Latarnik
Sama wbrew sobie
Iza jest 37-letnią samotną kobietą. Samotność nie jest jednak tym, czego sobie życzyła i obwinia się za to. W Latarniku naszej Czytelniczce radzi Wanda Sztander-Trabert, psycholog i psychoterapeuta.Potrzebuję trochę czasu, by zaprzyjaźnić się z ludźmi. Mam problemy z otwieraniem się na innych. Zapisałam się co prawda do serwisu randkowego, mam teraz więcej znajomych, ale nadal są to przeważnie kobiety. Już sama nie wiem, gdzie szukać swojej drugiej połówki... Nie wiem, jaki błąd popełniłam, że dziś jestem sama. Może moim błędem jest to, że chcę się najpierw zaprzyjaźnić z poznawanymi mężczyznami, a oni pewnie liczą od razu na ekscytującą, namiętną znajomość. Wyczuwam, że oni myślą stereotypami – jak widzą przed sobą kobietę przed czterdziestką, to są pewni, że ona ma za sobą nie tylko bogate doświadczenia życiowe, ale i erotyczne. Ale ja nie jestem taka. Co mam robić?
Iza
Wanda Sztander-Trabert jest psychologiem klinicznym, certyfikowanym psychoterapeutą i superwizorem psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Pracuje w Instytucie Psychologii Zdrowia w Warszawie. Zajmuje się terapią rodzin z problemem alkoholowym.Pani Izo,
Wydaje się, że po przemyśleniach ma Pani pewną świadomość, dlaczego jest Pani singlem. Nieakceptowanie siebie jako kobiety, lęk blokujący pragnienia – to w zasadzie wystarczy, by rozumieć zaistniałą sytuację. „Zrozumieć” nie znaczy „zaakceptować”. To normalne, że odczuwa Pani pragnienia, ale też zanikanie nadziei.
Nie znam dobrej recepty na problem „samotny nie z własnego wyboru” i nie znam nikogo, kto by ją znał. Interesuje mnie jednak, czy udało się Pani na tyle zmienić swoje nastawienie życiowe, by mogła Pani otworzyć się na znajomości dla Pani naprawdę interesujące. Tylko tyle lub aż tyle zależy od Pani. Znajomości interesujące nie zdarzają się nikomu codziennie. Jeśli jednak już się zdarzą, na przeszkodzie mogą stanąć stare schematy myślenia o sobie, lęk i wszechogarniająca rezygnacja. Gdyby tak właśnie działo się z Panią, sugeruję przeciwstawić się „siłą i wolą” (o ile nie psychoterapią) takiej postawie. Rezygnacja jest w wielu sytuacjach życiowych postawą mądrą i racjonalną, byle nie okazywała się przedwczesna. Z tonu Pani listu wnoszę, że tak właśnie może dziać się w Pani życiu. To nieprawda, że ktoś, o kim może Pani myśli „on nie zechce mnie”, rzeczywiście nie jest dla Pani. Życie jest pod tym względem naprawdę bardzo zaskakujące.
Bardzo Panią zachęcam do porzucenia opinii, że popełnia Pani jakiś błąd. Zachęcałabym też do psychoterapii w kierunku lepszego rozpoznania tego, „jak traktuję siebie”. Warto przyjrzeć się swoim realnym obawom. Może mogłaby Pani pozwolić sobie na więcej odwagi? Najpierw zaprzyjaźnić się, a potem przekształcić znajomość w coś bardziej ekscytującego.
Warto pamiętać, że mężczyźni także mają swoje lęki przed kobietami. Wielu mężczyzn gra kogoś innego niż jest naprawdę przed nowo poznaną kobietą.
Wasze opinie
Aby dodać komentarz musisz być zalogowany.
KOMENTARZY: 5
witam choć jestem sporo młodsza od Izy również doświadczyłam samotności... i wiem że jakiekolwiek spędzanie czasu ze znajomymi i życie ich życiem nie jest wystarczające dla osiągnięcia zadowolenia z życia bo czuje się brak tej bliskiej osoby która poświęci nam swój czas a czas ten będzie tylko dla nas bliskość drugiej osoby znaczy wiele
eve
22 kwietnia 2009 20:19
eve
22 kwietnia 2009 20:19
Sama prawda! Tylko terapia może tu być pomocna. Pozdrawiam wszystkie "singielki" po psychoterapii:) Istotne zmiany zachodzą na ogół rok po zakończonej psychoterapii. Ale niekoniecznie tak musi być. Badania (narzędziami psychometrycznymi) wykazują, że zmiany obserwowalne są często już w trakcie terapii. Niemniej pełna integracja "ja" klienta jest procesem rozciągniętym w czasie. To nie jest tak, że wszystko się w nas scala błyskawicznie. Część pracy musi jeszcze wykonać nasza podświadomość,a to trochę trwa. Gdzieś do ok. roku.
Pozdrawiam
7 stycznia 2009 18:26
Pozdrawiam
7 stycznia 2009 18:26
Wprawdzie mam kilka lat mniej, ale doskonale wiem, co oznacza ból samotności. Moim pocieszeniem (a może raczej ucieczką przed samotnością?)są cotygodniowe wyjazdy na weeekndy do rodziców..Ale to z kolei sprawia, że czuję się jak ich wyrzut sumienia-że mi się życie nie ulozyło, a jeszcze ojciec zrzuca winę na mamę(że niby nadopiekuncza była)..a prawda jest o wiele bardziej skomplikowana...Ech, czasem to mi się chce wyć z bezsilności i modlę się o śmierc..Bo skoro nie mogę (nie jest mi dane ?) żyć tak jak chcę, to nie chcę żyć..Chyba to juz są symtomy depresji..Moje relacje z mężczyznami zawsze kończą się rozczarowaniem..Niskie poczucie wlasnej wartości, złe wybory, szukanie w mężczyznie "szczęścia"..a to podobno nie tak..Pozdrawiam wszystkich "samotnych nie z wyboru"
5 stycznia 2009 16:20
5 stycznia 2009 16:20
Wprawdzie mam kilka lat mniej, ale doskonale wiem, co oznacza ból samotności. Moim pocieszeniem (a może raczej ucieczką przed samotnością?)są cotygodniowe wyjazdy na weeekndy do rodziców..Ale to z kolei sprawia, że czuję się jak ich wyrzut sumienia-że mi się życie nie ulozyło, a jeszcze ojciec zrzuca winę na mamę(że niby nadopiekuncza była)..a prawda jest o wiele bardziej skomplikowana...Ech, czasem to mi się chce wyć z bezsilności i modlę się o śmierc..Bo skoro nie mogę (nie jest mi dane ?) żyć tak jak chcę, to nie chcę żyć..Chyba to juz są symtomy depresji..Moje relacje z mężczyznami zawsze kończą się rozczarowaniem..Niskie poczucie wlasnej wartości, złe wybory, szukanie w mężczyznie "szczęścia"..a to podobno nie tak..Pozdrawiam wszystkich "samotnych nie z wyboru"
5 stycznia 2009 16:19
5 stycznia 2009 16:19
Znam problem Izy z własnego doświadczenia. Jesteśmy rówieśnicami:)
Iza ma swoje obciążenia z dzieciństwa, ja natomiast prócz tego doświadczyłam przemocy psychicznej i w dziciństwie i ze strony partnera. W tej chwili jestem sama od 5 lat, nie licząc jakiś drobnym związków ktore utwierdziły mnie tylko w przekonaniu że dużo pracy przede mną jeśli nie chcę popełniać tych samych błędów.
Fajnie byłoby gdyby znajac swoje błędy dałoby się ich tak od razu unikać. Niestety jak wynika z moich doświadczeń i przemyśleń najgorsze co może nas spotkać to REZYGNACJA. Zrobłam dla siebie juz bardzo wiele, czuje że odniosłam sukces jeśli chodzi o podniesienie swojej samoświadomosci, przekonanie sie że mogę bardzo wiele itp. To wszystko jednak znika, gdy przekraczam próg swoje pustego mieszkania. Poczucie ze nie jestem potrzebna nikomu, ze mogłabym zasłabnąc itp i nikt by tego zbyt szybko nie zauważył jest porażające. Także świadomość że mogę polegać tylko na sobie, myśli które podstępem wkradają się do głowy i krzyczą- Czas minął, nie bedzie juz normalnej rodziny. Gra skonczona. To najgorsze z czym ja się borykam. Niestety walka z tym to powtarzanie sobie, ze tak wiele się może jeszcze zdarzyć, że powinnam starać się znaleźć miejsce dla siebie i być sama ze soba szczęsliwa, bo przecież ludzie szczęśliwi przyciągają innych jak magnes...
Marzena
29 grudnia 2008 15:07
Iza ma swoje obciążenia z dzieciństwa, ja natomiast prócz tego doświadczyłam przemocy psychicznej i w dziciństwie i ze strony partnera. W tej chwili jestem sama od 5 lat, nie licząc jakiś drobnym związków ktore utwierdziły mnie tylko w przekonaniu że dużo pracy przede mną jeśli nie chcę popełniać tych samych błędów.
Fajnie byłoby gdyby znajac swoje błędy dałoby się ich tak od razu unikać. Niestety jak wynika z moich doświadczeń i przemyśleń najgorsze co może nas spotkać to REZYGNACJA. Zrobłam dla siebie juz bardzo wiele, czuje że odniosłam sukces jeśli chodzi o podniesienie swojej samoświadomosci, przekonanie sie że mogę bardzo wiele itp. To wszystko jednak znika, gdy przekraczam próg swoje pustego mieszkania. Poczucie ze nie jestem potrzebna nikomu, ze mogłabym zasłabnąc itp i nikt by tego zbyt szybko nie zauważył jest porażające. Także świadomość że mogę polegać tylko na sobie, myśli które podstępem wkradają się do głowy i krzyczą- Czas minął, nie bedzie juz normalnej rodziny. Gra skonczona. To najgorsze z czym ja się borykam. Niestety walka z tym to powtarzanie sobie, ze tak wiele się może jeszcze zdarzyć, że powinnam starać się znaleźć miejsce dla siebie i być sama ze soba szczęsliwa, bo przecież ludzie szczęśliwi przyciągają innych jak magnes...
Marzena
29 grudnia 2008 15:07