Brak wyników

inne , Praktycznie

4 grudnia 2018

Obrazy, które kocha świat

1

Nie spocząłem na laurach. Samouwielbienie to nie moja bajka. Codziennie wstaję i tworzę. Mam głód, gorączkę robienia czegoś nowego.

MAGDA BRZEZIŃSKA: Ponad dziesięć okładek „Newsweeka”, pięć „Time Magazine”, mnóstwo ilustracji do prestiżowych magazynów – „Der Spiegel”, „New York Timesa”, „The Atlantic”, „Harper’s Magazine”. Policzył Pan swoje prace? Ile obrazów Pan stworzył?
RAFAŁ OLBIŃSKI: Pewnie ponad dwa tysiące obrazów i około dwustu plakatów. Nic dziwnego, że tyle się uzbierało, bo ja jestem starszy człowiek.

Pracowity człowiek. Rzecz chyba nie w wieku.
Ja nie mam innej koncepcji na życie! Wstaję rano i pracuję. A moja praca jest do tego stopnia pochłaniająca, że nie marnuję czasu na coś, co nie jest go warte. Wie pani, pół roku temu kupiłem sobie dobry rower, lekki, bo mieszkam na starym mieście w kamienicy bez windy, więc muszę go wnosić na czwarte piętro. Wniosłem go, przypiąłem łańcuchem i... nie miałem czasu tym rowerem pojeździć. Właściwie to wstyd, że na nim nie jeżdżę, ale jak obliczyłem, musiałbym na to wygospodarować co najmniej półtorej godziny. Pomyślałem więc, że lepiej będzie dziesięć razy wejść i zejść po schodach. Tak zrobiłem i zajęło mi to 13 minut. Staram się kondensować w czasie te ćwiczenia.

Wydaje się, że dzisiaj ludzie potrzebują skondensowanej, szybkiej i prostej informacji, memu, dosłownego przekazu. Czy jest jeszcze miejsce na plakat, obraz, sztukę, która operuje poezją, refleksją, niedosłownością – wymaga czasu na odbiór?
Myślę, że nadal jest na to zapotrzebowanie. Choć rzeczywiście plakaty komercyjne, służące do sprzedaży, siłą rzeczy muszą być informacyjne. Praca nad takim plakatem to dziś już nie jest praca artysty, ale całego zespołu, w tym agencji reklamowej. Przekaz musi być taki, a nie inny, bo liczy się skuteczność, a nie poetyckie niuanse. Publiczność karmiona jest „kluchami”, które są tylko informacją, a nie przekazują żadnych głębszych treści, nie dają odbiorcom impulsu, by doskonalili swoją wrażliwość, poszerzali horyzonty. Prawdziwa sztuka powinna zadawać pytania, powinna podnosić nas na wyższy poziom, czynić lepszymi ludźmi, bardziej wrażliwymi, moralnymi. Zwłaszcza dzisiaj. Bez sztuki nie ocalimy humanizmu.

Bo świat może ocalić tylko piękno, jak uważał Dostojewski?
Na to liczę. Oby te wszystkie populistyczne szaleństwa, których jesteśmy świadkami, nie doprowadziły do wojen... Ale sztuka przetrwa, bo sztuka to artyści, a zawsze, w każdych czasach, rodzą się ludzie wrażliwi, potrzebujący ekspresji. Prezydent USA Adams mawiał, że studiuje politykę i sztukę wojenną po to, by jego dzieci studiowały rolnictwo, handel, inżynierię, nauki ścisłe. Po to, żeby jego wnuki studiowały malarstwo, poezję. To bardzo ładne, prawda? Ludzie zawsze będą potrzebowali sztuki, piękna – to jedyne, co nas odróżnia od zwierząt.

Powiedział Pan kiedyś, że artysta sam w sobie jest planetą osobną. Jak jest dzisiaj na tej Pańskiej planecie? Co jest dla Pana teraz ważne – dla Pana jako artysty i człowieka?
To samo, co było ważne kiedyś, tylko dziś widzę to wyraźniej. Mój dzień jest udany, jeśli stworzę coś dobrego i czegoś nowego się dowiaduję. To chyba Goethe powiedział, że każdego dnia powinno się posłuchać dobrej muzyki, przeczytać ładny wiersz czy książkę, obejrzeć ładny obraz i – jeżeli to możliwe – powiedzieć parę rozsądnych słów. Ta recepta na dobre życie jest chyba aktualna. Można do niej jeszcze dodać podpowiedź Cycerona, który uważał, że jeśli ma się przy bibliotece ogród, to niczego do szczęścia nie brakuje. Bibliotekę mam, i ładny widok z okna, a ogród mogę sobie namalować.

Co Pan czyta najchętniej, jakie lektury Pana inspirują?
Teraz czytam O tyranii Timothy’ego Snydera – nieduża, ale mądra rzecz. Ostatnio staram się czytać niewielkie książki, bo mój zawód wymaga potwornie dużo czasu. Gdy mieszkałem w Nowym Jorku i przez 20 lat codziennie dojeżdżałem do mojej pracowni na Manhattanie, to w metrze przeczytałem dużo książek. Stałem się mądrzejszy mądrością zapożyczoną, ale bardzo sobie to cenię.
Kiedyś, w liceum i na studiach, czytałem przede wszystkim klasyków – chciałbym do nich wrócić dzisiaj, przeczytać jeszcze raz wszystko, co przeczytałem jako bardzo młody człowiek. Ciekawi mnie, jaka to by była lektura dla mnie teraz, gdy jestem już całkiem inną osobą, z bagażem życiowych doświadczeń.

Á propos klasyków – School of Visual Arts w Nowym Jorku, jedna z najlepszych szkół artystycznych na świecie, rozdała swoim studentom album z Pana plakatami. Jakie to uczucie być klasykiem, wzorem, na którym uczą się kolejne pokolenia?
Prawdę mówiąc, nie wiem, jakie to uczucie. Przyjmuję to po stoicku. Oczywiście bardzo miło jest wiedzieć, że taka prestiżowa uczelnia ceni moje prace, ale to jeszcze nie jest dzieło mojego życia, nie spocząłem na laurach. Codziennie wstaję i tworzę nowe rzeczy, cały czas jestem zaabsorbowany tym, co będzie, a swoją przeszłość artystyczną wspominam tak, jakbym to prawie nie ja robił. Samouwielbienie to nie moja bajka. Wręcz przeciwnie: mam głód, gorączkę robienia czegoś nowego.

Do czego teraz Pana ciągnie? Jakie ma Pan marzenia?
Maluję coraz więcej, bo ciągle mam zamówienia, ludzie są ciekawi moich obrazów. Ale też ciągnie mnie w nowe przestrzenie. Napisałem bajki, które zostały wydane i zilustrowane moimi obrazami. A w październiku ukazał się album Olbiński. Ars picturae z moimi obrazami i sonetami napisanymi do tych obrazów przez brytyjskiego poetę Iana Lukinsa. No i bardzo się cieszę, że moje obrazy pojawią się na okładkach „Charakterów”, z którymi współpracę zawsze bardzo ceniłem. 

Przypisy