima, Liliany, Szymona


Latarnik

Tak trudno się rozstać...

Barbara Smolińska


zdjecie Każdy musi się zmierzyć ze śmiercią kogoś bliskiego. Czas żałoby wytrąca nas z codziennego tempa życia i obnaża rzeczywistą wartość wszystkiego, za czym pędziliśmy. Żałoba zatrzymuje czas i jest pełna bólu, ale lepiej przed nią nie uciekać.

W ciągu ostatnich kilkunastu lat zdarzało mi się wielokrotnie rozmawiać podczas konsultacji psychologicznych z osobami, które przychodziły z tym samym pytaniem: „Czy to normalne, że choć od śmierci partnera, z którym przeżyłam/przeżyłem 30 lat minęło prawie pół roku, ja wciąż tkwię w smutku i ciągle płaczę?”. Mój rozmówca opisuje potem działania bliskich, którzy starali się pogrążonych w żałobie matkę, teścia, ciotkę szybko pocieszyć, wyrwać ze smutku, rozbawić. Tymczasem żałoba musi trwać. Nieprzypadkowo przyjmuje się zwyczajowo, że po stracie bliskich żałoba trwa rok i często podkreślana jest przez żałobników odpowiednim strojem i zachowaniem.
Dlaczego nie można jej jakoś przyspieszyć? Co pomaga ją przeżyć, a więc sprawić, by mogła się kiedyś zakończyć? Czemu niekiedy nie można się z niej otrząsnąć?
Żałoba to stan psychiczny po stracie bliskiej osoby. Na jej przeżywanie wpływa to, w jakich okolicznościach umierają nasi najbliżsi. Żałobą po śmierci osoby zmarłej nagle, w tragicznych okolicznościach (szczególnie żałobę przeżywa rodzina samobójcy), jest inna niż żałoba po zmarłym w wyniku długotrwałej choroby. Nieco inaczej przeżywają bliscy stratę osoby młodej, zwłaszcza dziecka (także jeszcze nie narodzonego), a inaczej śmierć osoby starszej itp.
Ale jakakolwiek byłaby ta śmierć, zawsze strata osoby bliskiej jest szokiem. Jest dla nas niespodziewana i nieprzewidywalna, nawet gdy umiera osoba starsza i schorowana. Łudzimy się bowiem, że to nie będzie jeszcze dziś. Gdy okazuje się, że ten dzień właśnie nadszedł, pojawia się w nas przerażenie, ból, smutek, rozpacz, niedowierzanie, protest, niezgoda. Choć jednocześnie czasem ulga, jeśli długo patrzyliśmy na chorobę i towarzyszyliśmy w cierpieniu umierającemu. W bliskich zmarłego kłębią się te wszystkie uczucia. Potrzebują oni czasu i przestrzeni, by ich doświadczać, by się wypłakać. Jak można im pomóc? Wystarczy samo bycie z nimi – nie zaprzeczajmy ich uczuciom, nie pocieszajmy na siłę. Starajmy się z empatią i zrozumieniem towarzyszyć osobie przeżywającej żałobę.

Jak mógł mi to zrobić?


Mąż Anny zginął w tragicznym wypadku podczas pracy na budowie. W domu to on zajmował się rachunkami, martwił o spłatę kredytów, dorabiał na wyjazdy wakacyjne dla rodziny. Choć minęły dwa lata od jego śmierci, Anna nadal nie może się z tym pogodzić. Teściowie bardzo jej pomagają w opiece nad dziećmi, a bracia męża spłacają część rat kredytu na mieszkanie, ale Anna i tak czuje się bardzo osamotniona. Ciągle zastanawia się, czemu ta tragedia spotkała właśnie jej rodzinę, a niekiedy nawet ma żal do męża, bo w dniu śmierci miał iść na urlop, ale z niego zrezygnował...
Żal Anny do męża nie jest czymś nienaturalnym. To jeden z etapów żałoby: od szoku, rozpaczy, niezgody, buntu, złości – także na zmarłego („jak mógł nam to zrobić!”) – poprzez powolne godzenie się z faktem odejścia. To godzenie polega też na wycofaniu się z relacji, jaka łączyła nas ze zmarłym aż po pożegnanie z nim. Trudno jest powiedzieć owo „żegnaj”, jeszcze trudniej poczuć je w sobie, bo ono definitywnie kończy pewien etap naszego życia.

Aż ból się skończy

To, co najczęściej uniemożliwia nam przejście żałoby i jej zakończenie, to – paradoksalnie – ucieczka przed wejściem w nią w ogóle. Unikając żałoby, spychamy wszystkie trudne uczucia tak głęboko, że cały ból zostaje jakby zamknięty, otorbiony, niedopuszczony. Zakończenie żałoby utrudnia również to, że nie zgadzamy się na ostateczne pożegnanie ze zmarłym. Nie pożegnać się z nim, to jakby trzymać go przy sobie. Trwamy wtedy w iluzji relacji, która przecież skończyła się.
W przypadku żałoby – jak pisał w trenach Jan Kochanowski – „czas doktór każdemu”. Bo jak wszystko w życiu jest dynamiczne, tak i żałoba jest procesem. Nie jest to stan statyczny, choć przeżywając ból po stracie ukochanej osoby myślimy, że nasze cierpienie nigdy się nie skończy. Czy osoby wierzące w życie pozagrobowe łatwiej przechodzą żałobę? Myślę, że nie. Żałoby doświadczają równie mocno ludzie o odmiennych wyznaniach i poglądach, bo dotyczy ona ich uczuć i zaangażowania w relacje z drugim człowiekiem. Żałoba to stan głęboko ludzki – jak narodziny, miłość i śmierć.

  Osaczona chorobą

Zachorowałam półtora roku temu na zapalenie gardła i krtani. Przez miesiąc byłam leczona dwoma antybiotykami. Wystraszyłam się wtedy, czy to nie nowotwór, bo mój Tato zmarł na raka płuc. Przeżyłam to bardzo, bo był w moim życiu bardzo ważną osobą. Zawsze bardzo liczyłam się z Jego zdaniem. Teraz tego zabrakło. Choć mijają kolejne miesiące od Jego śmierci i moje siostry już oswoiły się z tą sytuacją, ja nadal nie mogę się pozbierać. Nie ma dnia, żebym nie wspominała Ojca, a czasem wydaje mi się, że On tylko wyjechał na pewien czas i niedługo zadzwoni, żeby odebrać go z dworca... Źle znoszę pocieszanie ze strony moich znajomych, którzy mówią „Wiem, co czujesz. To minie. Wszystko się ułoży”. Ja czuję się ogromnie sama z bólem po stracie Ojca. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że człowiek tak naprawdę w obliczu śmierci stoi zupełnie sam.
Gdy odwiedzałam Tatę w szpitalu i towarzyszyłam Mu w ostatnich dniach, widziałam straszne cierpienie ludzi na onkologii. Przestraszyłam się więc, czy ta choroba u mnie to też nie jest nowotwór. Ciągle mam pieczenie w ustach i suchość. Wciąż o tym myślę, bo mi to przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu. Czy to może być na tle nerwowym? Jak sobie poradzić z tym bólem samotności i cierpienia?

Bożena


Barbara Smolińska jest doktorem nauk humanistycznych, certyfikowanym trenerem, psychoterapeutą i superwizorem Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Zajmuje się psychoterapią indywidualną, małżeńską i grupową. Pracuje w warszawskim Laboratorium Psychoedukacji.

Pani Bożeno,
Nie wiem, jak dawno zmarł Pani Ojciec, ale z listu widać (i sama Pani zresztą o tym pisze), że nadal jest Pani pogrążona w żałobie tak mocno, że nic innego nie jest ważne – nie pisze Pani ile ma lat, czy jest Pani sama, czy żyje w małżeństwie lub jakimś związku, czy ma dzieci...
I to właśnie jest bardzo charakterystyczne dla czasu żałoby: wszystko przestaje być istotne, wszystko poza stratą tej jednej osoby. Taki stan jest naturalny, można nawet powiedzieć: zdrowy. Osoba pogrążona w żałobie ma prawo płakać, rozpaczać, być smutna, nie mieć na nic ochoty. Ma też prawo przeżywać złość na zmarłego, choć to może się wydawać trochę irracjonalne. Ma prawo do wszystkich uczuć, jakie się w niej pojawią. Również do strachu o siebie i swoje zdrowie. Dobrze, jeśli będąc w takim stanie możemy liczyć na pomoc innych. Jeśli może nam wtedy towarzyszyć ktoś bliski, rozumiejący, kto po prostu jest obok.
Na ogół śmierć bliskiej osoby konfrontuje nas też z własną skończonością, z nieuchronnością śmierci. Jeśli minęło już kilka lat od śmierci Pani Ojca, a Pani ból się nie zmniejsza, mało tego – trwają lub nasilają się obawy o własne zdrowie i życie, warto może skorzystać z pomocy psychoterapeuty. Wygląda na to, że z jakichś powodów Pani uczucia zatrzymały się, nie płyną, a stan bólu trwa bez zmiany jego nasilenia. Być może tak bardzo nie chce się Pani rozstać z Ojcem, który był ważną osobą w Pani życiu. Trzymając się swego bólu, trzyma się Pani niejako wciąż Ojca. Tymczasem ważnym etapem żałoby jest pożegnanie i rozstanie. Myślę, że nie powiedziała Pani jeszcze „żegnaj” do Taty.


Wasze opinie
Aby dodać komentarz musisz być zalogowany.
KOMENTARZY: 0
Brak komentarzy.