Brak wyników

Rodzina i związki , Praktycznie

1 września 2016

Być sandwiczem i nie zwariować

3

Pokolenie sandwicza – tak nazywa się tych, którzy czują się jak nadzienie w kanapce, naciskani z jednej strony przez dzieci, z drugiej przez starzejących się rodziców. Jak sobie radzą?

Coraz później się usamodzielniamy, później zakładamy rodziny. Zanim nasze dzieci dorosną, nasi rodzice zdążą się zestarzeć. W efekcie coraz więcej osób opiekuje się jednocześnie i dziećmi, i rodzicami. W gabinecie można usłyszeć wiele historii takich jak ta: Wstaję o piątej rano, pomagam dzieciom wybrać się do szkoły. Jadę do mamy, by spraw[-]dzić, jak się czuje. Zabieram ją na badania. Potem pędzę do pracy. W drodze powrotnej robię zakupy dla siebie i dla mamy. Przygotowuję obiad dla całej rodziny. Wieczorem, między praniem a sprzątaniem, dzwonię do mamy, by upewnić się, czy wszystko w porządku. I tak codziennie; czasami wydaje mi się, że już tego nie zniosę.

Z jednej strony rodzice stają się coraz mniej samodzielni, z drugiej strony dzieci wciąż jeszcze potrzebują opieki, wsparcia. Jeśli zaś już są dorosłe, to zapracowane, i też potrzebują pomocy w załatwianiu spraw, w opiece nad swoimi dziećmi. Kto się nimi zajmie, jeśli nie młoda babcia lub dziadek?

Jeżeli znajdujemy się w położeniu takiego „nadzie[-]nia w kanapce”, doświadczamy silnego stresu, frustracji i bezradności. Pojawia się poczucie, że nie tak miało być. Często brak nam sił, by rano podnieść się z łóżka. Ale jak przyznać się przed innymi i przed sobą, że opieka nad mamą ciąży, że zajmowanie się starym ojcem budzi opór? Pojawia się złość i chęć ucieczki… Aby przetrwać, przyjmujemy różne strategie. Zapewne bez nich nie dalibyśmy rady, ale każda z nich ma swoją cenę.

Zlanie się, czyli konfluencja
Jednym ze sposobów jest zlanie się, złączenie z osobą, którą się opiekujemy. Przestajemy rozróżniać, gdzie kończy się „ja”, a zaczyna bliska osoba. Pojawia się iluzja, że jej potrzeby są naszymi.

Mamy z mamą podobną wrażliwość, podobnie reagujemy na trudne sytuacje. Kto lepiej ją zrozumie niż ja? Wiem, jak trudno jej żyć samotnie po śmierci taty. Pytam, co ma ochotę zjeść albo czego się napić i dla siebie robię to samo – mamy podobne gusta. Ostatnio zauważyłam, że coraz częściej, zwracając się do mamy, mówię „my”: pójdziemy na spacer, zjemy coś na obiad, kupiłyśmy buty.

Dzięki temu mechanizmowi możliwe staje się przedkładanie czyichś potrzeb i oczekiwań nad własne. Płacimy za to rozmywaniem się granic i myleniem potrzeb: ignorujemy własne potrzeby, co na dłuższą metę jest niebezpieczne, ale też nietrafnie reagujemy na potrzeby bliskich. Aby zrównoważyć tego typu relację, trzeba wrócić do siebie i częściej wyrażać: co ja czuję, co myślę, czego potrzebuję i oczekuję. Wyodrębnianie siebie z „my” pomaga rozróżnić swoje pragnienia i możliwości od oczekiwań i potrzeb osoby, której pomagamy. To zaś jest niezbędne, byśmy potrafili ustalić własne granice i bronić ich w razie potrzeby.

Coraz starsi

Przybywa ludzi wiekowych – od początku lat 90. ubiegłego wieku przeciętny mieszkaniec Polski postarzał się o ponad 7 lat. Odsetek osób w wieku powyżej 75 lat wzrósł w tym czasie z 4,2 proc. do 7 proc. (dane GUS). Według informacji zamieszczonych w Journal of Financial Service Professionals na początku dwudziestego wieku 4–7 proc. ludzi w wieku powyżej 60 lat miało przynajmniej jednego żyjącego rodzica, dziś w takiej sytuacji jest około 50 proc. osób! Na emeryturze coraz częściej zajmujemy się swoimi rodzicami – zamiast odpocząć po latach pracy.

Co należy, czyli introjekcja
Gdy opiekujemy się zniedołężniałymi rodzicami, nie jesteśmy pewni, co jest właściwe, a co nie. Z pomocą przychodzą powszechne reguły, zwane introjektami. To zestaw oczekiwań i norm społecznych określających, jak ma wyglądać opieka nad rodzicami, jaki poziom oddania jest akceptowalny społecznie. Zasady te z jednej strony są zbiorem wskazówek postępowania, z drugiej zaś narzędziem nacisku. Niebezpieczeństwo pojawia się, jeśli wchłaniamy je nieświadomie, gdy zasady innych ludzi przyjmujemy jako własne, bez sprawdzenia, czy chcemy się nimi kierować w życiu.

Gdy zmarła mama, zabrałem tatę do siebie. Ma prawie 80 lat, sam sobie nie radzi. Mogłem go umieścić w domu opieki, ale uważam, że kochający syn tak nie robi, rodzicami należy się opiekować do końca. Tata próbuje zaprowadzić w naszym domu swoje porządki i zarządza, kiedy ma być obiad albo co robimy wieczorem. Nie chcę się z nim kłócić. Ale żona czasem złości się i ma pretensje, że bardziej się liczę z jego zdaniem niż z nią. Tłumaczę jej, że starość ma swoje prawa i że mając tyle lat, co ojciec, też oczekiwałbym przestrzegania moich zasad. Są jednak dni, kiedy mam wszystkiego dosyć, najchętniej zorganizowałbym mu jakąś opiekę. Tylko co powiedzieliby sąsiedzi i rodzina? Sam też nie mógłbym z tym spokojnie żyć.

Aby introjekty nie zaburzały nam relacji z osobą, którą się opiekujemy, spróbujmy rozróżnić wartości własne i te uznawane przez otoczenie. Świadomie poszukujmy odpowiedzi na pytania: jakim rodzicem chcę być dla moich dzieci? Jakim dziec[-]kiem chcę być dla moich rodziców? Co jest dla mnie ważne? Jakie oczekiwania innych chcę spełnić, a które są ponad moje siły? Co czuję, kiedy słyszę prośbę lub żądanie kolejnej przysługi? Co chcę i mogę dać dziecku, a co rodzicowi?

Wiem, czego potrzebujesz, czyli projekcja
Gdy opiekujemy się kimś stale, chcemy jak najlepiej spełniać jego potrzeby, te wypowiedziane i te niewyrażone. Często robimy to bez dopytywania bliskiej osoby – obraz jej potrzeb i oczekiwań budujemy na podstawie własnych wyobrażeń i domysłów. Nie zawsze trafnie. Mamy bowiem tendencję do dostrzegania u innych tych potrzeb i emocji, których sami doświadczamy, a do których przyznać się nawet przed sobą nie chcemy. Na przykład kiedy czujemy się zmęczeni opieką nad matką czy ojcem, a jednocześnie trudno nam uznać, że mamy prawo odpocząć – zaczynamy troszczyć się o odpoczynek rodzica.

Moi rodzice są upartymi osobami. Mieszkamy razem i rodzice starają się pomagać mi w prowadzeniu domu. Wracając po pracy, niejednokrotnie spotykam ich w ogrodzie. Widzę, jak koszą trawę i myślę, że to nie jest praca na ich siły. Zamiast tego mogliby usiąść przy herbatce i odpocząć. Kiedy im to mówię, tłumaczą, że praca w ogrodzie sprawia im przyjemność. Obawiam się, że udają bardziej sprawnych, niż są. Ja, kiedy wracam z pracy, marzę tylko o tym, by usiąść w ogrodzie przy herbacie. Jak ich przekonać, żeby odpoczęli, zamiast ciężko pracować?

Zamiast zakładać, że starej, schorowanej mamie trzeba wysprzątać mieszkanie, lepiej ustalić, jakiej pomocy naprawdę oczekuje, co leży w zasięgu jej możli...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy