Brak wyników

Rodzina i związki , Praktycznie

20 marca 2019

Jak nie gmatwać sobie życia

1

Na wiele sposobów utrudniamy sobie życie: pozwalamy się ranić, trwając w toksycznej relacji, albo przeciwnie – zrywamy dobry związek, porzucamy pracę, w której moglibyśmy odnieść sukces...Dlaczego sobie szkodzimy i popełniamy wciąż te same błędy?

Gdy przeszło 30 lat temu prowadziliśmy rekrutację na szkolenie z psychoterapii, jedno z pytań brzmiało: „Dlaczego ludzie tak cierpią?”. Odpowiedź miała pomóc w wyborze najlepszych kandydatów. Zapewne zdawało nam się, że my to już wiemy.
Później jako psychoterapeutka wielokrotnie słyszałam to pytanie. Mężczyzna o świetnej pozycji zawodowej pytał: „Dlaczego nie jestem zadowolony z tego, co osiągnąłem? Dlaczego wciąż zazdroszczę innym?”. Matka trzylatki mówiła: „Nie mogę się powstrzymać i wciąż wrzeszczę na córkę, a potem obie płaczemy”. Maltretowana po wielokroć żona, pytana, dlaczego znowu wycofuje oskarżenie, odpowiadała: „Wiem, że to bez sensu, ale coś mi każe tak zrobić, nie chcę skrzywdzić męża”. Młody chłopak nie rozumiał, skąd bierze się jego panika i chęć ucieczki, gdy tylko pojawia się atrakcyjna dziewczyna. I wiele podobnych historii.

Jakie są przyczyny takich kłopotów i cierpienia? Choć żadna teoria nie wyjaśnia wszystkich przypadków, cenię myślenie o człowieku w duchu brytyjskiego psychoterapeuty Ronalda Fair[-]bairna, brytyjskiego pediatry i psychoanalityka Donalda Winnicotta albo amerykańskiego psychiatry i psychoanalityka Harry’ego Sullivana oraz ich współczesnych kontynuatorów. Wszyscy oni nadają znaczenie tym pozornie niezrozumiałym zachowaniom, traktując je jako – często sensowną – reakcję na wczesne, czasem bardzo trudne, doświadczenia i ich skutki.

Nikt nie rodzi się ze skłonnością do szkodzenia sobie. Nie da się oczywiście zakwestionować znaczenia wyposażenia genetycznego, dziś jednak wiele wskazuje, że dla uruchomienia lub zablokowania genu kluczowe jest doświadczenie, zwłaszcza to wczesne, kiedy układ nerwowy burzliwie się rozwija i przekształca. Doświadczenia traumatyczne mogą wtedy powodować zmiany na poziomie neurologicznym, tak zwane blizny na mózgu; niełatwo je później wyrównać.

Czegoś mi brak

Przyjrzyjmy się wpływowi wczesnych doświadczeń na przykładzie wstydu – uczucia, które w nadmiernym nasileniu niszczy nam życie, bo skłania do nieustannego krytycznego porównywania się z innymi.

Jak pisze wybitny badacz psychiki Allan Schore, reakcja wstydu może się zdarzyć u dziecka już około 12–18 miesiąca życia, kiedy na przykład bawiąc się klockami, w radosnym uniesieniu z dumą woła: „Mama oć! Aciuś siam!”, spodziewając się podobnej ekscytacji u mamy i jej afektywnego dostrojenia. I czasem się zdarza, że rozpromieniona matka wykrzyknie: „Maciusiu! Jaka piękna wieża! Sam zrobiłeś i nie wywraca się! Chyba inżynierem zostaniesz, mój ty syneczku najukochańszy”.

Jeśli jednak zamiast tego dziecko notorycznie spotyka się z niedostrojeniem – pominięciem w milczeniu lub reakcją matki w rodzaju: „No i czemu się drzesz? Mam ważne sprawy, a ty mi głupimi klockami głowę zawracasz”, to doświadcza psychicznego lodowatego powiewu. Jeśli tego rodzaju doświadczeń jest więcej niż pozytywnych, w umyśle dziecka pojawia się – niezwerbalizowane jeszcze – przekonanie, że coś jest z nim nie tak, czegoś mu brakuje. Gdyby było w porządku, to ukochana mama (zawsze jest ukochana, innej dziecko nie ma) albo tata, dziadek czy opiekunka nie byliby wobec niego tak obojętni i krytyczni. Jeśli nowe doświadczenia tego nie zmienią, takie dziecko jako dorosły wciąż czuje się gorsze, zawstydzone i jest podatne na zranienie.

Łatwo u niego o poczucie niesprawiedliwości i wściekłość, nawet pod wpływem drobnego i pozornie nieistotnego wydarzenia, na przykład gdy kolega zażartuje sobie z jego nagłego zaangażowania w modny sport. Może się wtedy pojawić reakcja nastawiona na przywrócenie tzw. narcystycznej równowagi, czyli poczucia, że jednak jest kimś wyjątkowym, a nie żałosnym nikim. Ta reakcja może czasem być destrukcyjna, wroga (jeszcze zobaczycie, co potrafię), ale pierwotną intencją tej osoby jest, by świat ją podziwiał i pokochał. A ponieważ nikt jej nie kocha tak, by zapełnić lukę z przeszłości, wciąż będzie wszystkim pokazywała, jak bardzo ją zawodzą i opuszczają...

Zasłużyć na miłość

To właśnie czuje pani Wanda – zgłasza się do psychoterapeuty, bo ma żal do swoich dorosłych już córek. Nie rozumie, dlaczego jej unikają, niewdzięczne, a przecież ona zawsze starała się robić dla nich, co tylko możliwe. Czuje się niedoceniona. „Tyle im pomogłam finansowo, i przy dzieciach, chciałoby się usłyszeć dobre słowo, a one nawet jak na Dzień Matki zadzwonią, to tylko aby zbyć, nie podziękują za moje poświęcenie. A przecież mogłabym karierę zrobić, gdyby nie one, lepszego męża znaleźć, ze wszystkiego dla nich zrezygnowałam...”. Trudno jej dostrzec, że ciągłe podkreślanie własnych zasług i domaganie się uznania jest dla córek trudne, i w końcu zaczynają czuć do niej więcej złości niż podziwu i wdzięczności. Nie chce uznać, że ten sam wzorzec powtarza w innych relacjach – z sąsiadką, z teściami jednej z córek, a także z ich mężami i dziećmi. I nieodmiennie kończy się to jej poczuciem krzywdy.

Wydaje się, że postępowanie pani Wandy jest bezsensowne, nielogiczne. Ale Paul Wachtel, wybitny amerykański psychoterapeuta psychodynamiczny, byłby innego zdania. Dowodzi on, że choć zarówno tradycyjna psychoanaliza, jak i nurt poznawczo-behawioralny skłonne są traktować uczucia jako coś irracjonalnego, to subiektywnie są one jak najbardziej racjonalną reakcją na konkretną sytuację. W tym ujęciu pani Wanda, pragnąca miłości i bliskości, zachowuje się sensownie. Nauczyła się kiedyś, jako mała dziewczynka, że będzie wreszcie dostrzeżona (choćby tylko na chwilę) i kochana, gdy stanie się użyteczna i zrobi coś nadzwyczajnego – na przykład wysprząta cały dom i przygotuje obiad. Dlatego sądzi, że gdy tylko córki dostrzegą jej zasługi i poświęcenie, to okażą jej miłość i podziw. A skoro nie okazują, widać albo nie dość się zasłużyła (i będzie wciąż proponowała pomoc, niekoniecznie chcianą), albo nie dostrzegają tego, więc wciąż trzeba im o tym przypominać.

Wewnętrzna mafia?

W dorosłym życiu walka o miłość (czasem przy niemożności uwierzenia w nią) może odbywać się za pomocą tak dramatycznych środków, że kolejni partnerzy, przyjaciele czy nawet własne dzieci w końcu tego nie wytrzymują. Jedna z naszych pacjentek – pragnąc, by partner wreszcie ją przekonał, że naprawdę mu na niej zależy – podczas jego podróży służbowych podejmowała coraz groźniejsze próby samobójcze. Chciała, by „dzięki temu” zrozumiał, jak bardzo czuje się wtedy opuszczona. Za czwartym razem, gdy połknęła prawie wszystkie leki z domowej apteczki i ledwo ją odratowano, partner postanowił odejść i, na wszelki wypadek, poprosił szefów o przeniesienie do innego kraju.

Wielu ludzi sprawia wrażenie, jakby wcale nie szukali w życiu obiecującej relacji, ale przeciwnie – dążyli do powtórki tej dawnej, raniącej. Co tkwi na dnie tak uporczywego niszczenia własnego życia? Jeśli przyjmiemy, jak brytyjska psychoanalityczka Melanie Klein, że jest to destrukcja, możemy rozumieć kogoś (w szczególności pacjenta) w kategoriach „wewnętrznej mafii” czy „gangu”, czyli jakichś złowrogich sił tkwiących w tej osobie. W efekcie przypisujemy jej opór, chęć zniszczenia, mściwość i wrogość. Bliższy mi jest inny sposób myślenia, proponowany m.in. przez Fairbairna i Winnicotta, w ramach którego różne elementy życia psychicznego pacjentów (w tym i te destrukcyjne) próbujemy pojmować w kategoriach niemożności, bezradności, rozpaczy, głębokiego zranienia, ochrony swojej niegdyś sponiewieranej części.

Wybitny psychoterapeuta Ronald Fairbairn wyjaśniał to, mówiąc metaforycznie, że lepiej być grzesznikiem w świecie rządzonym przez Boga niż bezgrzesznym w świecie rządzonym przez Szatana. Całkowicie zdani na naszych opiekunów, jesteśmy skazani, by widzieć ich jako dobrych. Tylko wtedy mamy nadzieję na bezpieczeństwo. Gdybyśmy zaś uznali, że są okrutni czy bezmyślni, nasze dzieciństwo pełne byłoby niemożliwego do zniesienia przerażenia. A skoro oni są dobrzy, to nasze krzywdy i cierpienia są naszą winą. I musimy wciąż starać się, by spełnić ich oczekiwania, wtedy może zasłużymy na ich miłość.

Za mało się staram

Uporczywe trwanie w takich niezdrowych wzorcach zachowań pozwala zrozumieć koncepcja grupy z San Francisco, znana jako teoria panowania i kontroli. Jej fundamentem jest zaproponowane przez Josepha Weissa i Harolda Sampsona, psychoterapeutów i badaczy, pojęcie patogennych przeświadczeń. Powstają one w rezultacie dziecięcych przeżyć i służą przystosowaniu, bowiem dziecko potrzebuje rodziców, nawet jeśli je ranią. Dlatego rozwija takie spostrzeganie i rozumienie świata, które umożliwi mu przetrwanie w otoczeniu, mimo dziejących się tam traum. Na ogół nie zdaje sobie sprawy z tych przeświadczeń albo uznaje je za racjonalny światopogląd, na przykład, że warto zawsze ustępować innym, bo przecież „pokorne cielę dwie matki ssie”.

By zapobiec traumom (lub chociaż ograniczyć ich siłę), dziecko próbuje zrozumieć, jak przyczynia się do nich i przypisuje sobie odpowiedzialność za różne wydarzenia, często zupełnie niezależne od niego. Na przykład wierzy, że rodzice się kłócą, bo nie było dość grzeczne, albo godzi się rezygnować z ważnych dla siebie spraw, by nie sprawić im kłopotu.

Przykładem może być Agata, córka depresyjnej matki. Jako dziecko dostrzegła, że kiedy miała wyjść z domu, mama smutniała. W rezultacie przestała wychodzić, spotykać się z rówieśnikami, trenować pływanie – choć bardzo to lubiła. Nabrała przeświadczenia, że jest w pełni odpowiedzialna za stan emocjonalny matki i bliskich sobie ludzi, musi więc unikać wszystkiego, co im się nie podoba. Trafiła do psychiatry, gdy okazało się, że nie jest w stanie pogodzić oczekiwań ważnych osób. Z jednej strony jej mąż czuł się zaniedbywany, gdy w piątki zostawała do późna w pracy. Z drugiej zaś szefowa nie wyobrażała sobie przygotowania bez niej tygodniowego raportu. A ponieważ w godzinach pracy nie miała dla niej czasu, Agata musiała zostawać po godzinach.

Psychoterapeuci w pracy z pacjentami odkrywają często ich patogenne przeświadczenia. Na przykład takie, że ich złość zniszczy osoby kochane, że tylko dramatyczne wyrażanie uczuć zapewni im miłość, że ich sukces skrzywdzi bliską osobę, że zasługują na złe traktowanie, że okazanie słabości czy miłości spotka się ze wzgardą i odrzuceniem, że bliskość nieuchronnie kończy się opuszczeniem, więc jeśli się zaangażują, to zostaną porzuceni itp. Nie zawsze są to proste dyrektywy, czasem te przeświadczenia mogą wyrażać konflikt, czego przykładem jest myślenie: „jak pozwolę się komuś zbliżyć, zostanę wykorzystana; jeśli nie pozwolę – już nikt mnie nie zechce”. Dotyczyć mogą nie tylko związków miłosnych, lecz potencjalnie każdej sfery życia. Ktoś nie decyduje się podjąć pracy, która nie daje mu pełnego poczucia stabilności (na początek będzie to umowa czasowa), ponieważ ma głęboko wpojone przekonanie, że taka decyzja jest nieodpowiedzialna, ryzykowna i zostałby za nią słusznie ukarany przez los. W rezultacie od dwóch lat nie pracuje i jest coraz bardziej rozczarowany światem, który nie docenia jego uczciwości.

Odsuwając się od ukochanej

Pan Marcin zgłasza się na konsultację do psychoterapeuty, bo – jak mówi – „żona go zmusiła”. Ona zarzuca mężowi, że jest oschły i odległy, jemu zaś na niej naprawdę zależy. Przecież jest dobrym mężem, kupił jej samochód, po kolacji zawsze pomaga sprzątnąć. Tylko nie rozumie jej „fanaberii”, gdy ona się żali, że brakuje jej kontaktu, rozmów. A o czym miałby z nią rozmawiać? O pracy nie ma ochoty, zresztą żona i tak nic nie zrozumie, a jej sprawy to babskie gadanie o niczym – na przykład o tym, że myśli o zmianie koloru włosów, że sąsiadka ma kłopot z synem, że w gazecie pisali, żeby za dużo przez komórkę nie rozmawiać... Głupoty i tyle. Jemu to nie przeszkadza, niech ona sobie gada. Tylko żeby od niego nic nie chciała.

Jeśli mężczyzna w ten sposób rani bliską kobietę swoim wycofaniem, chłodem czy wzgardliwą oceną, to nie znaczy, że tkwi w nim „wrodzony potencjał” nienawiści i wrogości. Robi tak, bo prawdopodobnie czuje się niekochany albo niewystarczająco kochany, albo niekochany przez najważniejszą osobę. Ewentualnie obawia się, że gdyby okazał miłość, zostałby ośmieszony i odrzucony.

Czasem takich przeświadczeń nic nie jest w stanie zmienić, żadne zachowanie nawet najbardziej cierpliwej partnerki. Wrogo odsuwając się od niej, na nieświadomym poziomie mężczyzna próbuje się uchronić przed brakiem miłości, ale skutek będzie przeciwny: prędzej czy później utraci osobę, która go kocha. Chyba że z jakichś powodów ona – by poczuć się kochaną – potrzebuje walczyć o miłość mężczyzny właśnie takiego wycofanego i emocjonalnie niedostępnego. Dlaczego? Bo na przykład jej ojciec był taki dla niej lub dla jej matki i ona nieświadomie próbuje odczynić ten urok w dorosłym życiu. A im mniej się jej udaje zdobyć miłość partnera, tym bardziej jest przekonana, że wina leży po jej stronie: przecież gdyby była dość dobra, on nie byłby tak obojętny. W efekcie oboje cierpią, czasem przez całe życie, nie dostrzegając, że sami się do tego cierpienia doprowadzają. Przyczynę umieszczają wyłącznie w drugiej osobie. To on jest winien, to ona, nigdy ja.

Powtórki z traumy

Nasze wzorce postrzegania innych i siebie utrzymują się nie wbrew nowym doświadczeniom, ale w jakimś sensie dzięki nim. Skłaniają nas bowiem do takich zachowań i sytuacji, które są ich potwierdzeniem. A lęk powstrzymuje przed próbą ich podważenia.

Jak twierdzi Paul Wachtel, człowiek może robić wszystko, by uniknąć powtórzenia swych traumatycznych doświadczeń, ale paradoksalnie te starania prowadzą go wciąż do tego samego. Na przykład syn wzgardliwie i brutalnie traktowany przez ojca, uznaje, że nic nie jest wart i – aby nie być obiektem jego prześladowań – musi się mu potulnie podporządkowywać. Kiedy tę samą strategię nieświadomie przenosi na relacje z kolegami w szkole, staje się prześladowanym przez nich kozłem ofiarnym, co utwierdza go w przeświadczeniu o własnej bezwartościowości. Nabiera przekonania, że musi być jeszcze bardziej uległy, wtedy może przestaną go dręczyć. Zmiana sposobu kontaktowania się z ludźmi na bardziej śmiały czy stanowczy wydaje mu się niemożliwa, bo kiedyś nauczył się, że na pewno spotkałaby go za to dotkliwa kara.

Ludzie żyją źle i powtarzają wciąż te same błędy na ogół nie dlatego, że tak wybierają, chcą, planują i dobrze się z tym czują. Robią tak, bo uważają, że to dla nich jedyna możliwa, a nawet najlepsza droga, każda inna kiedyś wydawała się (albo rzeczywiście była) gorsza. To „kiedyś” cały czas istnieje w wewnętrznym świecie, tak jak synowi przemocowego ojca wciąż najlepszą drogą wydaje się uległość, bo takie zachowanie było optymalne w dzieciństwie. Tę mocno zakorzenioną reakcję obronną trudno zmienić – perspektywa zmiany wywołuje lęk, wstyd albo poczucie winy.

Zwykle dysponujemy całym wachlarzem bardzo racjonalnych uzasadnień, dlaczego żyjemy tak jak żyjemy. Gotowi jesteśmy do upadłego bronić tych racjonalizacji. Większość z nas pewnie miała okazję rozmawiać z bliską osobą, która niszczyła sobie życie, np. jedząc „śmieciowe” jedzenie, unikając ruchu i tyjąc z roku na rok coraz bardziej, i niestrudzenie odpierała wszystkie nasze argumenty, broniąc swojego trybu życia. A na koniec stwierdzała: „No jasne, masz absolutną rację. Ale nie mogę się powstrzymać przed jedzeniem o drugiej w nocy. Ty nie zrozumiesz, jak mi jest trudno”.

Paradoksalne bezpieczeństwo

Autodestrukcyjne wzorce zachowań można też wyjaśniać w kategoriach teorii przywiązania, stworzonej przez Johna Bowlby’ego i Mary Ainsworth, a intensywnie rozwijanej przez współczesnych badaczy. Jest ona przykładem powiązania emocjonalnych i poznawczych aspektów naszego funkcjonowania. Zakłada, że na bazie doświadczeń w niemowlęctwie i we wczesnym dzieciństwie tworzy się więź ufna lub nieufna. Więź nieufna związana jest z nieprzewidywalnością czy niewystarczającą dostępnością opiekuna. Występuje w kilku wariantach i przyczynia się do specyficznego funkcjonowania psychologicznego. Jak wykazują badania Mario Mikulincera, wybitnego badacza z Hajfy, utrwalony „nieufny” sposób wiązania się z innymi ludźmi powoduje m.in. większe prawdopodobieństwo poznawczego zamknięcia, dogmatyzmu, myślenia stereotypowego, a także zmniejsza tolerancję na wieloznaczność i złożoność rzeczywistości. Oznacza to, że mózg nie przyjmuje nowych doświadczeń, nie korzysta z naturalnej umiejętności uczenia się na własnych błędach. W rezultacie ktoś taki uporczywie trwa w dotychczasowym wyobrażeniu i przeżywaniu świata, nawet jeśli prowadzi to na manowce. Pani

Wanda nie jest w stanie zobaczyć, że swoim zachowaniem pogarsza relacje z córkami, to w nich umieszcza winę. Pan Marcin traktuje pretensje żony jako kolejny dowód, że ona nie dość go kocha. Oboje cierpią na rodzaj poznawczego ograniczenia, braku zaufania do rzeczywistości i do siebie samych. Nowa wiedza nie zmienia ich dotychczasowych wewnętrznych modeli świata, bo ich umysł nie może jej przyjąć. Na przykład jeśli ktoś sądzi, że ludziom nie można ufać, bo knują, są nieuczciwi i powiązani z jakimiś wrogimi ośrodkami – chętnie będzie tropił dowody tego przeniewierstwa. To, paradoksalnie, da mu poczucie bezpieczeństwa.

Stara się być czujny i ostrożny, tak jak nauczył się w dzieciństwie, gdy rodzice zostawili go na kilka lat u niepełnosprawnej babki, żyjącej na wsi w otoczeniu nieżyczliwych sąsiadów. Badania z obszaru neuronauki dowiodły, że mózg spostrzega rzeczywistość wybiórczo, dlatego mamy tendencję do przyjmowania z nowych doświadczeń tylko tego, co już znamy i czego się spodziewamy. Jeśli nauczyliśmy się, że świat jest groźny, a ludzie spiskują, to będziemy widzieć rzeczywistość w sposób potwierdzający te przeświadczenia. Dlatego podczas terapii wiele pracy wymaga wytworzenie nowych „ścieżek neuronalnych”, które umożliwią reagowanie na bodźce w inny niż dotychczas sposób.

Co musi umrzeć

Jak pisze na swoim blogu Jon Frederickson, znany psychoterapeuta z nurtu Intensywnej Krótkoterminowej Psychoterapii Psychodynamicznej: „Różne strategie obronne, które gwarantują nam bezpieczeństwo w dzieciństwie, budują naszą samotność w doros[-]łości. I te strategie muszą umrzeć, jeśli mamy sobie pozwolić, by dotykała nas miłość. Kiedy ten moment następuje, kiedy czujesz się kochany, powracają wszystkie bolesne wspomnienia sytuacji, w których te obronne strategie były ci niezbędne, za tymi wspomnieniami podąża żałoba po wszystkim, co utraciłeś”. I dalej: „Musisz pozwolić sobie na utratę wizerunku siebie jako niewiele wartego, niewystarczająco dobrego, wizerunku kogoś, kto nie zasługuje na szacunek innych, kogoś, kto wstydzi się sam siebie, kto zasługuje tylko na to, aby umrzeć. Wszystkie te wizerunki nie dopuszczają do ciebie miłości. Musisz pożegnać się z tymi dotąd najlepszymi twoimi przyjaciółmi. Musisz przestać być do nich przywiązany, bo tylko wtedy będziesz w stanie związać się z drugim człowiekiem” (tłumaczenie Anna Król-Kuczkowska).

W podobnym duchu wypowiada się amerykańska psychoanalityczka Martha Stark, mówiąc o nieustępliwej nadziei, jaką przeżywają osoby upor[-]czywie tkwiące w sytuacji dla nich szkodliwej. Żarliwie wierzą, że ktoś się zmieni na lepsze, i trzymają się tej nadziei, by nie odczuć bólu i rozczarowania ważną osobą. W ten sposób bronią się przed żałobą. Nierzadko zaś nieustępliwa nadzieja przeradza się w nieustępliwą wściekłość i nieustęp[-]liwą rozpacz.

Przykładem są związki, w których jedna osoba stosuje przemoc, a druga nie odchodzi mimo nasilających się aktów brutalności i okrucieństwa. Odejście oznaczałoby bowiem porzucenie nadziei, że jeśli będzie się dość miłym, mądrym, niezastąpionym, to zły czar w końcu przeminie i prześladowca przestanie się gniewać. Przeciwnie, będzie się kierował miłością, która przecież gdzieś tam w nim jest. Tyle że szukanie tej miłości (a raczej cierpienia i rozpaczy) w sprawcy przemocy to ewentualne zadanie dla psychoterapeutów, nie dla jego udręczonej ofiary.

Zmiana autopilota

Czy jesteśmy skazani na bycie do końca życia we władzy patogennego przeświadczenia albo przymusu powtarzania szkodliwej relacji? Jak sugeruje Jon Frederickson, nie musi tak być. Możemy się zmieniać, choć w przypadku utrwalonych wieloletnich wzorców nie jest to łatwe. Pierwszym i bardzo ważnym krokiem jest dostrzeżenie ich u siebie. Ludzie stosują niezliczone manewry obronne, by nie zobaczyć własnego udziału w swym nieszczęściu.

Nieświadomie bronią się przed konstatacją, że ich dziecięca strategia, kiedyś przydatna, w dorosłym życiu stała się źródłem bólu i częstych kłopotów. W dzieciństwie próbowali zobaczyć przyczynę po swojej stronie, bo to dawało choćby złudzenie wpływu na własny los. A teraz jako dorośli próbują umieścić wszystko na zewnątrz. Wierzą, że to nie oni sobie szkodzą sztywnymi i zupełnie już nieprzystającymi strategiami, lecz że świat jest wobec nich nie w porządku. Dla tych, którzy nie chcą tego zobaczyć, jakąś nadzieją jest psychoterapia, choć niełatwo się na nią decydują, bo niby dlaczego mieliby nad sobą pracować, skoro wina jest po stronie innych?

Natomiast ci, którzy już dostrzeg[-]li, jak sobie szkodzą, mogą próbować skorzystać z tej samoświadomości. Nie jest to proste, bo nasz sposób wchodzenia w relacje z innymi budował się przez lata i korzystamy z niego automatycznie. To są pierwsze, najbardziej dla nas oczywiste reakcje. Zmiana wymaga odejścia od tej oczywistości, dużej uważności na odczucia i zachowania. Trochę tak, jakbyśmy z autopilota mieli przejść na ręczne sterowanie. Ta nowa uważność może dotyczyć tego, jak w ogóle żyjemy, jak traktujemy siebie, swoje ciało. Wybitna współczesna psychoterapeutka psychodynamiczna Karen Maroda nie waha się zalecać pacjentom, by np. zmienili dietę czy podjęli aktywność fizyczną, i sądzi, że to może zainicjować głębsze zmiany psychologiczne. Czasem wystarczy wziąć udział w zajęciach w grupie o charakterze rozwojowym, które umożliwiają nam dostrzeżenie wzorca, w jakim utknęliśmy. Dzięki dobrze prowadzonej grupie możemy odkryć, w jaki sposób uporczywie szkodzimy sobie, i sprawdzić, czy da się inaczej.

Jeśli już zauważymy własny, niszczący nam życie mechanizm, nie warto wywierać na siebie presji, by zmiana zaszła natychmiast. Miejmy dla siebie trochę zrozumienia – ten mechanizm nie wziął się przecież z niczego. Kiedyś zapewnił nam przetrwanie i dlatego teraz tak kurczowo się go trzymamy. Ale świat wokół nas jest teraz inny, a nasze zasoby i możliwości są znacznie większe niż kilkuletniego dziecka. Jeśli to zobaczymy, otworzy się nowa perspektywa. 

Zofia Milska-Wrzosińska jest psychologiem, certyfikowaną psychoterapeutką i superwizorem psychoterapii i treningu Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Współzałożycielka Laboratorium Psychoedukacji, którym kieruje. Uprawia psychoterapię indywidualną i par w nurcie psychodynamicznym i integracyjnym.

***

Jak sobie szkodzimy
Różne są przejawy autodestrukcji. Niektóre z nich wydają się całkiem niewinne, do tego przynoszą nam korzyści. Ale zarazem szkodzą.
Ze względu na prawdopodobieństwo wystąpienia szkody wyodrębniamy mocne formy autodestrukcji – czyli bezpośrednio zagrażające zdrowiu i życiu, formy łagodne oraz takie, które potencjalnie szkodzą, ale też przynieść nam mogą różne korzyści. Do mocnych form należą: samobójstwo, samookaleczenia, uzależnienia (od substancji aktywnych) oraz autoagresywne formy odżywiania (anoreksja i bulimia).
Łagodne formy autodestrukcji to uprawianie hazardu, zakupoholizm, uzależnienie od sieci.
Najciekawsza jest trzecia grupa zachowań, które szkodzą nam, a zarazem przynieść mogą korzyści. Takie zachowania prof. Anna Suchańska z UAM nazywa autodestrukcją pośrednią. Zalicza do nich: seryjne niepowodzenia i porażki na własne życzenie (bo zwlekaliśmy z przygotowaniem się, zaniechaliśmy wysiłków), bezradność i rezygnację z działania, zachowania ryzykowne (wyprzedzanie na zakręcie), uleganie pokusom, zaniedbania (np. niezgłaszanie się na badania okresowe).
Czasem przynoszą one doraźne korzyści, ale gdy uruchamiane są bez względu na koszty – stają się autodestrukcją.

Oprac. dk na podst. Anna Suchańska, Przejawy i uwarunkowania psychologiczne pośredniej autodestruktywności, Wydawnictwo Naukowe UAM, 1998.


Kłopoty to moja specjalność
W wiele trudnych sytuacji wpędzamy się sami. Terapeuta Bill L. Little nazywa to problemotwórstwem. W humorystyczny sposób pokazuje, jak możemy stać się autorami własnych problemów i porażek. Oto kilka z proponowanych przez niego sposobów.
• Jeśli chcesz dorobić się poważnych problemów, musisz przezwyciężyć pokusę ich przedwczes[-]nego rozwiązania. Poczekaj, pozwól, by małe problemy z czasem urosły jak śniegowa kula.
• Odnoś wszystko do siebie, szczególnie to niekorzystne, i nawykowo się za to obwiniaj – deszcz zawsze pada Tobie na przekór. A na pewno winny jesteś i odpowiedzialny za to, że bliskie Ci osoby mają zły humor.
• Nie ustawaj w wyszukiwaniu słabych stron, skup się na najmniejszych choćby niedociągnięciach we wszystkim, co robisz. Z pomocą przyjść może słówko „ale”: Zdałam egzamin, ale... tylko na trójkę; Mam dobrą pracę, ale... muszę dojeżdżać.
• Powtarzaj: Nigdy temu nie podołam! Czekaj na najgorsze, a jest szansa, że się zdarzy. Myśl „jestem nieudacznikiem” zrobi z Ciebie nieudacznika bez względu na to, jaki jesteś naprawdę. Tak działa samospełniająca się przepowiednia.
• Rozwijaj nierealne oczekiwania. Do egzaminu podchodź z założeniem: Nie zadowoli mnie nic poniżej piątki! Oczekuj od małżonka czy partnera, że będzie lubił wszystko to, co Ty. I że zawsze będzie wiedział, co czujesz, choć mu o tym nie mówisz. Tę samą zasadę stosuj wobec dzieci i przyjaciół.
• Angażuj się w wiele spraw, dzięki temu nigdy nie będziesz pewny, czy osiągnąłeś sukces. I nigdy nie kończ tego, co zacząłeś – porażka murowana.
• Powtarzaj: U sąsiada jest ładniej; Na pewno gdzieś tam czeka na mnie ktoś bardziej odpowiedni niż mój partner. Dzięki takim porównaniom poczujesz się gorszy i pozbawiony tego, co mają inni – wypłatą będzie zawiść, gorycz i niska samoocena.
• Oceniaj, krytykuj i odrzucaj innych, a zostaniesz odrzucony – ta zasada doprowadzi Cię do poczucia samotności i przekonania, że nikt Cię nie rozumie. Postaraj się nie lubić siebie. Wmawiaj sobie: Jestem do niczego, a podobnie będziesz spostrzegać innych ludzi i zagwarantujesz sobie odrzucenie.

Oprac. dk na podst. Bill L. Little, Autodestrukcja krok po kroku, 2013.
 

Przypisy