Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Rodzina i związki

7 czerwca 2019

Jak rozstać się na dobre

9

I że cię nie opuszczę aż do śmierci... Czy to możliwe? Coraz częściej związki nie wytrzymują próby czasu. Gaśnie namiętność, mija idealizacja, pojawiają się zakręty w relacji... Jak sobie z nimi radzić? Kiedy warto walczyć o związek, a kiedy lepiej rozstać się na dobre?

 

Zaczyna się od końca. Marion i Gilles, bohaterowie filmu „5x2” François Ozona, spotykają się u adwokata. Po wysłuchaniu przysługujących im praw i obowiązków, podpisują akt rozwodu, a następnie idą do... pokoju hotelowego, do łóżka. Nie jest to jednak próba pojednania, początek nowego etapu w ich związku. Przeciwnie, widać, jak wciąż się mijają. Ona szuka czułości; prosi, by ją pocałował. On całuje, rozpoczynając grę wstępną. Gdy ona go odpycha, on zmusza ją do stosunku. Ona płacze, on pozoruje, że wyskoczył przez okno, bawiąc się jej przerażeniem. „Dupek” – stwierdza ona i wychodzi. To już naprawdę koniec.

Kiedy zaczęli się oddalać od siebie? Czy kiedykolwiek byli sobie bliscy? Ozon nie daje odpowiedzi, ale chłodno obserwuje losy Marion i Gillesa od finałowej sceny rozwodu, poprzez kluczowe momenty ich życia, aż do pierwszego spotkania na plaży. Gościmy na kolacji z przyjaciółmi, podczas której wypływa kwestia zdrady Gillesa. Towarzyszymy im podczas porodu, widzimy jej samotność i jego zagubienie, które nie pozwala mu wejść do szpitala, gdzie żona rodzi ich syna. Jesteśmy świadkami na ich ślubie. Przyglądamy się im w momencie, gdy się poznali.

Czy już wtedy coś było nie tak? Czy w ogóle kiedykolwiek się poznali? Czy od początku było między nimi pęknięcie, którego nic nie było w stanie wypełnić? Czy tak musiało się skończyć?

O innym związku pisze Haruki Murakami w Przygodzie z owcą: „W pewnym sensie nie było rady na to, że odeszła. Co się stało, to się nie odstanie. I to, jak dobrze było nam ze sobą przez te cztery lata, nie miało już znaczenia. (...) Na początku uważała, że nie jest dobrze przystosowana do życia w społeczeństwie, a ja jestem. Wypełnialiśmy te swoje funkcje stosunkowo nieźle. I kiedy już myśleliśmy, że powinno nam się i dalej tak udawać, coś zaczęło się psuć. Coś małego, co już nie dawało się naprawić. Za bardzo przywykliśmy nawzajem do swoich ról. Nic więcej nie mogłem jej ofiarować...”.
Ze wszystkich pytań, jakie dziś zadaje się psychologom, jedno powraca jak refren: dlaczego związek, który miał być na zawsze, rozpadł się? Jak się z tym pogodzić? Jak poradzić sobie, gdy ktoś, kogo się kochało, zawiódł, odszedł?

Ogrom oczekiwań

A tak się dzieje coraz częściej. Czy można się temu dziwić, skoro żyjemy w czasach płynnych? Zmieniamy miejsca pracy i zamieszkania, zmieniamy styl życia i zainteresowania. Jak pisał Zygmunt Bauman, „życie w epoce płynnej nowoczesności przypomina codziennie o powszechnej przemijalności wszystkiego bez wyjątku. Nie ma na świecie niczego trwałego (...) Żaden krok i żaden wybór nie są ostateczne i nieodwołalne. Żadne zobowiązanie nie trwa na tyle długo, by nie można się było z niego wycofać”.

Dlaczego płynność miałaby ominąć związki? Zmieniły się oczekiwania wobec partnera. Kiedyś wystarczało, że małżonek był w miarę uczciwy, wewnętrznej przemiany od niego nie wymagano. Jeden związek starczał zwykle na całe życie. Jeśli przydarzyła się miłość, była bonusem. Zwykle jednak tak poważnej sprawy jak małżeństwo nie opierano na czymś tak ulotnym, jak miłość. Wystarczy przywołać rodziców Marion i ich związek pełen wzajemnych pretensji, a jednak trwający mimo upływu lat.

Dziś miłość jest punktem wyjścia. A jeśli słabnie, dla wielu par to wystarczający powód, by się rozstać. Przy czym każda z osób może miłość rozumieć inaczej. Brat Gillesa toleruje skoki w bok swego partnera, bo wie, że tylko tak może zatrzymać przy sobie młodego, atrakcyjnego mężczyznę. Dla Marion to dowód prawdziwej miłości, dla Gillesa zaś wyraz desperacji.
Jak pisze amerykańska psychoterapeutka par Esther Perel, „nigdy wcześniej nie mieliśmy takich oczekiwań wobec relacji małżeńskiej jak teraz. Nigdy też niespełnienie ich nie było powodem, by relacje się rozpadały. Jedna osoba ma dać to, co zwykle dawała cała wioska – wsparcie finansowe, rodzinę, status społeczny i szacunek”. Tego oczekujemy od partnera, bo nie ma już tej wioski, rozluźniły się tradycyjne więzi. Dawniej ludzie żyli w grupach i one były dla nich punktem odniesienia.

Pomagały w wychowaniu dzieci, w podjęciu ważnych decyzji. Dziś młody człowiek wyjeżdża często do obcego miasta, gdzie nie zna nikogo; codziennie mija tysiące ludzi, czując się wśród nich samotny. Szuka kogoś, kto by tę samotność złagodził. A gdy go spotka, oczekuje, jak mówi Esther Perel, „że ta sama osoba będzie pokrewną duszą, najlepszym przyjacielem, powiernikiem i, oczywiście, namiętnym kochankiem. Nigdy wcześniej satysfakcja seksualna nie była tak ważnym wyznacznikiem szczęścia małżeńskiego. Co więcej, nie oczekiwano, tak jak teraz, że w małżeństwie mamy być szczęśliwi”.
Niejeden związek ugina się pod ogromem tych – często nierealistycznych – oczekiwań, niejeden nie jest w stanie ich udźwignąć.

Nie dojrzałem

Związki często się kończą, nim na dobre się zaczną. Dopóki chodzi o wspólne wypady za miasto, erotykę, spotkania ze znajomymi czy nawet wspólne mieszkanie, wszystko wydaje się działać bez zastrzeżeń. Kiedy jednak jedno z partnerów, zwykle ona, zaczyna się niepokoić, czy związek pójdzie krok dalej, i wysyła sygnały, że liczy na trwalsze zaangażowanie, drugie się wycofuje. On zapewnia, że ona jest wspaniała i niczego jej nie można zarzucić, ale on... nie dojrzał. To powtarza się raz po raz, doprowadzając kobietę do rozpaczy.

Zapewne kryją się za tym jakieś osobowe uwarunkowania – może ambiwalentny stosunek do angażowania się, do dzielenia z kimś życia. Wydaje się jednak, że mamy też do czynienia ze swoistym znakiem czasu. A potwierdza to fakt, że problem w nierównym stopniu dotyka mężczyzn i kobiety. Mężczyźni zgłaszają się do psychoterapeuty najczęściej z lękiem lub jakimś rodzajem nieskuteczności. Kobiety – z niespełnieniem. Podobne wnioski nasuwają się po przejrzeniu oferty poppsychologicznej literatury. Mężczyźni czytają, jak być skutecznym i pozbyć się ograniczeń. Kobiety zaś, jak być w relacji lub uwolnić się od złudzeń, pozostając w związku, który nie rokuje. Wydaje się, że obecna zmiana społeczna w inny sposób dotyka kobiety i mężczyzn. Widać to na przykładzie Marion i Gillesa. On wydaje się słaby, niedojrzały, skupiony na swych potrzebach. Tak naprawdę czuje się zagubiony i bezradny. Ona na pozór jest silna, niezależna i odpowiedzialna, choć często niekonsekwentna. Oboje zaś nie są skłonni, jak choćby ich rodzice, do kompromisów.

Żyjemy w poczuciu nieograniczonych możliwości. Chcemy poznawać i doświadczać jak najwięcej, bo życie jest krótkie. Podobnie w sferze związków. Nie przyjmujemy do wiadomości żadnych ograniczeń, a przywiązanie siłą rzeczy jest ograniczeniem. Wybór tej, a nie innej osoby na życie oznacza rezygnację ze wszystkich innych ludzi na świecie. A dziś nikt nie chce z niczego rezygnować.

Nawet jeśli ludzie mieszkają razem wiele lat, wciąż nie podejmują formalnych zobowiązań. Póki nie godzą się na ślub, furtka pozostaje otwarta i mają wrażenie, że można się wycofać bez konsekwencji. Wydaje się, że nawet będąc w parze, żyją głównie dla siebie, zajęci własnym rozwojem, samorealizacją. Jeśli związek z kimś temu służy – dobrze. Jeśli nie sprzyja albo zaczyna przeszkadzać – rozstają się.

Kiedyś rozwód był katastrofą życiową. Spotykał się z potępieniem. Stałość związku służyła temu, by wychować dzieci i by wiadomo było, po kim mają one dziedziczyć dobra. Zmiana partnera powodowała, że los dzieci z poprzedniego związku stawał się niepewny. Wyposażyło to pokolenia ludzi w niechęć do zmiany.

Dziś zmiana partnera nie jest zawaleniem się świata ani zagrożeniem dla potomstwa. Nie kładzie się cieniem na dalszym życiu osoby. Przeciwnie, porażką byłoby pozostanie z kimś, kto przestał pociągać, inspirować, stał się obojętny. Rozstanie traktowane jest raczej jako wyzwanie, doświadczenie, które mamy przerobić i czegoś się z niego nauczyć. Niejeden z doradców namawia, by potraktować koniec związku jako szansę, otwarcie nowych możliwości.

Czy ten pomysł jest szalony? Może trochę. Choć pewnie nie bardziej, niż życie przez kilkadziesiąt lat z kimś, kogo się ledwo znosi.

Zdradzić dom rodzinny

Związki często nie mają szansy zacząć się na dobre, bo nie odrywają od swoich rodzin pochodzenia. On i ona czują presję rodzinnych przekazów, skryptów i oczekiwań. Dawniej relacje rodzinne były sztywniejsze, czasem ograniczały, ale sytuacje były bardziej jednoznaczne. Do pewnego wieku człowiek znajdował się pod władzą rodziców, zaś małżeństwo było wyraźnym momentem przejścia, para zyskiwała nowy układ odniesienia. Wiele rytuałów ślubnych służyło podkreśleniu tego faktu.

Niektóre z nich przetrwały, jednak ich pierwotny sens się rozmył. Teoretycznie mąż i żona tworzą nowy, własny układ odniesień i sami dla siebie zaczynają wyznaczać standardy. W praktyce rzadko tak bywa. On często nadal jest pod wpływem swoich rodziców, a ona pod wpływem swoich. On oczekuje, że żona, podobnie jak matka, z którą nadal jest związany, będzie mu wciąż wybaczać i we wszystkim go wyręczać. Albo tego właśnie się obawia i obsesyjnie stara się jej nie podporządkować. Ona wciąż przejmuje się, co jej matka powie o jej sposobie życia, jak ją oceni jako żonę i matkę. Często matka zaraża ją krytycyzmem wobec mężczyzn w ogóle, a własnego ojca w szczególności. W efekcie córka nieświadomie bierze na mężu odwet za to, czego od ojca nie dostała. I mimowolnie wpędza go w pułapkę przymusu powtarzania. Im bardziej krytykuje go i pokazuje, jak jest niezaradny, słaby i niegodny zaufania, tym bardziej on się wycofuje, rezygnuje i potwierdza jej obawy. Albo przeciwnie, zakochana we własnym ojcu – czuje, że żaden mężczyzna mu nie dorówna. On często zbuntowany jest przeciw swemu ojcu i nie wie, jak stać się ojcem wobec własnych dzieci. Tak czy inaczej oboje uwikłani są w rodzinne systemy wartości, legendy i relacje władzy.

Zamiast zacząć coś nowego, powtarzają historie znane z własnej rodziny. Weźmy sytuację z życia. On jedzie z żoną do swojego rodzinnego domu, gdzie dochodzi do nieporozumienia między nią a żoną jego brata. Ponieważ brat mieszka z rodzicami, tworzą przeciw niej wspólny front. Ona ogłasza, że więcej tam nie pojedzie, bo mąż nie stanął w jej obronie, tylko stulił uszy. A gdy on odwiedza rodzinę, stosuje wobec niego różne sankcje. On wini ją za nieporozumienie – gdyby była bardziej ugodowa, nie doszłoby do konfliktu.

Czy rzeczywiście ona jest konfliktowa, czy została sprowokowana? Czy nie stoją za tym jakieś siły z jego rodziny, które mają go pod władzą rodziny trzymać i torpedować próby budowania własnej rodziny? Może on chce z pomocą swej rodziny pokazać żonie, gdzie jej miejsce? A może jej chodzi o to, by sprawdzić, ile on jest gotów poświęcić dla niej? Każde z nich może mieć jakieś wytłumaczenie tej sytuacji, a im dłużej przy nim obstają, tym bardziej czują się skrzywdzeni.

Z czym tak naprawdę mają problem? Zapewne z lojalnością. Bo niezależnie od tego, czy ona jest konfliktowa, byłaby pewnie mniej, gdyby on jakoś się za nią opowiedział. Ona zaś eskaluje konflikt, bo jest na niego wściekła, czuje się zostawiona. Ale gdyby ona zamiast starać się odseparować go od rodziny, spróbowała zrozumieć, jak trudno mu być między młotem a kowadłem, obojgu byłoby łatwiej. Nie chodziłoby już o to, „które z nas ma słuszność”, ale raczej, że „jako para mamy problem w relacji z innym domem, spróbujmy więc solidarnie zaplanować, jak go rozwiązać, biorąc pod uwagę, że całkiem bez tego drugiego domu nie możemy się obyć”. Wymagałoby to zamknięcia pewnego etapu relacji z własną rodziną.
Aby stworzyć nowy związek, trzeba swój rodzinny dom trochę zdradzić. Jeśli tak się nie zdarzy, będziemy bezowocnie próbować zmienić partnera, jakoś go do oczekiwań swojej rodziny przykrawać, tłumacząc go przed rodziną, lub co gorsza tłumacząc się za niego. I coraz częściej będziemy się kłócić ze sobą.

Zaplątani na dobre, na złe

Pomyślmy o partnerze – co nas do siebie przyciągnęło? Dlaczego spośród wszystkich ludzi wybraliśmy właśnie tę osobę? A teraz wciąż się kłócimy o byle drobiazg, w zasadzie nie wiadomo o co. To, co wcześniej pociągało w partnerze, teraz od niego odpycha. Tak się dzieje w związkach, które Jürg Willi nazywa koluzyjnymi. Jego teoria opisuje, jak nieświadomie rozgrywamy czasem w parze swoje dziecięce potrzeby i nierealistyczne oczekiwania. Wzajemnie napędzamy się, rea...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy