Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

28 maja 2018

Jak nie gmatwać sobie życia

11

Na wiele sposobów utrudniamy sobie życie: pozwalamy się ranić, trwając w toksycznej relacji, porzucamy pracę, w której moglibyśmy odnieść sukces, spóźniamy się na ważne spotkanie i zwlekamy z tym, co dawno powinniśmy zrobić… Dlaczego sobie szkodzimy? Czy można przestać?

Kiedy przeszło 30 lat temu prowadziliśmy rekrutację na szkolenie z psychoterapii, jedno z pytań brzmiało: „Dlaczego ludzie tak cierpią?”. Odpowiedź miała pomóc w wyborze najlepszych kandydatów. Zapewne zdawało nam się, że my to już wiemy.
Później jako psychoterapeutka wielokrotnie słyszałam to pytanie. Mężczyzna o świetnej pozycji zawodowej pytał: Dlaczego nie jestem zadowolony z tego, co osiągnąłem? Dlaczego wciąż zazdroszczę innym? Matka trzylatki mówiła: Nie mogę się powstrzymać i wciąż wrzeszczę na córkę, a potem obie płaczemy. Maltretowana po wielokroć żona, pytana, dlaczego znowu wycofuje oskarżenie, odpowiadała: Wiem, że to bez sensu, ale coś mi każe tak zrobić, nie chcę skrzywdzić męża. Młody chłopak nie rozumiał, skąd bierze się jego panika i chęć ucieczki, gdy tylko pojawia się atrakcyjna dziewczyna. I wiele podobnych historii.
Jako psychoterapeutka staram się mieć pogląd co do przyczyn takich kłopotów i cierpienia. Choć żadna teoria nie wyjaśnia wszystkich przypadków, cenię myślenie o człowieku w duchu brytyjskiego psychoterapeuty Ronalda Fairbairna, brytyjskiego pediatry i psychoanalityka Donalda Winnicotta albo amerykańskiego psychiatry i psychoanalityka Harry’ego Sullivana i ich współczesnych kontynuatorów. Wszyscy oni nadają znaczenie tym pozornie niezrozumiałym zachowaniom, traktując je jako – często sensowną – reakcję na wczesne, czasem bardzo trudne, doświadczenia
i ich skutki.
Nikt nie rodzi się ze skłonnością do szkodzenia sobie. Nie da się oczywiście zakwestionować znaczenia wyposażenia genetycznego, dziś jednak wiele wskazuje, że dla uruchomienia lub zablokowania genu kluczowe jest doświadczenie, zwłaszcza to wczesne, kiedy układ nerwowy burzliwie się rozwija i przekształca. Doświadczenia traumatyczne mogą wtedy powodować zmiany na poziomie neurologicznym, tak zwane blizny na mózgu; niełatwo je później wyrównać.

Jak sobie szkodzimy

Ze względu na prawdopodobieństwo wystąpienia szkody wyodrębniamy trzy formy autodestrukcji: * mocne, zagrażające życiu i zdrowiu: samobójstwo, samookaleczenia, uzależnienia (narkotyki, alkohol), autoagresywne formy odżywiania (anoreksja i bulimia). * łagodne: uprawianie hazardu, zakupoholizm, uzależnienie od sieci. * pośrednie - takie które szkodzą nam, a zarazem mogą przynieść. Zalicza się do nich: seryjne niepowodzenia i porażki na własne życzenie (bo zwlekaliśmy z przygotowaniem się, zaniechaliśmy wysiłków), bezradność i rezygnację z działania, zachowania ryzykowne (wyprzedzanie na zakręcie), uleganie pokusom, zaniedbania (np. niezgłaszanie się na badania okresowe). Zachowania te przynoszą one doraźne korzyści, ale gdy uruchamiane są bez względu na koszty – stają się autodestrukcją. Oprac. na podst. Anna Suchańska, Przejawy i uwarunkowania psychologiczne pośredniej autodestruktywności, Wydawnictwo Naukowe UAM, 1998

Czegoś mi brak

Przyjrzyjmy się wpływowi wczesnych doświadczeń na przykładzie wstydu – uczucia, które w nadmiernym nasileniu niszczy nam życie, bo skłania do nieustannego krytycznego porównywania się z innymi. Jak pisze wybitny badacz psychiki Allan Schore, reakcja wstydu może się zdarzyć u dziecka już około 12–18 miesiąca życia, kiedy na przykład bawiąc się klockami, w radosnym uniesieniu z dumą woła: Mama oć! Aciuś siam!, spodziewając się podobnej ekscytacji u mamy i jej afektywnego dostrojenia. I czasem się zdarza, że rozpromieniona matka wykrzyknie: Maciusiu! Jaka piękna wieża! Sam zrobiłeś i nie wywraca się! Chyba inżynierem zostaniesz, mój ty syneczku najukochańszy. Jeśli jednak zamiast tego dziecko notorycznie spotyka się z niedostrojeniem: pominięciem w milczeniu lub reakcją matki w rodzaju: No i czemu się drzesz? Mam ważne sprawy, a ty mi głupimi klockami głowę zawracasz, to doświadcza psychicznego lodowatego powiewu. Jeśli tego rodzaju doświadczeń jest więcej niż pozytywnych, w umyśle dziecka pojawia się – niezwerbalizowane jeszcze – przekonanie, że coś jest z nim nie tak, czegoś mu brakuje. Gdyby było w porządku, to ukochana mama (zawsze jest ukochana, innej dziecko nie ma) albo tata, dziadek czy opiekunka nie byliby wobec niego tak obojętni i krytyczni. Jeśli nowe doświadczenia tego nie zmienią, takie dziecko jako dorosły wciąż czuje się gorsze, zawstydzone i jest podatne na zranienie. Łatwo u niego o poczucie niesprawiedliwości i wściekłość, nawet pod wpływem drobnego i pozornie nieistotnego wydarzenia, na przykład gdy kolega zażartuje sobie z jego nagłego zaangażowania w modny sport. Może się wtedy pojawić reakcja nastawiona na przywrócenie tzw. narcystycznej równowagi, czyli poczucia, że jednak jest kimś wyjątkowym, a nie żałosnym nikim. Ta reakcja może czasem być destrukcyjna, wroga (jeszcze zobaczycie, co potrafię), ale pierwotną intencją tej osoby jest, by świat ją podziwiał i pokochał. A ponieważ nikt jej nie kocha tak, by zapełnić lukę z przeszłości, wciąż będzie wszystkim pokazywała, jak bardzo ją zawodzą i opuszczają...

Zasłużyć na miłość

To właśnie czuje pani Wanda – zgłasza się do psychoterapeuty, bo ma żal do swoich dorosłych już córek. Nie rozumie, dlaczego jej unikają, niewdzięczne, a przecież ona zawsze starała się robić dla nich, co tylko możliwe. Czuje się niedoceniona.

Tyle im pomogłam finansowo, i przy dzieciach, chciałoby się usłyszeć dobre słowo, a one nawet jak na Dzień Matki zadzwonią, to tylko aby zbyć, nie podziękują za moje poświęcenie. A przecież mogłabym karierę zrobić, gdyby nie one, lepszego męża znaleźć, ze wszystkiego dla nich zrezygnowałam...

Trudno jej dostrzec, że ciągłe podkreślanie własnych zasług i domaganie się uznania jest dla córek trudne, i w końcu zaczynają czuć do niej więcej złości niż podziwu i wdzięczności. Nie chce uznać, że ten sam wzorzec powtarza w innych relacjach – z sąsiadką, z teściami jednej z córek, a także z ich mężami i dziećmi. I nieodmiennie kończy się to jej poczuciem krzywdy.
Wydaje się, że postępowanie pani Wandy jest bezsensowne, nielogiczne. Ale Paul Wachtel, wybitny amerykański psychoterapeuta psychodynamiczny, byłby innego zdania. Dowodzi on, że choć zarówno tradycyjna psychoanaliza, jak i nurt poznawczo-behawioralny skłonne są traktować uczucia jako coś irracjonalnego, to subiektywnie są one jak najbardziej racjonalną reakcją na konkretną sytuację. W tym ujęciu pani Wanda, pragnąca miłości i bliskości, zachowuje się sensownie. Nauczyła się kiedyś, jako mała dziewczynka, że będzie wreszcie dostrzeżona (choćby tylko na chwilę) i kochana, gdy stanie się użyteczna i zrobi coś nadzwyczajnego – na przykład wysprząta cały dom i przygotuje obiad. Dlatego sądzi, że gdy tylko córki dostrzegą jej zasługi i poświęcenie, to okażą jej miłość i podziw. A skoro nie okazują, widać albo nie dość się zasłużyła (i będzie wciąż proponowała pomoc, niekoniecznie chcianą), albo nie dostrzegają tego, więc wciąż trzeba im o tym przypominać.

Wewnętrzna mafia?

W dorosłym życiu walka o miłość (czasem przy niemożności uwierzenia w nią) może odbywać się za pomocą tak dramatycznych środków, że kolejni partnerzy, przyjaciele czy nawet własne dzieci w końcu tego nie wytrzymują. Jedna z naszych pacjentek – pragnąc, by partner wreszcie ją przekonał, że naprawdę mu na niej zależy – podczas jego podróży służbowych podejmowała coraz groźniejsze próby samobójcze. Chciała, by „dzięki temu” zrozumiał, jak bardzo czuje się wtedy opuszczona. Za czwartym razem, gdy połknęła prawie wszystkie leki z domowej apteczki i ledwo ją odratowano, partner postanowił odejść i, na wszelki wypadek, poprosił szefów o przeniesienie do innego kraju.
Wielu ludzi sprawia wrażenie, jakby wcale nie szukali w życiu obiecującej relacji, ale przeciwnie
– dążyli do powtórki tej dawnej, raniącej. Co tkwi na dnie tak uporczywego niszczenia własnego życia? Jeśli przyjmiemy, jak brytyjska psychoanalityczka Melanie Klein, że jest to destrukcja, możemy rozumieć kogoś (w szczególności pacjenta) w kategoriach „wewnętrznej mafii” czy „gangu”, czyli jakichś złowrogich sił tkwiących w tej osobie. W efekcie przypisujemy jej opór, chęć zniszczenia, mściwość i wrogość. Bliższy mi jest inny sposób myślenia, proponowany m.in. przez Fairbairna i Winnicotta, w ramach którego różne elementy życia psychicznego pacjentów (w tym i te destrukcyjne) próbujemy pojmować w kategoriach niemożności, bezradności, rozpaczy, głębokiego zranienia, ochrony swojej niegdyś sponiewieranej części.
Wybitny psychoterapeuta Ronald Fairbairn wyjaśniał to, mówiąc metaforycznie, że lepiej być grzesznikiem w świecie rządzonym przez Boga niż bezgrzesznym w świecie rządzonym przez Szatana. Całkowicie zdani na naszych opiekunów, jesteśmy skazani, by widzieć ich jako dobrych. Tylko wtedy mamy nadzieję na bezpieczeństwo. Gdybyśmy zaś uznali, że są okrutni czy bezmyślni, nasze dzieciństwo pełne byłoby niemożliwego do zniesienia przerażenia. A skoro oni są dobrzy, to nasze krzywdy i cierpienia są naszą winą. I musimy wciąż starać się, by spełnić ich oczekiwania, wtedy może zasłużymy na ich miłość.

Za mało się staram

Uporczywe trwanie w takich niezdrowych wzorcach zachowań pozwala zrozumieć koncepcja grupy z San Francisco, znana jako teoria panowania i kontroli. Jej fundamentem jest zaproponowane przez Josepha Weissa i Harolda Sampsona, psychoterapeutów i badaczy, pojęcie „patogennych przeświadczeń”. Powstają one w rezultacie dziecięcych przeżyć i służą przystosowaniu, bowiem dziecko potrzebuje rodziców, nawet jeśli je ranią. Dlatego rozwija takie spostrzeganie i rozumienie świata, które umożliwi mu przetrwanie w otoczeniu, mimo dziejących się tam traum. Na ogół nie zdaje sobie sprawy z tych przeświadczeń albo uznaje je za racjonalny światopogląd, na przykład, że warto zawsze ustępować innym, bo przecież „pokorne cielę dwie matki ssie”.
By zapobiec traumom (lub chociaż ograniczyć ich siłę), dziecko próbuje zrozumieć, jak przyczynia się do nich i przypisuje sobie odpowiedzialność za różne wydarzenia, często zupełnie niezależne od niego. Na przykład wierzy, że rodzice się kłócą, bo nie było dość grzeczne, albo godzi się rezygnować z ważnych dla siebie spraw, by nie sprawić im kłopotu.
Przykładem może być Agata, córka depresyjnej matki. Jako dziecko dostrzegła, że kiedy miała wyjść z domu, mama smutniała. W rezultacie przestała wychodzić, spotykać się z rówieśnikami, trenować pływanie – choć bardzo to lubiła. Nabrała przeświadczenia, że jest w pełni odpowiedzialna za stan emocjonalny matki i bliskich sobie ludzi, musi więc unikać wszystkiego, co im się nie podoba. Trafiła do psychiatry, gdy okazało się, że nie jest w stanie pogodzić oczekiwań ważnych osób. Z jednej strony jej mąż czuł się zaniedbywany, gdy w piątki zostawała do późna w pracy. Z drugiej zaś szefowa nie wyobrażała sobie przygotowania bez niej tygodniowego raportu. A ponieważ w godzinach pracy nie miała dla niej czasu, Agata musiała zostawać po godzinach.
Psychoterapeuci w pracy z pacjentami odkrywają często ich patogenne przeświadczenia. Na przykład takie, że ich złość zniszczy osoby kochane, że tylko dramatyczne wyrażanie uczuć zapewni im miłość, że ich sukces skrzywdzi bliską osobę, że zasługują na złe traktowanie, że okazanie słabości czy miłości spotka się ze wzgardą i odrzuceniem, że bliskość nieuchronnie kończy się opuszczeniem, więc jeśli się zaangażują, to zostaną porzuceni itp. Nie zawsze są to proste dyrektywy, czasem te przeświadczenia mogą wyrażać konflikt, czego przykładem jest myślenie: „jak pozwolę się komuś zbliżyć, zostanę wykorzystana; jeśli nie pozwolę – już nikt mnie nie zechce”. Dotyczyć mogą nie tylko związków miłosnych, lecz potencjalnie każdej sfery życia. Ktoś nie decyduje się podjąć pracy, która nie daje mu pełnego poczucia stabilności (na początek będzie to umowa czasowa), ponieważ ma głęboko wpojone przekonanie, że taka decyzja jest nieodpowiedzialna, ryzykowna, i zostałby za nią słusznie ukarany przez los. W rezultacie od dwóch lat nie pracuje i jest coraz bardziej rozczarowany światem, który nie docenia jego uczciwości.

Odsuwając się od ukochanej

Pan Marcin zgłasza się na konsultację do psychoterapeuty, bo – jak mówi – „żona go zmusiła”. Ona zarzuca mężowi, że jest oschły i odległy, jemu zaś na niej naprawdę zale...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy