Brak wyników

Ja i mój rozwój

22 maja 2018

Po drugiej stronie samotności

1

Żyjemy w paradoksie. Ludzka wspólnota nigdy do końca się nie dopełni, ale też nie zamkniemy się na siebie jako odrębne monady. Jesteśmy sami wobec śmierci, jednak po drugiej stronie tej samotności znajduje się głęboko człowiecze szukanie kontaktu, nasłuchiwanie przez ścianę... O życiu i teatrze opowiada wybitny polski reżyser teatralny PIOTR CIEPLAK.


MAGDA BRZEZIŃSKA: – Po przebudzeniu włączają radio, telewizor, otwierają lodówki, uruchamiają ekspresy, szeleszczą gazetami... Bohaterowie wyreżyserowanej przez Pana ostatnio „Nieskończonej historii...”, gdy tylko otworzą rano oczy, robią wszystko, by zagłuszyć swoje myśli. A Pan co robi po przebudzeniu?
PIOTR CIEPLAK: – To są mało szlachetne czynności: myję zęby, palę papierosa, a potem piję kawę na balkonie. Dzielę swoje życie na fazę pracy i „niepracy”. W fazie pracy, zwłaszcza tuż przed premierą, potok myśli krąży nieustannie, to wręcz lawina myśli! Nie mogę spać i nie mogę nie spać. Natomiast w fazie „niepracy” ogarnia mnie gnuśność, lenistwo myślowe i duchowe. I wtedy ratuje mnie ziemia – mam pod miastem kawałek pola, które zalesiam i zadrzewiam.

Zna się Pan na drzewach?
– Jestem zapalonym dendrologiem, mam dużo książek na temat drzew. A wszystko zaczęło się jakieś sześć lat temu. Kupiłem sobie wtedy grubą książkę, by dowiedzieć się, jak nazywają się drzewa rosnące wokół mojego domu. To nie mógł być przypadek... Dziś potrafię nazwać, również po łacinie, prawie wszystkie drzewa, które rosną w Polsce. Znam je z imienia i nazwiska.

Rośnie u Pana buldeneż?
– Buldeneż? Tej nazwy nie znam. Brzmi z francuska, jak boule de neige – kula śniegu.

Dobry trop. To ludowa nazwa kaliny czerwonej, której kwiaty skupione są w białych kulach, przypominających duże śnieżki.
– Kalina, viburnum? Mam dwie kaliny. Lubię na nie patrzeć, bo kontakt z drzewami mnie porządkuje, harmonizuje. Dzięki drzewom sam się zakorzeniłem. Drzewa dały mi poczucie pełnego obywatelstwa, są dla mnie ostatecznym dopełnieniem pewnej metafizycznej układanki. Moje życie z drzewami to nie jest jakaś idylliczna arkadia – choć czasami tak bywa. Doświadczam czegoś bardziej skomplikowanego, gdy widzę, że one zupełnie nie przejmują się moimi egzystencjalnymi przeżyciami: biegam, pocę się, podlewam, przycinam je i... patrzę, jak moje drzewa schną, liście gniją, jak są obojętne na moje zabiegi. Stoją, kiedy ja biegam i zabiegam, a rosną, kiedy ja stoję. Rosną dzień po dniu. Słowem, w tej naszej wspólnej egzystencji jest nie tylko piękno, ale i okrucieństwo, tragizm.

I patrzy Pan na ludzi tak jak na drzewa?
– Tak. Moje bycie z drzewami daje mi większy dystans do tego, co widzę w świecie ludzi. Dystans do tych wszystkich skowytów i szarpanin wewnętrznych, ale też większą cierpliwość. To pozwala mi zachować wobec innych ludzi dystans, kiedy potrzebny jest dystans, i bliskość, kiedy potrzebna jest bliskość. Daje poczucie, że wszyscy płyniemy na wspólnej łódeczce. „Nieskończona historia” jest o pojedynczych ludziach, którzy jednak przez te półtorej godziny spektaklu zawiązują pewną wspólnotę, orkiestrę. Ta ludzka wspólnota nigdy do końca się nie dopełni, ale też nigdy nie będzie tak, że zamkniemy się na siebie jako odrębne monady. Nie chciałbym pomyśleć ani o sobie, ani o innych, że jesteśmy samotnymi, oddzielnymi Robinsonami. Z całą pewnością można powiedzieć, że wobec śmierci jesteśmy sami. Ale po drugiej stronie samotności znajduje się takie głęboko człowiecze szukanie kontaktu, nasłuchiwanie przez ścianę. A już nie mówię o takim wydarzeniu, że ktoś robi komuś herbatę i uśmiecha się do niego. Nie mówię o tym, co łączy kobietę i mężczyznę, o tych wszystkich namiętnościach, rozpaczach i zdradach... Jesteśmy w sieci zależności, które nas więżą, ale i unoszą, budują. Mocno akcentuję ten paradoks istnienia, bo w moim postrzeganiu świata, ludzi, sztuki paradoks jest niezwykle ważny. Gdy ktoś mówi: „O, jaka fatalna pogoda, jak strasznie leje...”, ja na to: „No tak, ale moje drzewa dobrze rosną”.

Bo artysta, jak mówił Jerzy Nowosielski, ma wydobyć drobiny dobra nawet z dna rozpaczy?
– Tak, tak właśnie jest... Aczkolwiek byłbym ostatnim, który by zaprzeczał istnieniu piekła i nieszczęścia, które się zdarza. Zło jest, permanentnie, zieje.

Jak się dziś objawia zło?
– Dziś? A co to jest „dzisiaj”? Cytuje pani Nowosielskiego – to właśnie dzięki lekturze jego książek, wywiadów z nim, tekstów o nim, uświadomiłem sobie pewien paradoks czasu, historii ludzkiej: płynie, a równocześnie trwa. Ja to czuję na co dzień, bo Akademia Teatralna jest 100 metrów od włazu do kanału, którym podczas powstania warszawskiego przeszło sześć tysięcy ludzi, a w linii prostej 300 metrów od karuzeli na placu Krasińskich, opisywanej przez Miłosza w wierszu „Campo di Fiori”. Na prawie każdym domu w moim mieście jest tablica pamiątkowa z wygrawerowaną liczbą osób, które tutaj podczas wojny zginęły, zostały rozstrzelane lub wywiezione. To dla mnie nie są tylko fakty historyczne. To znaczy są historią, ale nie są przeszłością. To jest przeszłość niedokończona, a świadomość tej obecności stale mi towarzyszy i stale zadaję sobie pytanie: co w związku z tym dzisiaj? Co z tym bebechem flaków okrucieństwa, który ciągnie za sobą świat? Nie sposób o tym nie myśleć, kiedy mówimy o świadomości obecności zła. To nie znaczy, że kiedy wstaję rano, to od razu myślę o Holocauście. Ale też nie znaczy, że jak widzę człowieka kopiącego na ulicy drugiego człowieka, to opatruję to filozoficznym westchnieniem: „Ach, taka jest natura ludzka”. Po prostu nie mam już pewnych złudzeń w kwestii zła.

O rezygnacji ze złudzeń mówi też amerykański psycholog profesor Philip Zimbardo, który przez całe swoje naukowe życie badał zło, a teraz – już na emeryturze – propaguje dobro, uczy dzieci, jak być bohaterami życia codziennego. Mówi: podejmuj aktywność w walce o dobro, ale miej świadomość, że możesz przegrać. Że nie dostaniesz wieńca laurowego dla bohatera.
– Oczywiście, że to nie dla nagrody... Idea bohaterstwa życia codziennego jest mi bardzo bliska – te drobne decyzje ludzkie, codzienne „dzień dobry”, „do widzenia”, zrobienie herbaty, czujność na drugiego człowieka... Ilekroć o tym mówię, boję się wpaść w kaznodziejski, moralizatorski ton, bo mówiąc o tej sensownej czujności i nawet apelując o nią do samego siebie, łatwo można przekroczyć cienką granicę, za którą są już tylko frazesy. Poza tym jest we mnie lęk, brak pewności co do tego, czy ja w momencie próby stanę na wysokości zadania. Czy nie zawahałbym się, tak jak zawahał się Piotr, żeby odwołać się do zupełnie strzelistych przykładów w tej sprawie. Miał więcej danych niż każdy z nas, wiedział, że jego nauczyciel rozmnaża chleb, chodzi po wodzie, jest fantastyczny, a mimo to zawahał się. A co dopiero taki człowieczek jak ja. To mnie skłania do wstrzemięźliwości w pewnych postulatach. Ale ta czujność, to małe dobro, mały gest są niezwykłe, warte dmuchania i chuchania.

Bo dobro się zakorzenia dłużej i trudniej niż zło? Bo z dobrem jest jak z drzewami – Pan chodzi, podlewa, przycina, stara się, żeby rosły...
– A ściąć można w jednej chwili.

Trzeba cierpliwości w chuchaniu na dobro.
– Cierpliwość to jest piękne słowo. Próbuję ją praktykować. W każdej chwili. Na próbie w teatrze, kiedy czekam na autobus, kiedy nie dostaję tego, co chcę. Powtarzam, nie jestem cierpliwy, tylko staram się praktykować cierpliwość. Ostatnio w jednej z książek ks. Tomáša Halíka, czeskiego teologa i filozofa, przeczytałem, że cierpliwość to jedyna kategoria pozwalająca odróżnić wierzących od niewierzących. Bardzo mi się to podoba, bo jest dalekie od ideologizmów.

W słowie cierpliwość jest paradoks: nawet w fonetycznej postaci ma w sobie coś z cierpienia.
– Ale to na pewno nie ma nic wspólnego z cierpiętnictwem, ani z machnięciem ręką i obojętnością. Cierpliwość nie oznacza bezczynności, pasywności.

A czy rzeczy przeszkadzają nam w praktykowaniu cierpliwości? W „Nieskończonej historii” pokazane są „rzeczy widzialne i niewidzialne”, które tak bardzo nas przytrzymują...
– To pytanie o rzeczy od razu przywodzi na myśl Mirona Białoszewskiego, poetę, filozofa życia. To prawda, że rzeczy nas więżą, oddzielają często od bycia tu i teraz, zagracają nam nie tylko mieszkania i bagażniki samochodów, ale i nasze dusze. Zasłaniają świat, odwracają nas od nas samych. Ale z drugiej strony, obecność tych wyjątkowych konkretnych rzeczy czyni życie możliwym. W moich spektaklach próbuję przywracać rzeczom ich obywatelstwo. One mają być nie tylko rekwizytem, ale też pełnoprawnym obywatelem. Sprzymierzeńcem, pomocnikiem i patronem w tych działaniach jest Andrzej Witkowski, scenograf, któremu nie jest obojętne, jakie guziczki ma kostium aktorki. Zastanawia się nad tym nie dlatego, żeby ona ładnie wyglądała, tylko dlatego, jak te akurat guziczki służą jej roli. Czy muszą być ładne, czy jeden powinien dyndać niedbale przyszyty. W jednej ze scen w „Niedokończonej historii” przedmioty kuchenne żegnają się z właścicielką, która potknęła się na kafelkach w łazience i umarła. Żegna się poblakła widokówka z Siemiatycz z podpisem „całuję, Zbyszek”, szklanki w źle imitujących srebro koszyczkach, cerata z dziurami po taborecie, popielniczka z zapałką... Rzeczy rozstrzygają o niepowtarzalności i wyjątkowości każdego z nas.

To rzeczy widzialne. A niewidzialne? Powiedział Pan kiedyś, że teatr jest tropieniem niewidzialnego.
– To zdanie usłyszałem kiedyś od Petera Brooka, ale tak bardzo uznałem je za swoje, że powtarzam je teraz bez wahania. Teatr jest – i tu znowu paradoks – niby sztuczny, niby „na niby”. Tylko o dziewiętnastej przywołuje rzeczywistość, ale nią nie jest, on ją tylko udaje. Ale z drugiej strony teatr przywołuje świat. Dzięki teatrowi można uchylać szpary, przedłużać czas albo go skracać, wyważać słowa i formuły, które są nam znane i podglądać przy ich pomocy to, co jest pod spodem. Rzeczy, o których się nie śniło nawet filozofom. W tych wszystkich duchach zaludniających sztuki, nie tylko romantyczne, w tych cudach teatralnych zawiera się jakaś prawda o świecie. Wiara w rzeczy widzialne i niewidzialne powoduje, że zajmuję się teatrem. Wydaje mi się nawet – ale mówię to na własny użytek, nie robię z tego powszechnego dekretu – że trudno zajmować się teatrem bez przekonania, że za konkretnym słowem, faktem, człowiekiem jest coś jeszcze, jest jakaś tajemnica. Jest jakieś nieustanne, niewidzialne mocowanie się. Tak jak w moich drzewach – zastanawiam się, jak to się dzieje, że płyną w nich soki, wzrastają i obumierają komórki. Botanicy już to wszystko zbadali i opisali, ale dla mnie to jest niepojęte, że znowu, jak co roku, jak od tysiąca lat, kwitną oczary. Że tulipany mają tyle kolorów, że lipy pachną...

A brzoza ma duszę.
– Betula pendula.

To prawda, że brzoza potrafi wzrosnąć nawet na bardzo nędznej glebie? Tam, gdzie żadne inne drzewo nie wytrzyma? Słyszałam, że wzrastając na lichej ziemi, brzoza tak organizuje wokół siebie cały biosystem, że zmienia go na korzystny dla innych wymagających drzew i krzewów. Zaczynają rosnąć obok niej, coraz starszej i słabszej. A potem brzoza usycha, upada, gnije i jeszcze bardziej użyźnia sobą ziemię. Ona umiera, ale na niej rodzą się cudownie inne drzewa...
– To się fachowo nazywa drzewo pionierskie. Patrzę na drzewa, jak na swoje dzieci. Kocham je wszystkie, ale gdybym miał posadzić na bezludnej wyspie tylko jedno drzewo, to posadziłbym buk. Kora tych drzew jest zachwycająca do przytulania, srebrna, lepka, po nacięciu już nigdy się nie zabliźni do końca. Jego liście o zachwycającym kształcie, cieniodajne, zielone z wierzchu, a w innym kolorze pod spodem. Buki, które mają sto, dwieście lat są imponujące, dostojne. Buk to dla mnie drzewo drzew.

Ciekawe, czy we włoskim Grosseto rosną buki... Słyszał Pan, że po tragedii wycieczkowca „Costa Concordia” spotkania przedprocesowe pasażerów, ich rodzin i adwokatów oraz armatora odbywają się w miejscowym teatrze w Grosseto, bo tylko tam jest wystarczająco duża sala, by pomieścić wszystkich uczestników procesu? Chciałby Pan być w tym teatrze?
– Dostrzegam teatralizację życia i raczej mam do współczesnego świata pretensje, że czyni spektakle, widowiska z wydarzeń, które dla ludzi są nieszczęściem. Ja rozumiem, że ludzka tragedia bywa widowiskiem – tak jest od początku świata, a media, które muszą z czegoś żyć, kreują to widowisko z coraz większym rozmachem. Ale ja nie chciałbym być w teatrze w Grosseto, omijałbym to miejsce z daleka.

Bo życie to nie teatr? Jezuici reklamują w sieci swoje rekolekcje pod takim właśnie tytułem: „Życie to nie teatr, rekolekcje o życiu bardziej”. Co to znaczy „żyć bardziej”?
– Jeśliby teatr rozumieć jako udawanie, zakładanie masek, coś pustego, a zakładam, że tak właśnie jezuici rozumieją teatr, to nie ma nic sensowniejszego, jak nakłanianie ludzi, żeby zechcieli być tu i teraz, z przedmiotami i z drzewami, żeby zechcieli ze sobą rozmawiać, a nie komunikować się poprzez puste gesty i maski...
Wierzę jednak, że teatr jest czymś innym. Ja rozumiem teatr nie jako dziwowisko i głupawy festiwal pustych gestów, a jako miejsce, gdzie w sposób artystyczny – a zatem wykreowany – zmierza się do tego, żeby wspólnie z widzami odkrywać na nowo rzeczywistość, świat, detale, ruchy, słowa. Zatem w ostatecznym rozrachunku prawdziwy teatr zbiega się z prawdziwym życiem, bo zbiegają się intencje przyświecające twórcom teatru i tym, którzy poszukują prawdy i tego życia bardziej. ?
***

Przypisy