Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

31 października 2019

Baby są jakieś...inne

5

Gdyby wszyscy ludzie na świecie byli tak wspólnotowi jak kobiety, to każdy siedziałby w swojej pieczarze. Gdyby z kolei dominował męski styl sprawnościowy, to w ogóle nie byłoby pieczary, do której można by się schować. O dwóch odmiennych perspektywach spostrzegania siebie i innych opowiada prof. Bogdan Wojciszke.

Artykuł w ramach bezpłatnego dostępu. Aby uzyskać dostęp do wszystkich 7 tys. tekstów na naszej stronie wykup pakiet premium cyfrowych Charakterów. W ramach pakietu uzyskasz także dostęp do listopadowego e-wydania Charakterów wraz z e-bookiem.

DOROTA KRZEMIONKA: – Ktoś uśmiecha się do nas. Co robi: zaleca się, szydzi, wyśmiewa czy przymila? Co widzimy?
BOGDAN WOJCISZKE: – To zależy, kto na kogo patrzy. Jak dowiedli Frank Saal, Catherine Johnson i Nancy Weber z Kansas State University, kobiety zobaczą w tym przejaw życzliwości, zaś mężczyźni, kiedy patrzą na kobiety, widzą zaproszenie do flirtu. Tę samą propozycję erotyczną mężczyźni przeważnie – ponad 60 procent – uznają za pochlebstwo, a kobiety za zniewagę i poniżenie. Kiedy kobieta i mężczyzna zachowują się tak samo, okazuje się, że robią coś zupełnie innego. Interpretujemy czyjeś zachowania zgodnie z naszymi oczekiwaniami, związanymi na przykład z płcią. A interpretować możemy różnie, bo zachowania ludzi są zwykle wieloznaczne.

„Rzeczywistość i jej interpretacja to nie to samo” – zaczyna Pan swoją książkę Sprawczość i wspólnotowość. Jednak zazwyczaj tego nie rozróżniamy.
– Nie, ponieważ nasz umysł dokonuje interpretacji natychmiast i automatycznie. A zarazem wierzymy, że widzimy, jak jest naprawdę.

Badania Nalini Ambady z Tufts University pokazują, że w ciągu sekund i w dużym stopniu nieświadomie potrafimy rozstrzygnąć, czy można komuś zaufać, czy nie. Pytanie, czy trafnie?
– Wygląda na to, że dla nas ważniejsza jest szybkość sądów na temat innych ludzi niż ich trafność. O trafności orzekać i tak trudno, bo nie dysponujemy dobrym kryterium. A w bieżącym kontakcie z kimś interesuje nas nie to, jakie ten ktoś ma cechy, ale jakie są jego intencje. Czy chce zrobić nam coś złego, czy wręcz przeciwnie. Intencje mogą decydować o życiu i śmierci. Odczytanie cudzych intencji jest też warunkiem gładkiego biegu interakcji.

Z badań Aleksandra Todorova z Princeton University wynika, że jeden mięsień w twarzy, ten marszczący brwi, przesądza, czy komuś zaufamy.
– Myślę, że to ma głębokie uzasadnienie ewolucyjne, bo jesteśmy gatunkiem zabójców. Cywilizacja bardzo nas utemperowała. Ale na pewno nie należymy do szlachetnych dzikusów; to mit, z którym walczy psycholog ewolucyjny Steven Pinker. I słusznie. Badania antropologów pokazują, że 30–40 procent mężczyzn społeczeństw plemiennych ginie z rąk innych mężczyzn...

W rywalizacji o nieliczne atrakcyjne partnerki...
– Oraz o mięso. A skoro jesteśmy zabójczym gatunkiem, to musiała wyewoluować zdolność odczytywania tych zabójczych intencji. Tym bardziej że nie można było sobie pozwolić na to, by zabójcy raz na zawsze unikać, bo on jednocześnie był przydatny jako obrońca. Więc ludzie musieli się nauczyć, jak rozpoznać śmiercionośne intencje i unikać ich, ale nie ich nosicieli, bo ci skądinąd byli potrzebni. To tylko spekulacja...

Ale zgodna z przedstawianymi przez Pana danymi na temat prymatu wymiaru wspólnotowego lub moralnego w percepcji innych ludzi. W relacjach społecznych możemy przyjmować dwie zasadniczo odmienne perspektywy...
– Perspektywę sprawcy i biorcy. Pierwszą przyjmujemy, patrząc na siebie i osoby, z którymi się identyfikujemy. Jako sprawcy jesteśmy skoncentrowani głównie na efektywności swoich działań. Przeważają kategorie sprawcze, takie jak; inteligencja, skuteczność, siła woli. Drugą perspektywę przyjmujemy, patrząc na zachowania innych, szczególnie wtedy, gdy są skierowane do nas. Z tej perspektywy jesteśmy zainteresowani zrozumieniem intencji drugiej osoby, by uniknąć potencjalnych szkód albo coś zyskać. Dominują kategorie wspólnotowe, takie jak: uczciwość, lojalność i bezinteresowność.

W filmie „Przypadek Harolda Cricka” bohater rzuca się, by ratować dziecko spod kół rozpędzonego autobusu. Jeden ze świadków zdarzenia mówi: to było niemądre, ale heroiczne. Ten komentarz pokazuje odmienność dwóch wymiarów oceny zachowań. Na ile są one niezależne?
– Opisowo te wymiary są niezależne. Jeden dotyczy skuteczności, drugi – funkcjonowania w relacjach społecznych. Natomiast wykluczają się one psychologicznie i funkcjonują tak, jakby były alternatywnymi płaszczyznami patrzenia na człowieka. Kiedy interpretujemy zachowanie pod względem wspólnotowym, mamy skłonność do ignorowania jego sprawczości i odwrotnie.

Zatem Janina Ochojska, jakkolwiek by była sprawna w swych działaniach, nie wyda nam się inteligentna i efektywna?
– Nie, bo pracuje na rzecz cudzych interesów. A wtedy nie widzimy czyjejś sprawczości, tylko dobre intencje. Umyka nam wymiar sprawczości, który narzuca się nam, gdy działamy na rzecz własnego interesu. Z badań, które prowadziłem wspólnie z Olą Cisłak, wynika, że jak ktoś jest bardzo kompetentny i odnosi sukcesy, to podejrzewamy go, że tym samym jest niemoralny.

Z kolei bardziej moralni wydają nam się ci, którzy ponoszą porażki. To polska specjalność?
– Prawdopodobnie tak. Bierze się ona ze swoistego kultu porażki – traktowanej jak zdarzenie, które uszlachetnia. To zjawisko Rafał Ohme nazwał „towarzyszami niedoli”. Gdy ktoś poniesie porażkę, to jest mu bliżej do innych ludzi.

A zatem choć wymiary wspólnotowości i sprawczości są niezależne, to z jednego możemy wnioskować o tym drugim?
– Do pewnego stopnia tak jest. Nicolas Kervyn pokazał tak zwany efekt pomówienia. Wyobraźmy sobie, że podczas rozmowy kwalifikacyjnej podkreślamy, że jeden z kandydatów jest bardzo serdeczny, życzliwy, i nic nie mówimy o jego kompetencji. Sam fakt, że o niej nie wspominamy, sugeruje, że mu kompetencji brak – przecież przy rozmowie o pracę ten temat powinien być omówiony... Kervyn pokazał, że tak jest w ogóle: jeśli o jednym z wymiarów mówimy dużo, a o drugim nic, to rozmówca wyciąga wniosek, że coś jest nie w porządku z człowiekiem na tym drugim wymiarze. Wydaje się, że podanie kompletnej informacji o kimś wymaga wzmiankowania o obu wymiarach.

Kiedy wybieramy jedną z perspektyw, inaczej przetwarzamy informacje, inne są przesłanki dochodzenia do wniosków. Na przykład w zakresie moralności informacje negatywne są bardziej diagnostyczne niż pozytywne. W zakresie sprawności przeciwnie – bardziej diagnostyczne są informacje pozytywne. Z czego to wynika?
– Z odmienności naszych oczekiwań w obu tych dziedzinach. Ktoś niemoralny może też zachować się moralnie, gdyż jest to społecznie wymagane. Dlatego zachowania moralne są słabą podstawą wnioskowania o odpowiadających im cechach. Jeśli mąż opiekuje się żoną, mówi prawdę, pamięta o jej urodzinach – nie jest to podstawą wnioskowania o jego szczególnych
zaletach.

Co innego, gdy zapomni o rocznicy ślubu...
– Właśnie. Poza tym z czyjąś niekompetencją związane jest mniejsze ryzyko niż z czyjąś niemoralnością. Dlatego interpretowanie świata w kategoriach moralnych, inaczej wspólnotowych, częściej prowadzi do wniosków negatywnych.

Nic dziwnego, że moraliści są ogólnie gorszego zdania o ludziach. Sukcesy z natury powinny nas cieszyć. Nawet te cudze. A nie zawsze cieszą.
– Nat...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy