Brak wyników

Na temat , Otwarty dostęp , Ja i mój rozwój

28 maja 2018

Być sobą czy grać siebie?

4

Zaprojektuj siebie – zachęcają poradniki, specjaliści od kreowania wizerunku, mówcy motywacyjni. Przekonują, że jeśli czegoś naprawdę pragniemy, to możemy przejść metamorfozę, stworzyć siebie i być tym, kim chcemy... Czy rzeczywiście można wymyślić siebie od nowa i, jak w Photoshopie, poprawić obraz swej osobowości? Jakie pułapki kryją się w takim podejściu?

 

 

Nieustannie słyszymy zachęty do stwarzania siebie (na wzór i podobieństwo swoje) i do tego, aby „wszystko wziąć w swoje ręce”, że „wystarczy chcieć”, albo że „możesz być takim, jakim zechcesz”. Wciąż powtarzane, nie mogą pozostawić nas obojętnymi. Jedni w odpowiedzi wpadają w zachwyt, inni przeżywają rozterki. Pół biedy, jeśli takie zachęty pochodzą od amatorów – choć w dobrej wierze nie liczą się z rzeczywistością, obce są im ograniczenia, to jednak nie pretendują do roli fachowców. Gorzej jest z wszelkiej maści zawodowymi (?) doradcami i coachami, bo ci powiedzą nam wszystko, co chcemy usłyszeć, a w każdym razie to, na czym można dobrze zarobić. Zjawisko szerzy się epidemicznie, w niektórych kręgach posiadanie przybocznego coacha należy już do dobrego tonu. Czy rzeczywiście możemy być tym, kim chcemy? Czy to prawda, że można – ot tak sobie – być sterem, żeglarzem i okrętem?

Na początku były mity Abrahama Maslowa
Po drugiej wojnie światowej nastąpił wyraźny zwrot w psychologii światowej. Ukształtowały się dwa silne i niekoniecznie zgodne ze sobą nurty. Pierwszy z nich nawiązywał do logistycznych wyczynów dokonanych podczas wojny – projektu Manhattan, operacji w Normandii, szturmu na Berlin i wielu innych. Pojawiały się pytania, jak funkcjonuje ludzki umysł, który potrafi poradzić sobie z takimi wyzwaniami, jak radzi sobie ze sprzecznościami, jak radzi sobie z ogromem danych? Ten poznawczy nurt w psychologii za przewodników miał trójkę znakomitych psychologów: Ulrica Neissera, Fritza Heidera i Leona Festingera.

Nurt drugi nawiązywał do doświadczeń okrucieństwa i barbarzyństwa wojny, a także do dyskusji na temat natury ludzkiej – dobrej lub złej, stałej lub zmiennej, miłującej wolność lub pragnącej niewoli i posłuszeństwa itd. To wielka zasługa Carla Rogersa i Abrahama Maslowa – ojców psychologii humanistycznej. Podstawowa idea, jaka pojawiła się w tym kręgu, to przekonanie, że ludzie z natury są dobrzy, że pragną rozwoju i mają szanse na rozwój oraz że wolność jest warunkiem koniecznym podejmowania prób intencjonalnej samorealizacji.

Współtwórcą wielu idei humanistycznych, które wywarły wielki wpływ na psychologię drugiej połowy XX wieku, był Abraham Maslow – postać niezwykle ciekawa, bo stworzył koncepcje (a niektórzy powiadają: mity), które były uogólnieniem jego własnego życiorysu. Sam Maslow był zatem modelowym człowiekiem własnej koncepcji. Pośród różnych składników psychologii humanistycznej przez niego proponowanej, dwa zasługują na największą uwagę: powszechnie znana koncepcja hierarchii potrzeb, skrajnie niezgodna z wiedzą psychologiczną (ale popularna do dzisiaj, zwłaszcza w kręgach biznesowych) i towarzysząca jej koncepcja samourzeczywistnienia. Wedle tych koncepcji po osiągnięciu pewnego poziomu zaspokojenia potrzeb niższego rzędu (na przykład biologicznych, potrzeby bezpieczeństwa lub szacunku), przychodzi czas na samoaktualizację, na zaplanowanie siebie samego i realizację tego planu. Niedługo po pojawieniu się tych koncepcji Bruno Bettelheim, psychoanalityk, psycholog i psychiatra, na podstawie obserwacji zachowań więźniów obozów koncentracyjnych (sam był więźniem Dachau i Buchenwaldu) wykazał nadogólność i nietrafność wspomnianych tez. Okazuje się, że pomysł Maslowa jest wprawdzie elegancki, ale niezbyt zgodny z danymi empirycznymi. Nie zmienia to faktu, że idea samorozwoju, samorealizacji, planowej zmiany – jakkolwiek to nazywać – pozostała jednak obecna w przestrzeni społecznej i nic nie wskazuje na to, by miała szybko stracić na znaczeniu.

Mit drugi: pozytywne myślenie
Lata temu znakomity wrocławski grafik Eugeniusz Get-Stankiewicz wyprodukował naklejkę samoprzylepną na ubranie, która – gdy podeszło się do lustra – ukazywała ukryty wcześniej tekst: „Jestem piękny i mądry”. Cóż lepszego można o sobie pomyśleć? Oto esencja pozytywnego myślenia.
Nie wiadomo, gdzie i kiedy był początek jednej z najbardziej nośnych idei praktycznej psychologii – idei stay positive. Myślę jednak, że jest to stary pomysł. Od wczesnego dzieciństwa zewsząd słyszałem: „jeśli czegoś bardzo chcesz, to na pewno to zdobędziesz”, „jeśli tylko wierzysz w powodzenie, na pewno się uda” i tym podobne.
Na koncepcję pozytywnego myślenia składają się w istocie dwa zjawiska. Pierwsze z nich to zdolność do przekonania siebie samego, że podejmowane działania przyniosą oczekiwane rezultaty, czyli że będzie to, czego pragniemy. Drugie to przekonanie, że za pomocą procesów mentalnych można przekształcić obraz danych zdarzeń czy faktów z negatywnego na pozytywny. Krótko mówiąc, jeśli wiemy, czego chcemy, i jeśli chcemy, żeby było dobrze, to – dzięki pozytywnemu myśleniu – będzie dobrze.

Idea pozytywnego myślenia należy do takich ponętnych wytworów ludzkiego umysłu, którym – znowu – w najmniejszym stopniu nie przeszkadza sprzeczność z faktami. Prace amerykańskiego psychologa Neila D. Weinsteina nad nierealistycznym optymizmem, prace polskiego psychologa społecznego Dariusza Dolińskiego nad tak zwaną orientacją defensywną czy prace Gabriele Oettingen nad wartością pozytywnego myślenia w motywacji od dawna nie pozostawiają żadnych wątpliwości – koncepcja to nader podejrzana. Popatrzmy na badanie przeprowadzone przez profesor psychologii Gabriele Oettingen z New York University. Wyniki, jakie uzyskała, są zastanawiające i zasadniczo sprzeczne z koncepcją pozytywnego myślenia: odchudzające się kobiety, które myślały pozytywnie, nie schudły wcale, natomiast kobiety, które skłoniono do myślenia negatywnego, schudły średnio kilkanaście kilogramów. Co więcej, te ostatnie po upływie sześciu miesięcy w większości utrzymały swoją nową wagę. Interesujący jest jednak inny efekt, który odnotowano przy okazji: osoby, które myślały pozytywnie, były w dobrym nastroju – o wiele lepszym niż osoby myślące negatywnie. Ten eksperyment pokazuje kilka rzeczy. Po pierwsze, że myślenie pozytywne może być substytutem wyniku działania – sukces można, jak się okazuje, skonsumować w wyobraźni. Po drugie dowodzi, że strategiczny pesymizm okazał się motywacyjnie korzystnym zabiegiem. Po trzecie okazuje się, że jeśli chcemy mieć dobry nastrój, to wystarczy myśleć pozytywnie, ale jeśli chcemy osiągać wyniki w podjętym zadaniu – wówczas pesymizm strategiczny i myślenie negatywne są rozwiązaniem znacznie bardziej pragmatycznym.

Mit trzeci: wystarczy chcieć
Potoczne koncepcje motywacji ludzkiego działania, wedle których wystarczy chcieć, przywodzą na myśl bohatera niezapomnianej mikropowieści Sławomira Mrożka Moniza Clavier. Potrafił on osiągać pożądane wyniki przez natężanie się. Wprawdzie nie miał słuchu muzycznego i śpiewać nie potrafił, ale jak się natężył, to przy barze w wiejskiej knajpie zaśpiewał bez fałszu tenorem. Wprawdzie nie znał języka angielskiego, ale kiedy spotkał obiekt swojej namiętności – Monizę Clavier, która mówiła tylko po angielsku – natężył się i zaczął mówić bezbłędną angielszczyzną.

Podobnie wygląda to w ludowej teorii motywacji: musisz wiedzieć, czego chcesz, musisz chcieć, musisz wierzyć, że to osiągniesz. Wystarczy się natężyć. Zakłada się, że to są wystarczające warunki powodzenia w działaniu. Owszem, są to warunki konieczne, ale bynajmniej nie są wystarczające. Nie wystarczy wyobrażenie sobie celu, nie wystarczy intencja i wiara w sukces. Niezbędne są przede wszystkim kompetencje – trzeba jeszcze umieć to zrobić. Tu dotykamy jednego z najważniejszych problemów: potoczne koncepcje motywacji oferują przekonanie, że zmiana, rozwój, sukces – to wszystko zależy wyłącznie od intencji i zamiarów podmiotu.

Tymczasem co najmniej od czasów Kurta Lewina, pioniera psychologii społecznej, wiadomo, że tak nie jest. Dobrze wyraził to w swoich pracach znakomity polski psycholog, twórca teorii czynności prof. Tadeusz Tomaszewski. Pokazał on, że sytuacja psychologiczna obejmuje trzy elementy: wymagania, jakie przed nami stoją (nieważne, czy sami je sobie postawiliśmy, czy pochodzą z zewnątrz), dalej warunki, w jakich realizujemy działanie, (a te mogą sprzyjać lub przeszkadzać naszym zamiarom), wreszcie umiejętności lub kompetencje przez nas posiadane. Jeśli te trzy elementy są ze sobą zharmonizowane, łatwo nabieramy przekonania, że wszystko zależy od nas. Doznajemy jednak ocknięcia, gdy okazuje się, że nasze kompetencje nie dorastają do wymogów zadania albo są niedopasowane do warunków, w jakich przychodzi nam funkcjonować. Innymi słowy mamy do czynienia z mitem omnipotencji, o którym warto by przy innej okazji powiedzieć. Tymczasem jedna z najbardziej podstawowych prawd psychologicznych zawiera się w słowie „interakcja”, w twierdzeniu, że wszelkie działania, niezależnie od tego, kto je wykonuje, są determinowane także i w dużym stopniu przez charakterystykę warunków.

Mit czwarty: potrzebny przewodnik
Można wyróżnić dwa rodzaje poradników. Poradnik klasyczny, książkowy, i poradnik spersonalizowany, czyli coach. W obu wypadkach chodzi jednak o to samo – o odpowiedź na pytanie „jak?”. Różnica polega na tym, że poradniki książkowe robią to jawnie, zaś poradniki spersonalizowane, czyli coachowie – niejawnie (choć zarzekają się, podobnie jak inni doradcy psychologiczni, że nie robią tego wcale).

Znać odpowiedź na pytanie „jak?” to wielka sprawa, ale co innego poznać samodzielnie tę odpowiedź, a co innego dostać ją gotową od kogoś; szczególnie od kogoś, kto nie zawsze dobrze zna i rozumie pytanie. Co więcej, inny jest sens odpowiedzi na pytanie, którędy (jak) dojechać z Żoliborza na Mokotów czy z Ząbkowic Śląskich do Kudowy, a inny w przypadku pytania o to, jak stać się duszą towarzystwa czy w jaki sposób stać się bardziej empatycznym człowiekiem, wreszcie inny jest sens pytania, jak zostać członkiem Loży Masońskiej albo jak zostać katolikiem.

Powstaje zatem pytanie, skąd to zapotrzebowanie na doradców wszelkiego rodzaju. Upatrywałbym tego w dwóch czynnikach: pragnieniu, aby uwolnić się od myślenia (było nie było to wyczerpujące zajęcie), i pragnieniu, aby uwolnić się od odpowiedzialności, a tym samym, aby ewentualną porażkę odłączyć od Ja. Mówiąc językiem Dariusza Dolińskiego, oddawanie się w ręce coachów, personalnych doradców i im podobnych jest bardzo często strategią defensywną.

Trzy płaszczyzny zmian
W dyskusji o zmianach rozwojowych podejmowanych w obrębie Ja często pomija się dwie kwestie: czego te zmiany mają dotyczyć i – co nie mniej ważne – jakie są powody podejmo[-]wania zmian. Najpierw o charakterze zmian rozwojowych, a te mogą być trojakiego rodzaju. Kreowanie upragnionej wersji Ja może obejmować zmiany umiejętności, zmiany cech lub zmiany tożsamości.

Nabywanie nowych zachowań czy umiejętności to najczęstszy i najbardziej podstawowy tor zmian. Czegoś do tej pory nie potrafię, postanawiam więc z jakiegoś powodu nauczyć się tego. Nie potrafię pływać, nie umiem prowadzić samochodu, nie umiem gotować, obsługiwać komputera, więc biorę się do pracy i trenuję. Z drugiej strony, nie umiem zachować się przy stole w sushi barze, na przykład nie potrafię jeść pałeczkami, nie bardzo wiem, jak należy rozmawiać z policjantem albo wysokim urzędnikiem. I tak dalej. Włączyłbym tutaj także inne kwestie, na przykład brak pewnych doświadczeń. Nigdy nie jadłem ostryg (bananów, bulw topinambura, steku z rekina i tak bez końca), nie wiem ani jak to się robi, ani jak to smakuje, więc postanawiam się tego nauczyć. Mechanizmy nabywania zachowań są dobrze znane i porządnie opisane w psychologii uczenia się.

Można się uczyć przez obserwację, przyglądając się, jak robią to inni. Mamy tu do czynienia z mechanizmem modelowania opisanym przez Alberta Bandurę i wielu innych. To także uczenie się przez instrukcję, co niektórzy traktują jako szczególną formę modelowania; dobrym przykładem takiego uczenia się jest korzystanie z książki kucharskiej. Można się uczyć przez skojarzenia bodźców czy przez skojarzenia własnego działania z pozytywnymi konsekwencjami. Wreszcie można dokonywać odkryć i wyniki tych odkryć przechowywać w pamięci. Poza modelowaniem obecność innych ludzi nie jest bynajmniej konieczna, a czasem nawet utrudnia nabycie umiejętności. W uczeniu się przez obserwację i instrukcję potrzebny jest wzór (dawany świadomie lub nie), natomiast nie jest konieczny nauczyciel czy coach. Czy jest pomocny to kwestia otwarta.
Przedmiotem zmiany rozwojowej mogą być cechy. Ktoś myśli na przykład „muszę być bardziej cierpliwy”. Ktoś inny chce być empatyczny, a jeszcze inny ktoś postanawia być inteligentny. Z daleka widać splot niejasności i problemów, na jakie musimy się tu natknąć. Nie uciekniemy od niewygodnych pytań.

Po pierwsze, czy i na ile dana cecha jest wyuczalna? Na przykład, czy psychopata może nauczyć się wrażliwości emocjonalnej i empatii? Wielu w to wątpi, nie bez podstaw. Czy osoba impulsywna może nauczyć się cierpliwości? A czy osoba bardzo nieinteligentna może polepszyć znacząco swój iloraz inteligencji? I tak dalej...

Po drugie, cecha jest uogólnieniem lub wspólną nazwą dla wielu rozmaitych czynności i/lub właściwości składowych. Pytanie, co w istocie ma być przedmiotem zmiany – co się składa na wspomnianą empatię, cierpliwość czy inteligencję? A więc, jaki aspekt funkcjonowania psychicznego ma być zmieniony? Czy zmiana jednego aspektu, nawet spora, oznacza zmianę cechy? Wątpliwe. Bo czy to, że ktoś przestał rzucać talerzami, ale nie przestał reagować silnym pobudzeniem na każdą przeszkodę, oznacza, że stał się mniej impulsywny?

Po trzecie, jakie jest kryterium zmiany i miary jej wielkości? Jaka różnica wystarczy, byśmy uznali zmianę za znaczącą? Jak trwała musi być modyfikacja? Jakie są możliwości nadużywania miar postępu? Dobrych przykładów dostarcza tu odchudzanie (a jest to przykład o tyle wygodny, że waga ciała jest parametrem ze swej natury zmiennym). Kiedy możemy powiedzieć, że już schudliśmy? Czy jednodniowy ubytek wagi to już zmiana? Dlaczego skłonni jesteśmy korzystać z tych wag, które fałszują wynik na naszą korzyść?

Po czwarte, dylematy dotyczą rozróżnienia między zmianą samoistną i zmianą intencjonalną. Jeśli postanowimy się zestarzeć, sukces mamy murowany. Wiele cech, jak wykazał to choćby badacz różnic indywidualnych prof. Jan Strelau, zyskuje na sile w miarę, jak się starzejemy, i to bez jakichkolwiek starań z naszej strony. Wypreparowanie tego, co jest naturalną zmianą rozwojową, i tego, co jest wynikiem ukierunkowanego działania, nie jest bynajmniej proste.

Wreszcie ważne jest, jakiej perspektywy czasowej dotyczy zmiana. Czas jest niezbędny do tego, by zmiana w ogóle zaszła. Nie schudniemy w ciągu doby, nie osiągniemy skokowej zmiany inteligencji czy wielu innych zjawisk w ciągu tygodnia i tak dalej. Wygląda to dość pesymistycznie i może skłaniać do przekonania o daremności prób podejmowania zmian w zakresie cech. Tak jednak nie jest, choć konieczne jest tu nieco inne spojrzenie na mechanizm zmiany, o czym mowa będzie niżej.
W końcu przedmiotem zmiany może być tożsamość. I ta osobista, w której najważniejsze jest to, co unikatowe, odróżniające nas od wszystkich innych ludzi, i ta społeczna, w której istotne jest podobieństwo do innych, podzielanie pewnych cech czy zachowań. No właśnie – cech i zachowań. Część tożsamości opiera się na cechach niezbywalnych i ekskluzywnych, na przykład: płeć, narodowość, wyznanie religijne, rasa. Jest to tożsamość typu „albo-albo”. Albo jesteśmy kobietą, albo mężczyzną, albo Niemcem, albo Argentyńczykiem. Zmiana tożsamości w tym zakresie jest trudna, a czasem niemożliwa. Inna część tożsamości społecznej opiera się na pełnionych rolach czy wykonywanych zachowaniach. Niektóre z ról są trwałe, na przykład rodzicielskie – można je pełnić lepiej lub gorzej, ale nie można się ich pozbyć. Inne role są, w każdym razie potencjalnie, czasowe, jak rola nauczyciela czy przewodnika górskiego. Można je porzucić, zamienić na inne. Te role można modyfikować w taki sam sposób, jak zmieniać można zachowania.

Niezależnie od opisanej płaszczyzny zmiany nie przychodzą łatwo. W przypadku zachowań przeszkodą są utrwalone nawyki, ukształtowane preferencje czy osiągane dzięki zachowaniom korzyści psychologiczne. W przypadku cech zmienność polega raczej na osiągnięciu innej intensywności cechy, która z natury jest względnie stała, niż na zamianie cechy na przeciwieństwo. W przypadku zaś tożsamości rzecz zależy od tego, czy odwołuje się ona do zachowań, czy do cech.

Może być lepiej
Wróćmy do kwestii, z jakich powodów podejmujemy próby zmiany siebie. Pierwszy, najważniejszy powód wydaje się oczywisty. Pragniemy zmienić to, z czego jesteśmy niezadowoleni, co rodzi przykry dysonans, opisany doskonale przez Leona Festingera. Innymi słowy, powodem jest niekorzystna różnica między stanem rzeczywistym a tym, jaki naszym zdaniem być powinien. Powinno być tak, a jest tak. Odkrycie tego rodzaju – jak pokazał E. Tory Higgins z Columbia University, twórca teorii ukierunkowań regulacyjnych – rodzi różne emocje negatywne, na przykład strach, wstyd czy poczucie winy.

Powód drugi jest nieco inny: pragniemy zmieniać to, co odbiega od naszych wyobrażeń o stanie idealnym. Higgins wykazał, że w takiej sytuacji też pojawiają się emocje negatywne, a szczególnie poczucie zawodu, straty osobistej czy smutku. Doświadczane emocje negatywne – zgodnie z ideą holenderskiego psychologa Nico Frijdy – są jasnym sygnałem niezgodności stanu faktycznego z ważnym interesem osoby.

Pozornie te dwa powody nie różnią się od siebie. Zauważmy jednak, że w pierwszym wypadku motywacja jest negatywna (jest źle), w drugim motywacja jest pozytywna (może być lepiej, niż jest). W pierwszym nie podoba nam się to, co jest, w drugim podoba nam się to, czego jeszcze nie ma. W pierwszym chcemy czegoś uniknąć, a w drugim chcemy coś osiągnąć. W pierwszym kierujemy się niepokojem, w drugim – nadzieją.

Rozwój przy okazji
Wyobraźmy sobie dwóch licho umięśnionych mężczyzn. Pierwszy z nich postanowił zapisać się na siłownię, aby poprawić muskulaturę. Drugi zatrudnił się na niewielkiej i technologicznie zapóźnionej budowie. Jeden jada odżywki, codziennie podnosi ciężary i wykonuje podobne ćwiczenia, drugi z pomocą wielokrążka winduje materiały budowlane na kolejne piętra, wozi taczką cement. Po jakimś czasie obaj się zmienili: nabrali masy ciała, mają większe mięśnie i większą wydolność. W pierwszym przypadku mięśnie są wynikiem realizacji planu: chciałem mieć mięśnie i je mam. W drugim – sytuacja wygląda zupełnie inaczej: chciałem mieć pracę i ją mam, a przy okazji mam też mięśnie. W pierwszym przypadku mięśnie stanowiły cel, a w drugim efekt uboczny pracy.

Ponad czterdzieści lat temu opublikowałem książkę Szanse rozwoju osobowości. Przedstawiłem w niej ideę zmiany rozwojowej jako ubocznego efektu naszej aktywności. Nie jako celu samego w sobie, nie jako środka do jakiegoś celu, ale „rozwoju przy okazji”. Idea ta nadal wydaje się płodna i interesująca, szczególnie dlatego, że łączy rozwojowe zmiany z pozaegocentryczną perspektywą. To ten rodzaj ukierunkowania zmiany, który chroni nas zarówno przed narcystycznym nadęciem, jak i przed obronnym samooszustwem.

Wyklęty dziś w Polsce niemiecki filozof Karol Marks z jednej strony, a z drugiej szanowany, a nawet uwielbiany na całym świecie psycholog kanadyjski Albert Bandura na swój sposób głoszą to samo: człowiek, zmieniając świat, zmienia sam siebie. Kiedy na zaśmieconym spłachetku założysz ogródek kwiatowy, coś się w tobie zmienia: pojawia się ciekawość, co i kiedy wyrośnie, pojawia się potrzeba wiedzy o roślinach, sadzonkach, cebulach. Pojawia się nie tylko nowy element obrazu świata, ale także nowe elementy obrazu własnej osoby. W myśl proponowanego poglądu aktywność ludzka jest prorozwojowa przede wszystkim wtedy, gdy jest ukierunkowana na zewnątrz, poza własną osobę. Problem polega na tym, że zachodzące w nas zmiany wymagają podtrzymywania. Ono nie bierze się z natężania, ale z warunków, w jakich przychodzi nam działać. Czasem drobna zmiana warunków pociąga za sobą spore zmiany w ludzkiej osobowości. Już sama wiadomość, że zostanie się rodzicem, zmienia sposób myślenia o sobie samym. Rzeczywista konfrontacja z rodzicielstwem nieraz przyczynia się do zmian rewolucyjnych.

Niestety, zależności, że człowiek zmieniając siebie, zmienia świat, raczej obronić się nie da. Świata nie zmienia się (nawet gdyby się bardzo chciało), podnosząc sztangę lub wykonując kolejną chirurgiczną korektę urody. 

Jeśli chcesz podzielić się opinią na temat artykułu, napisz do nas (dorota.krzemionka@charaktery.com.pl).

***

SŁOWNICZEK
Samorealizacja, samourzeczywistnianie, samoaktualizacja – to stałe dążenie do realizacji swojego potencjału, rozwijania talentów i możliwości, proces stawania się „tym, kim się chce być” (a nie tym, kim się jest), dążenie do wewnętrznej spójności, jedności z samym sobą, do spełnienia swojego przeznaczenia lub powołania. Osoba samoaktualizująca jest spontaniczna i niezależna, otwarta na własne doświadczenie, ufa swoim sądom, ma poczucie własnej wartości i bliskie związki z innymi.

Nierealistyczny optymizm – opisana przez Neila Weinsteina tendencja polegająca na silnym przekonaniu, że mamy większe niż inni szanse doświadczyć pozytywnych zdarzeń (takich jak wygrana, awans) i mniejsze niż inni ryzyko doświadczenia czegoś negatywnego (na przykład wypadku czy choroby). Badania Janusza Czapińskiego dowiodły, że Polacy mają połowiczny optymizm: wierzą, że nie przydarzą im się nieszczęścia, ale nie przeceniają szans na szczęśliwe zdarzenia.

Pesymizm defensywny – przebadana przez Dariusza Dolińskiego strategia, polegająca na przesadnym przewidywaniu przeciwności, które mogą pojawić się na drodze do osiągnięcia zamierzonego celu. Pozwala lepiej przygotować się do czekającego nas zadania.

Dekalog pragnących zmiany
Jak zmienić swoje życie? Trudno o recepty – każdy z nas jest inny, inne ma pragnienia i realizuje je po swojemu. Ale są pewne zasady, które mogą sprzyjać skutecznej zmianie.
1. Jesteśmy zaprogramowani na zmienianie świata, nie siebie. Zamiast wymuszać zmiany na sobie, spróbuj zmienić otoczenie – to ono powinno Cię kształtować.
2. Poszukaj miejsc sprzyjających Twoim celom, i ludzi, z którymi będzie Ci po drodze. Dołącz do nich. Obserwując, jak sobie radzą, możesz – poprzez modelowanie – przyswoić strategię działania.
3. Dążąc do celu, unikaj zbytniego optymizmu. Lepszy skutek może przynieść strategiczny pesymizm, czyli wcześniejsze przewidywanie, jakie trudności mogą się pojawić i jak możesz się z nimi uporać.
4. Wyobrażaj sobie raczej drogę na szczyt niż siebie na szczycie – to drugie poprawi Ci nastrój, ale realnie niczego nie zmieni.
5. Drogę wytycza się, idąc. Zanim podejmiesz decyzję, czego chcesz, wpierw ustal, eksperymentując na sobie, co w Twoim przypadku jest możliwe. Podejmując działanie, dopracujesz się dobrej dla siebie strategii.
6. Rozpoznaj, czy cechy, które chcesz w sobie zmienić, poddają się zmianom. Można z blondynki stać się brunetką, ale czy można stać się bardziej cierpliwym albo robić wszystko w innym niż dotąd tempie?
7. Kieruj się raczej wyobrażeniem, że może być lepiej, niż niezadowoleniem z tego, co jest.
8. Zamiast się poprawiać i wyrównywać to, czego w Tobie nie ma, poznaj i rozwijaj talenty, które masz. I szukaj zajęcia, które pozwoli Ci je wykorzystać. Twoje słabości w pewnych warunkach mogą okazać się atutem.
9. Ustal, co będzie znakiem, że się zmieniłeś/zmieniłaś? Ale uważaj z punktowym określeniem celu (schudnę 5 kg, opanuję tysiąc słówek), bo każdy wynik poniżej tego progu uznasz za porażkę.
10. Angażując się w ważne dla siebie działanie i dążąc do zmiany świata, na pewno – przy okazji, mimochodem – zmienisz się.

Oprac. dk

Zmień to, co robisz, a nie to, jak myślisz – radzi w doskonałym przewodniku Zaprojektuj swoje szczęście Paul Dolan.
Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Charaktery.
Do nabycia na www.sklep.charaktery.eu.

Inteligentny kompas
Jeśli dobrze rozumiemy siebie i innych, to znaczy, że mamy wysoką inteligencję osobistą.
Inteligencja osobista to termin wprowadzony przez prof. Johna D. Mayera, badacza inteligencji emocjonalnej, autora książki Personal Intelligence. The Power of Personality and How It Shapes Our Lives. Oznacza ona zdolność do wnioskowania o osobowości – własnej i innych ludzi. Innymi słowy, potrafimy wyciągać wnioski o innych na podstawie zachowania, wyrazu twarzy, rzeczy, które posiadają itp. Dzięki takim wskazówkom wiemy, jak powinniśmy się zachowywać wobec danej osoby oraz czego możemy spodziewać się z jej strony. I lepiej sobie radzimy w kontaktach z ludźmi, których spotykamy, i w sytuacjach, które nam się przytrafiają.
Dzięki inteligencji osobistej lepiej też rozumiemy siebie samych, potrafimy określić swoje potrzeby i istotne dla nas wartości. W zależności od tego, jakie mamy wartości, swą inteligencję osobistą wykorzystujemy w różnych obszarach – pozwala nam ona podążać w kierunku zgodnym z tym, co jest dla nas ważne. Większe jest zatem prawdopodobieństwo, że realizujemy własne cele, a nie czyjeś.
Inteligencję personalną mierzy opracowany przez Johna Mayera, Davida Caruso i Abigail Panter Test of Personal Intelligence. Narzędzie składa się z pytań wyboru, które pozwalają sprawdzić, w jakim stopniu osoba potrafi wnioskować na temat motywacji, cech osobowości itp. Na stronie personalintelligence. info autorzy zamieścili
krótki test demonstracyjny.
Oto przykładowe pytania:
1. W jaki sposób mógłbyś pokazać innym,
że jesteś osobą towarzyską i otwartą?
A. ozdabiając kolorowo stanowisko pracy
B. porządkując rzeczy na swoim biurku
C. wieszając na ścianie zdjęcia sławnych artystów
D. puszczając w tle muzykę
2. Które cechy zwykle występują razem?
A. religijny, zimny, komiczny
B. zorganizowany, uporządkowany, humorzasty
C. wrażliwy na komentarze, w złym nastroju, towarzyski
D. żywy, towarzyski, podejmujący ryzyko
3. Osoba jest nietaktowna i nie ma
poczucia humoru. Która z poniższych
cech prawdopodobnie również jej
dotyczy?
A. niemiła
B. neurotyczna
C. beztroska
D. pragnąca uwagi
Sprawdź niżej odpowiedzi. Jak wypadłeś?
Oprac. ACh na podst. personalintelligence.info
 

Artykuł jest dostępny dla zalogowanych użytkowników w ramach Otwartego Dostępu.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałów pokazowych.
Załóż konto Zaloguj się

Przypisy