Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

1 grudnia 2015

Opowieść Kłapouchego

11

Przekonanie, że jestem fajtłapą, tworzy moją opowieść o świecie i o sobie. Jest jak filtr w okularach, który nie przepuszcza pastelowych barw. Jeśli coś mi się nie uda, to mam najlepszy dowód, że jestem do niczego, a jeśli jednak się uda, to uznaję, że to przypadek - mówi Bogdan de Barbaro.

Prof. dr hab. Bogdan de Barbaro jest psychiatrą i psychoterapeutą. Kieruje Zakładem Terapii Rodzin Katedry Psychiatrii Collegium Medicum UJ. Jest przewodniczącym Sekcji Naukowej Psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Dorota Krzemionka: – Mogę budować chatkę na skraju lasu, ale i tak wiem, że wiatr mi ją przesunie – mówi Kłapouchy, jeden z bohaterów opowieści Alana Alexandra Milne’a. Osiołek mieszka w Ponurym Zakątku i spodziewa się najgorszego. Spotyka Pan zapewne takich Kłapouchych w swoim gabinecie. Skąd się bierze ich pesymistyczna opowieść?
Bogdan de Barbaro:
– Uogólnienia na temat tego, jakim się jest i będzie, powstają we wczesnym dzieciństwie. To efekty procesów wychowawczych, w których dziecko dostaje miłość uwarunkowaną wymaganiami i tych wymagań jest więcej niż miłości. Nieraz rodzice wyobrażają sobie, że krytykując dziecko, mobilizują je i sprawią, że stanie się lepsze: przyniesie lepsze oceny, będzie miało lepsze wyniki w sporcie, będzie mądrzejsze itp. Zapominają, że czymś innym jest krytykowanie dziecka za konkretne zachowanie, a czymś innym ogólna krytyka osoby. Takie uogólnienia sprawiają, że w umyśle i sercu dziecka pojawia się przekonanie: „Jestem nie taki jak trzeba, jestem nie w porządku”. A owo „jestem nie OK” jest także zapowiedzią: „będę nie OK”. Powstaje coś, co terapeuci narracyjni nazywają – za twórcą tego podejścia, Michaelem Whitem – negatywną ramą narracyjną.

Czym ona jest?
– Rama narracyjna to rodzaj okularów, przez które patrzymy na siebie, na świat, na to, co będzie jutro. I tworzy się coś w rodzaju autobiografii. Ta „opowieść” ma swój tytuł, swoje motto. Autobiografia, z którą ludzie trafiają do gabinetu terapeuty, ma na ogół tytuł pesymistyczny, autodeprecjonujący.

Na przykład: jestem beznadziejny, do niczego się nie nadaję…
– Za cokolwiek się wezmę – zepsuję, bo jestem fajtłapą. Takie przekazy, początkowo pochodzące na przykład od rodziców, zaczynają się utrwalać. Już nie są recenzją z ostatniej klasówki, z której dostałem dwóję, ale stają się przekonaniem, że jestem dwójarzem. Tymczasem, obiektywnie rzecz biorąc, między „dostałem dwóję” a „jestem dwójarzem” jest olbrzymia różnica.

A kolejna dwója tylko potwierdza przekonanie, że jestem dwójarzem.
– Mało tego, jeśli dostanę piątkę lub czwórkę, a wiem, że jestem dwójarzem, to powiem: „Trafiło się ślepej kurze ziarno”, „Nauczycielka się pomyliła”, albo: „Nieważne, co dostałem, bo następnym razem i tak będzie dwója” itd. A więc przekonanie, że jestem dwójarzem lub fajtłapą, ma moc redagującą albo organizującą moją opowieść o świecie. To przekonanie jest jak filtr w okularach, który nie przepuszcza pastelowych barw, tylko pozostawia odcienie szarobure. Dlatego jeśli coś mi się nie uda, to mam najlepszy dowód, że jestem do niczego, a jeśli jednak się uda, to uznaję, że to pomyłka, przypadek. Zdarzało mi się słyszeć, jak ktoś mówi: „Moje życie to pasmo dwój”, a zarazem kończył pisanie ciekawego doktoratu.

Czyli nawet gdy znajomi przekonują takiego Kłapouchego, że wiele osiągnął, i tak nie zmieni to jego emocji?
– Nie, ponieważ motto jego opowieści, wspomniana autodestruktywna rama narracyjna, pełni rolę cenzora i nie wpuszcza do historii życia niczego dobrego.

I nawet jeśli w życiu Kłapouchego zdarzy się coś szczęśliwego, jakaś kobieta go pokocha…
– To on będzie się zastanawiał: o co jej chodzi, co ona kombinuje?

Ślepa jest, nie widzi, jaki jestem?
– Albo, co gorsza, zacznie się zachowywać jak osoba niepewna siebie i podejrzliwa, czym skokowo obniży swą atrakcyjność i w efekcie powstanie samospełniająca się przepowiednia. Zamiast oczarować, uwieść partnerkę, będzie swym zachowaniem dowodził, że nie zasługuje na miłość. Niekiedy taka osoba może znaleźć opiekunkę, która się zajmie ofiarą, ale nie będzie to dobry związek, nie spełni wielu potrzeb. Co więcej, opiekunka podtrzyma go jedynie w roli ofiary, niepewnej siebie i potrzebującej pielęgniarki.

Kłapouchy narzeka na wszystko, ale w głębi duszy jest mądry i koleżeński.
– Ta postać budzi sympatię, bo w środku ma jakieś ciepło. Nie jestem jednak pewien, czy tak jest z ludźmi, którzy mają negatywną autonarrację. Przypuszczam, że przez swoją podejrzliwość nie dopuszczają do siebie innych ludzi i to ich ciepło jest głęboko schowane. Być może tak głęboko, że nawet oni nie mają z tym ciepłem kontaktu.

Przyłącz się do poszukiwania zaginionego krewnego lub znajomego, ale nie zdziw się, jeśli znowu nikt nie pofatyguje się powiedzieć ci, że odnalazł się przed dwoma dniami, które ty spędziłeś na poszukiwaniach – mówi zrezygnowany Kłapouchy.
– Uderza mnie wyraz „znowu” w tym zdaniu. Bohater jest zanurzony w pesymistycznej narracji, która zasysa tylko to, co pasuje do motta jego opowieści. Znowu, czyli jest tak źle, jak było. I będzie nadal źle. Mamy tu do czynienia ze sztywnością wzorca narracyjnego – i w efekcie ze sztywnością spojrzenia na świat i siebie. Optymalna, chyba najbardziej realistyczna narracja brzmi: „raz na wozie, raz pod wozem”. Bywa różnie. Ani przekonanie „jestem beznadziejny, nic mi się nie udaje”, ani opowieść: „jestem geniuszem, wszystko mi się uda” nie uwzględniają tej różnorodności. Jedna i druga narracja wcześniej czy później skończy się jakimś kłopotem, bo życie społeczne nie jest ani jak zawsze ciepła i karmiąca pierś matki, ani nie jest tylko ponurym i zimnym zakątkiem. Jesteśmy autorami i uczestnikami zarówno zwycięstw, jak i porażek. Niektórzy nie dostrzegają tego, bo rodzice wciąż im powtarzali: znowu przyniosłeś tylko czwórkę, znowu coś rozlałeś...

Jak taki tekst cudzy staje się tekstem własnym?
– To się dzieje stopniowo. Pytam pacjentów: od kiedy uwierzyłeś w zdanie „Jestem do niczego”? Albo: Od kogo to słyszałeś? Czy jesteś gotów uznać, że jest to cytat, obcy tekst, który zasługuje na cudzysłów? A może uważasz, że to twoje własne odkrycie?

Osoba, która przychodzi do Pana po pomoc, wierzy, że to jej własny głos.
– Tak, myśli: taki już jestem… Wtedy pytam: „A skąd to wiesz?”. Mówi: „No, jak to, przecież to oczywiste, fakty tego dowodzą”. A potem: „Usłyszałem, dowiedziałem się”. Pytam: „Od kogo się dowiedziałeś? Czy ty sam masz inne zdanie na swój temat?”. Mało możliwe, żeby to było przekonanie oparte na własnych ocenach. Przecież autoportret w dużym stopniu tworzony jest przez lustra społeczne, nasze portrety tworzą inni ludzie. Pamiętam, jak zapytałem kiedyś ojca pacjenta, przebywającego na oddziale młodzieżowym: „Co będzie z pana dzieckiem za 5 lat?”. A on na to: „Za pięć lat mój syn będzie prawdopodobnie w kryminale”. I mówił to przy synu. Można powiedzieć, że w ten sposób – pośrednio – pisał mu scenariusz życia.

Jak zmienić taką destrukcyjną narrację?
– Zaczynamy wspólnie z pacjentem poszukiwać wyjątków. Pacjent mówi: „Zawsze tak było”. Sugeruję: „Proszę poszukać wyjątków”. On twierdzi, że nie było wyjątków. Ja na to, że to niemożliwe. I kiedy przygląda się swemu życiu, okazuje się, że było aż pięćdziesiąt i więcej wyjątków, i że nie tyle są one wyjątkami, co można z nich złożyć alternatywną opowieść o nim i jego życiu. Pacjent może się do tej alternatywnej, pozytywnej autobiografii stopniowo zbliżać.

Nie tyle opowieść oddaje to, jacy jesteśmy i co nam się przydarza…
– Przeciwnie: tacy jesteśmy, jak sobie to ułożymy w autonarracji. Pozwalamy wmówić coś sobie, a potem ta opowieść na zasadzie samospełniającej się przepowiedni żyje własnym życiem. W świetle konstrukcjonizmu społecznego nie mamy do czynienia z obiektywnymi faktami – to my je konstruujemy, my faktom nadajemy jakieś znaczenia, my je w ten, a nie inny sposób opisujemy
i wysławiamy. Od tego, jakiego będziemy używać języka – na przykład afirmującego albo deprecjonującego – będzie zależał nasz odbiór świata i sposób przeżywania siebie i innych. Wyobraźmy sobie dwoje dzieci tych samych rodziców: każde z nich przynosi tróję plus. Jedno jest z tego dumne, cieszy się, że zdało, a drugie jest zrozpaczone, że nie dostało szóstki. Jaka jest więc prawda na temat tej oceny? Jesteśmy zanurzeni w języku, on nam tworzy rzeczywistość. Świat jest zorganizowany językowo i my też.

A zatem uważajmy, jakich słów używamy, opisując siebie…
– Jak coś nazwę, tak jest. Na przykład stwierdzenie: „jestem schizofrenikiem” jest destrukcyjne, bo wynika z niego szereg niekorzystnych konsekwencji. Czuję się wtedy kimś pozbawionym sprawczości, zapędzonym w kozi róg i zdanym na innych. Mówiąc: „jestem schizofrenikiem”, ograniczam się do własnej patologii, a zarazem mówię: nic ode mnie nie zależy.

Podobnie gdy stwierdzam: jestem pechowcem.
– Jeżeli tak o sobie powiem, to nim będę. „Mam pecha” – to opowieść ofiary. Niektórzy z n...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy