Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

27 września 2018

Biografia milczenia

5

Trwajmy w milczeniu i spokoju przynajmniej przez kilka minut dziennie. Jeśli każdego dnia zatrzymamy się na moment, wszystko zacznie się zmieniać. Nadejście tej zmiany zależy wyłącznie od naszego pragnienia, by nadeszła.

 

Tekst jest fragmentem książki "Biografia milczenia" - wielkiego międzynarodowego przeboju wydawniczego. W samej Hiszpanii ukazało się już kilkanaście wznowień w łącznym nakładzie ponad 100 tysięcy egzemplarzy. Nic dziwnego – do tej pory nikt w tak osobisty, zaskakujący, a nawet nieco przewrotny sposób nie pisał o roli milczenia, uważności, medytacji w codziennym życiu.

 

Rozdział 7

Zaskoczenie obecnością

Aby przemienić się w kogoś, kto medytuje, właściwie nie musiałem nic robić poza siadaniem raz, dwa lub trzy razy dziennie na 20-25 minut. Wszystko polegało jedynie na byciu tym, kim byłem dotąd, ale tym razem w sposób świadomy i z całą możliwą uwagą. Cały mój wysiłek ograniczał się do kontrolowania poruszeń umysłu, do uwolnienia się od przymusu osiągania celów, do zrzucenia jarzma wyobraźni, które sprawiało, że przez wiele lat byłem niewolnikiem, biegnącym na każde jej skinienie. A skoro już byłem panem samego siebie, dlaczego miałbym zachowywać się jak niewolnik?

Krok po kroku uwaga prowadziła mnie do zachwytu. W rzeczywistości o tyle wzrastamy jako osoby, o ile pozwalamy sobie na zachwyt tym, co się wydarza, czyli o ile jesteśmy dziećmi. Medytacja – co bardzo mi się podoba – pomaga w odzyskaniu utraconego dzieciństwa. Jeśli nic z tego, co przeżywam lub widzę, już mnie nie zaskakuje i nie zachwyca, oznacza to, że poddałem się tyranii uprzedzenia lub zamknąłem się w jakimś schemacie mentalnym, uniemożliwiając potencjałowi rzeczywistości pełny rozkwit przed moimi oczyma.

Fakt, czymś dziwnym może wydać się zdolność do zachwytu czynnością, którą powtarzamy codziennie, czasami nawet kilka razy. Dlatego trzeba praktykować. Wszystko zależy od naszego spostrzegania. Zrozumiemy ten zachwyt, jeśli praktykujemy stale i rzetelnie. Ostatecznie dociera do nas, że możemy być szczęśliwi jedynie wtedy, gdy obcujemy z tym, co rzeczywiste. Sięgnę po przykład.

Jeden dzień w miesiącu poświęcam na intensywne rekolekcje medytacyjne. Pewnego razu na ich zakończenie wybrałem się na wędrówkę po górach. Przez jakiś czas – być może nawet przez godzinę – odczuwałem niezwykłe szczęście, głębokie i niecodzienne. Wszystko wydawało mi się piękne, promieniujące światłem. Doznawałem trudnego do opisania wrażenia, że to nie ja byłem tym, który był w górach, ale że to one – góry – były mną. Słońce, ledwo widoczne zza chmur, już zachodziło za horyzont; mnie jednak właśnie tak zachmurzone niebo wydawało się wtedy doskonale piękne. Ze względu na dużą liczbę posiedzeń, jakie odbyłem tamtego dnia, bolało mnie trochę prawe kolano, ale – o dziwo! – ból ten nie przeszkadzał mi. Co więcej, wydawał mi się nieco zabawny i całkowicie go akceptowałem, nie stawiając mu żadnego oporu.

Laska (Pablo d’Ors nazwał tak swojego psa, inspirując się językiem czeskim, w którym słowo laska oznacza miłość. Nie przeszkadzało mu, że jego pies jest samcem i będzie nosił imię rodzaju żeńskiego, przyp. tłum.) - mój pies – skakał między skałkami, biegał tam i z powrotem. Patrząc na niego, pomyślałem, że przeżywa każdą sekundę z ogromną intensywnością. Przyglądałem się mojemu wiernemu towarzyszowi przez dłuższą chwilę i w końcu postanowiłem, że przynajmniej w tym jednym punkcie będę podobny do niego. Teraz już to rozumiem! Sprawiłem sobie zwierzę, aby ożywić zwierzę, które jest w mnie!

Moje odczucie owego niezwykłego szczęścia podczas górskiej wędrówki zniknęło niepostrzeżenie, ale to właśnie dzięki niemu, jak sądzę, mam teraz właściwsze pojęcie szczęścia, którego pragnę. Na przykład te słowa piszę przy kominku, w zaciszu mojego domu. Laska leży przy moich nogach i słyszę, jak pada deszcz: nie wyobrażam sobie doskonalszej pełni. Drewno na opał, książki do czytania, kieliszek doskonałego wina i kilkoro przyjaciół, z którymi można dzielić się wszystkim. Właściwie nie potrzeba nic więcej do prawdziwego szczęścia.

Kilka dni po owych pamiętnych rekolekcjach wróciłem w te góry, ale dla mnie nie były już takie same. Prawdę mówiąc, to ja nie byłem taki sam jak podczas poprzedniej wędrówki. Nie możemy wlec za sobą dawnego szczęścia – coś takiego jest zupełnym absurdem. Jaki wniosek wysnułem z tego zdarzenia? Taki, że szczęście jest w swej istocie postrzeganiem. I jeśli ograniczymy się jedynie do postrzegania, staniemy się w końcu tym, kim tak naprawdę jesteśmy.

Rozdział 8

Szczęście percepcji

Im więcej medytujemy, tym mocniejsza staje się nasza zdolność dostrzegania, a odczuwanie znacznie się wysubtelnia – mogę o tym zapewnić. Przestajemy żyć w otępieniu, a tak zazwyczaj przemijają nasze dni. Nasze spojrzenie staje się ostrzejsze i zaczynamy dostrzegać prawdziwe kolory otaczających nas rzeczy. Słuch wyostrza się tak, że możemy usłyszeć prawdziwą muzykę świata – i nie ma w tym stwierdzeniu grama poezji. Wszystko, nawet najbardziej prozaiczne rzeczy, wydaje się nam bar...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy