Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

17 listopada 2015

Czas po naszej stronie

5

Szybciej, na jutro, błyskawicznie - to współczesne zaklęcia. Ścigamy się z czasem. Próbujemy wykorzystać każdą sekundę, zmieścić w niej więcej. A im dokładniej liczymy czas, tym bardziej nam go brakuje. Aż zdajemy sobie sprawę, że w wyścigu z czasem nie ma wygranych. Z choroby pośpiechu można się jednak wyleczyć. Można odzyskać czas na życie. Jak to zrobić?

Zalewając w pośpiechu wrzątkiem kawę instant, przegryza ciasto błyskawiczne, upieczone z proszku. Na obiad przygotowuje danie „w minutę”. Odgrzewając kolację, ustawia 88 sekund w kuchence mikrofalowej zamiast 90, ponieważ naciśnięcie tej samej cyfry jest dwukrotnie szybsze niż naciśnięcie dwóch różnych. Zawsze w zasięgu wzroku ma zegar, przy łóżku budzik, a w smartfonie stoper. Korzysta z ultraszybkiego komputera. Kupując drukarkę, sprawdza, ile kartek jest w stanie wydrukować w minutę, a decydując się na samochód, bierze przede wszystkim pod uwagę, jakie ma przyspieszenie. Szuka swojej połówki na szybkich randkach. Żyje w kulturze natychmiastowości. Działa w trybie wielozadaniowym. Jest ekspertem od upychania zadań w terminarzu i nakładania na siebie różnych aktywności w wąskich przedziałach czasu. Uczy się języka obcego, uprawiając jogging; sprawy biznesowe załatwia przy obiedzie, nie zdarza się, by po prostu słuchał radia, nic przy tym nie robiąc. Człowiek współczesny, homo rapidus (łac. rapidus – szybki), choć korzysta z rozmaitych udogodnień pozwalających mu przyspieszyć i za wszelką cenę stara się zaoszczędzić czas, wciąż cierpi na jego brak. Paradoks? Tylko pozornie...

Chory z pośpiechu
Wzrost tempa życia codziennego oraz różnorodność zajęć i obowiązków, którym ludzie współcześni starają się sprostać w coraz krótszych odcinkach czasu, może doprowadzić do choroby, nazwanej w latach 50. ubiegłego wieku przez dwóch kardiologów z San Francisco – Meyera Friedmana i Raya Rosenmana – chorobą pośpiechu (ang. hurry sickness). We współczesnej literaturze psychologicznej i medycznej funkcjonują również inne określenia tej przypadłości: syndrom presji czasu/zniecierpliwienia (ang. Time Urgency/Impatience syndrome, skrótowo TUI), syndrom przyspieszenia (ang. hurry syndrom), choroba z bycia przynaglanym (ang. hurry-up disease).

Chorobą pośpiechu określa się złe samopoczucie wywołane nieustannym poczuciem braku czasu i napięciem, wynikającym z prób uporania się z różnymi sprawami w przyspieszonym tempie. Dom, szkoła i środowisko pracy nagradzają za pośpiech, wzmacniają wielozadaniowość i utrzymywanie wysokiego tempa działania. Wyrazy uznania i podziwu zyskują ci, którzy – będąc pod presją czasu – wywiązują się dobrze z różnych obowiązków, a przy tym są terminowi i punktualni. Uznanie społeczne dla takiego stylu funkcjonowania sprawia, że osoby już zapracowane podejmują dodatkowe zadania, nie rezygnując z dotychczasowych. Dość szybko pojawiają się u nich objawy chronicznego zmęczenia i poczucie przymusu, wręcz zniewolenia przez życie w biegu. Starają się zrobić coraz więcej, a czasu w ciągu doby jest wciąż tyle samo. To rodzi frustrację. Zaczynają więc jeszcze szybciej mówić, jeść, chodzić, mnożą obowiązki kosztem czasu na sen, na relaks. Nie dają sobie prawa do tego, by chorować. Nieustannie myślą o zadaniach, jakie jeszcze przed nimi, co wzmaga napięcie i pogarsza dodatkowo ich funkcjonowanie.

Według Larry’ego Dosseya, lekarza i autora książki Space, Time and Medicine (Przestrzeń, czas i medycyna), człowiek Zachodu patrząc na zegar podświadomie odbiera przekaz: „Czas ucieka, życie przemija, pospiesz się!”. Świadomość szybkiego upływu czasu sprawia, że jego wewnętrzny chronometr też nabiera tempa. Choroba pośpiechu manifestuje się więc przyspieszeniem rytmu pracy serca, wzrostem ciśnienia krwi, które mogą prowadzić (jeśli są chroniczne) do poważnych chorób układowych. Dossey, opisując sytuację człowieka z syndromem presji czasu, odwołuje się do następującego porównania: „tak jak przy przyspieszonym, niemiarowym rytmie pracy serca krew przestaje prawidłowo płynąć i jest w nim blokowana, tak przy chorobie pośpiechu człowiek zaczyna się spieszyć bez powodu, tracąc z oczu prawdziwy sens działania. Zainfekowany wirusem pośpiechu, biegnie, choć już nie jest świadomy dokąd. Bywa bardzo aktywny, ale przestaje być efektywny”.

Zarządzanie czasem czy sobą?
Zidentyfikowanie przez Friedmana i Rosenmana choroby pośpiechu i wskazanie na jej negatywne skutki przyczyniło się do rozwoju w połowie
XX wieku nowej gałęzi przemysłu – zarządzania czasem. W jej ramach zaczęto oferować szkolenia z zarządzania czasem, terminarze, urządzenia elektroniczne w rodzaju tzw. organizerów osobistych i oprogramowanie komputerowe do sporządzania harmonogramów. W odpowiedzi na zapotrzebowanie wielu udręczonych presją czasu osób zaczęto organizować warsztaty rozwoju osobistego, lekcje relaksu, medytacji i rozładowywania napięcia, seminaria i instytuty medycyny stresu oraz grupy wsparcia dla uzależnionych od szybkiego tempa życia. Na rynku pojawiły się poradniki zarządzania czasem, przyciągające nabywców wiele obiecującymi tytułami: Błyskawiczne zarządzanie czasem; Zarządzanie czasem w 10 minut. Praktyczny poradnik dla tych, którzy nie lubią tracić czasu; 30 minut nauki zarządzania czasem; Potęga jednej godziny. Jak udoskonalić swoje życie. Jak zauważa James Gleick, autor poczytnej książki Szybciej. Przyspieszenie niemal wszystkiego, jeszcze trzy dekady temu osobiste zarządzanie czasem nie istniało jako odrębna kategoria wydawnicza. Wcześniejsze nieliczne książki na ten temat, zazwyczaj publikowane przez środowiska religijne, doradzały czytelnikom, jak spędzać czas, a nie, jak go oszczędzać.

Nasza kultura uległa przekształceniu. Z kultury, w której czas się wypełnia i poświęca, przekształciła się w kulturę postrzegającą czas jako dobro, które należy oszczędzać, strzec i bronić przed roztrwonieniem.
Z upływem czasu coraz częściej zaczęły pojawiać się głosy krytyczne wobec proponowanych początkowo rozwiązań. Zwrócono uwagę, że określenie „zarządzanie czasem” jest nieścisłe. Tak naprawdę nie możemy zarządzać czasem, a jedynie sobą. Czasem nie sposób kierować. Nie mamy na niego wpływu. Czas jest – a my możemy jedynie dokonać wyboru, jak go spędzić, wypełnić, użyć, a czego w tym czasie, który mamy do dyspozycji, nie robić. Ta konstatacja stała się punktem wyjścia dla twórców i zwolenników nowej generacji zarządzania czasem, która mądre korzystanie z danego nam czasu czyni sposobem na życie.

Kompas zamiast zegara
David Allen, twórca Getting Things Done, popularnej metody w dziedzinie zarządzania czasem, stoi na stanowisku, że ludzi wcale nie męczy brak czasu. Męczy ich to, że nie wypełniają obowiązków, które sobie narzucili. Dzieje się tak między innymi dlatego, że źle oceniają, co powinni robić. Bo nie wszystko, co robimy – jak zwraca uwagę Allen – naprawdę robić powinniśmy. Kluczem do sukcesu i poczucia satysfakcji jest zatem skupienie się na właściwych rzeczach. W podobnym duchu wyraża się w swoich bestsellerowych poradnikach Stephen R. Covey, biznesmen i mówca motywacyjny. Zgodnie z jego przekonaniem nie chodzi o to, by robić rzeczy właściwie, ale by robić właściwe rzeczy. Nie chodzi o to, by nadawać priorytety temu, co mamy w planie, ale by planować zgodnie z priorytetami. Decyzja o tym, co postawić w życiu na pierwszym miejscu, na co przeznaczyć osobisty czas, powinna być punktem wyjścia i poprzedzać planowanie zadań na dany dzień czy tydzień.

Uświadomienie sobie istoty tzw. reguły Pareto (określanej również zasadą 80/20) pomaga zrozumieć, że nie każda minuta jest tak samo cenna i przynosi jednakowe efekty. Sformułowana na początku XX wieku przez włoskiego ekonomistę i socjologa Vilfreda Pareto zasada mówi, iż zachodzi zasadnicza nierównowaga pomiędzy przyczynami a skutkami, nakładami a wynikami, wysiłkiem a korzyścią. Przyczyny, nakłady czy wysiłki dzielą się zwykle na dwie grupy: większość, która wywiera niewielki wpływ, oraz drobną mniejszość, która ma wielki, dominujący wpływ. Zasada ta sprawdza się w wielu dziedzinach. Zastosowana w zarządzaniu czasem, głosi, że: 80 procent osiągnięć przypada na 20 procent czasu, a 80 procent czasu przynosi tylko 20 procent sukcesów; 80 procent szczęścia doświadczamy w ciągu 20 procent życia, a 80 procent czasu daje tylko 20 procent szczęścia. Wniosek narzuca się sam: większość rzeczy, które robimy, ma małą wartość i nie daje nam poczucia szczęścia. Niektóre drobne fragmenty naszego czasu są znacznie cenniejsze od reszty. Jak pisze Richard Koch, entuzjasta zasady 80/20: „Nie ma sensu bezładna łatanina «przecieków czasu» i minimalne zwiększenie naszej efektywności wykorzystania czasu. Jeśli dobrze wykorzystamy 20 procent naszego czasu, nie będziemy mieli żadnych problemów z jego brakiem!”.

Komu lub czemu pozwalasz zabrać sobie czas? Jeśli oszczędzać czas, to na co i dla kogo? Co jest naprawdę ważne? Na czym warto spędzać swój czas? Jak być w czasie, a nie tylko starać się coś z nim robić? Warto poświęcić trochę czasu na refleksję nad tymi pytaniami. Według Stephena Coveya zamiast skupiać się na samym upływie czasu, na realizacji cudzych priorytetów, trawić go na jałowych czynnościach lub załatwianiu spraw pilnych, choć niekoniecznie ważnych, należy skoncentrować się na pielęgnowaniu i wzmacnianiu związków, twórczości, na rozwoju osobistym i regeneracji własnych sił witalnych. Dzięki temu można wieść owocne życie, osiągnąć spokój wewnętrzny i doświadczać poczucia szczęścia i spełnienia. „Najpierw rzeczy najważniejsze” – twierdzi Covey i zamiast proponować zegar, wręcza kompas, ponieważ to, dokąd się zmierza, okazuje się o wiele ważniejsze od tego, jak szybko się idzie.

Patroni szczęśliwych momentów
Czas nie tylko wyznacza i reguluje nasze zachowania społeczne, ale przenika też podstawową warstwę naszej świadomości. Jest taki, jak o nim myślimy. Dla niektórych czas to: „pieniądz”, „ciągłe niespełnienie”, „wyścig”, a nawet „morderca”, dla innych czas to: „tworzywo”, „szansa”, „dar”, „ojciec prawdy”, „ten, który leczy rany”. Działa tak, jak go postrzegamy: „ucieka”, „więzi nas”, „prowadzi ku śmierci”, wreszcie „zabija” – innym zaś „sprzyja”, „dobrze się układa”, jest „dobry” i „wiedzie ku spełnieniu”.
Jest oczywiste, że osoby odczuwające silną presję czasu, postrzegające go jako stresor i źródło zagrożenia, będą podejmowały wysiłki, by się od niego uwolnić i przejąć nad nim kontrolę. Na różne sposoby bronią się przed upływem czasu, podejmują heroiczne wysiłki, by go „oszczędzić”, by za nim „nadążyć”, a nawet – jak w wielu gabinetach kosmetycznych i chirurgii plastycznej – zupełnie go zatrzymać. Korzystają również z całego arsenału technik zarządzania czasem. U podstaw tych metod ujawnia się jednak „przedmiotowe” podejście do czasu, zachęta do...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy