Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne

23 sierpnia 2018

Długa droga we dwoje

9

Wszyscy mówili nam: weźcie kredyt hipoteczny, pomyślcie wreszcie o dziecku. A my rzuciliśmy wszystko i ruszyliśmy na rowerach w świat. Przejechaliśmy 22 tysiące kilometrów, przeżyliśmy 474 dni w drodze i wróciliśmy – razem – do Polski. To ostatnie było najtrudniejsze.

Rzucić wszystko i ruszyć w świat – wiele osób kusi wizja podróży z biletem w jedną stronę, oderwania się od szarej rzeczywistości i przeżycia przygody życia. A jeszcze lepiej – jechać w taką podróż we dwoje, poznawać świat i siebie nawzajem, w egzotycznym otoczeniu. Brzmi atrakcyjnie, ale czy jest niezawodną receptą na ciekawe życie i szczęśliwy związek?

Ten popularny do znudzenia schemat „rzucania wszystkiego” to także historia o nas. Mieliśmy po dwadzieścia kilka lat, skończone studia, na koncie pierwsze doświadczenia zawodowe i zachłyśnięcie się widokami zza okien warszawskich szklanych biurowców. Młodzi, u progu dorosłości, z perspektywami ciekawej kariery. Do czasu. Po kilku latach przyszło zmęczenie, rozczarowanie i wypalenie. Wraz z nimi pojawił się pierwszy poważny kryzys w związku. Tymczasem bliscy i znajomi subtelnie szeptali nam do ucha: „To dobry moment na kredyt hipoteczny, ile będziecie żyć w wynajmowanym?”, „Zapuśćcie korzenie, pomyślcie wreszcie o dziecku”. Decyzje, które wiele osób podejmuje na tym etapie życia, nam wydawały się pułapką, jednokierunkową drogą – gdy na nią wkroczysz, już nie będzie odwrotu. Baliśmy się tego, a strach czasami podsuwa radykalne pomysły. Postanowiliśmy zaryzykować i zrobić z naszym życiem coś szalonego. Oboje zawsze marzyliśmy o podróżach. Ucieczka w długą podróż wydawała się kusząca.

Zrezygnowaliśmy więc oboje z pracy, opuściliśmy wynajmowane mieszkanie, spakowaliśmy się do rowerowych sakw i z dość ogólnym planem ruszyliśmy na wschód. Zaczęliśmy w Turcji, z początku niepewnie, choć pytani o cel podróży odpowiadaliśmy zadziornie: „fajnie byłoby dojechać chociaż do Bangkoku”. Wciągnęło nas. W 16 miesięcy przejechaliśmy rowerami Azję Centralną, Chiny, Azję Południowo-Wschodnią, wreszcie Australię, gdzie z 22 tysiącami kilometrów na liczniku osiągnę[-]liśmy metę naszej podróży. Gdy z drugiego końca świata wróciliśmy samolotem i obudziliśmy się w swoich rodzinnych domach, towarzyszyło nam przedziwne uczucie. Czy ta podróż była niesamowitym snem? Kim teraz jesteśmy i jak ułoży się nasze życie po powrocie?

Nie tylko rajskie obrazki

Wyruszając w drogę, zostawiliśmy za sobą, przynajmniej na jakiś czas, poważne dylematy i wybory. Ich miejsce zajęły codzienne wyzwania wynikające z życia w drodze. Gdzie dziś rozbijemy namiot? Czy mamy wystarczająco dużo zapasów jedzenia i wody na kolejne dni na pustkowiu? Ogólne ramy podróży narzucały nam przepisy wizowe oraz pory roku. Wszystko inne było już w dużej mierze spontaniczne – choćby to, ile danego dnia przejedziemy kilometrów. Jadąc rowerem, napawaliśmy się drogą i zmieniającym się światem. Powoli, kilometr po kilometrze, obserwowaliśmy góry ustępujące równinom, lasy następujące po pustyniach, patrzyliśmy, jak zmieniają się rysy twarzy napotykanych ludzi. Przestawiliśmy się na życie w rytmie przyrody – zsynchronizowani ze słońcem i księżycem, wsłuchani w wiatr i odgłosy zwierząt.

Towarzyszyło nam wyzwalające i euforyczne poczucie, że niewiele nas ogranicza, a świat stoi przed nami otworem.
Nie oznacza to jednak, że nasza podróż przypominała kolorowe obrazki, jak z folderu reklamowego biura turystycznego. Rzeczywistość bywa bardziej skomplikowana, zwłaszcza gdy cały ciężar organizacji wyjazdu bierzemy na siebie. Nie da się wszystkiego zaplanować, nie można złożyć reklamacji, jeśli coś pójdzie nie tak. Wizja wielomiesięcznej beztroski w tropikach ma się nijak do rzeczywistości, zwłaszcza gdy podróżuje się rowerem. Bywało ciężko, niewygodnie i nieprzyjemnie. Nie wszędzie witano nas z otwartymi ramionami, ni...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy