Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

7 lipca 2016

Pokażę wam JA

11

Nigdy nie zasypia. Niczym GPS prowadzi nas przez życie. Każe nam myśleć, że jesteśmy najlepszymi z ludzi. I żeby tego dowieść, ma tysiące sposobów. Bywa też źródłem udręki. Wypełnia nas zgiełkiem krytycznych głosów.Im bardziej jest kruche, tym mocniej przesłania nam świat.

Gdyby Ja nie było, nasze życie przypominałoby pamiętnik Janiny Turek, z domu Gurtler. Jako dziecko marzyła, by skończyć farmację, ale nim zdała maturę – wybuchła wojna. Wyszła za mąż, pracowała jako sekretarka i księgowa, zajmowała się domem i trójką swoich dzieci. Lubiła grać w brydża.
Kto by przypuszczał, że ta sympatyczna, na pozór niczym niewyróżniająca się mieszkanka Krakowa, bohaterka reportażu Mariusza Szczygła, ukrywa tajemnicę, która do dziś prosi się o wyjaśnienie.

Kiedy zmarła, jej córka znalazła w szafie 700 zeszytów zapisanych maczkiem. Odkryła, że matka przez 57 lat prowadziła pamiętnik, jedyny w swoim rodzaju. Policzyła w nim wszystko, co się jej zdarzyło. Wiemy, ile razy odebrała telefon – blisko 40 tysięcy razy, ale nie wiemy, co usłyszała, o czym rozmawiała. Zapisała, ile dostała prezentów – 10 tysięcy, lecz ani słowa o tym, czy ją ucieszyły. Zanotowała skrupulatnie wszystkie przyjęcia, wycieczki, tańce, przedmioty znalezione, listy, lektury, wizyty przyjmowane, wizyty składane, śniadania, obiady i kolacje.

W tym bilansie życia spisanym przez Janinę Turek zabrakło tylko jednego: jej samej. Pozostały fakty, drobiazgi z życia.
Jolanta Brach-Czaina, filozof, w Szczelinach istnienia pisze: „Nie można godzić się na rolę nieświadomego wyrobnika czynności egzystencjalnych. I w obronie własnej trzeba ścigać sens codzienności jak przestępcę”. Ale tym, kto ściga ten sens, jest właśnie Ja. To ono sprawia, że nasze spostrzeżenia, wrażenia, myśli i odczucia układają się w całość, zyskują znaczenie.

Janina Turek właśnie Ja usunęła ze swego pamiętnika z precyzją chirurga. Pod datą 23 marca zanotowała „Brydż u Janiny (Aćki) Turek przy ul. Parkowej”. Czyli u niej!
Jak to możliwe, że ustawiła się obok siebie, niczym beznamiętny świadek własnego życia? Dla[-]czego?
„Ja, ja, ja – jakie to męczące” – pisał Emil Cioran, rumuński filozof. Może właśnie przed tym broniła się Janina Turek.Przed natrętnym jaizmem?

Udręka Ja
Jak pokazały eksperymenty Gordona Gallupa, już dwuletnie dzieci, przeglądając się w lustrze, rozpoznają siebie. I próbują zdjąć kropkę, którą podczas snu przyklejono im na czole – wiedzą, że to coś obcego. W tym czasie zaczynają używać zaimków osobowych: ja, moje, mnie. W świadomości pojawia się Ja i przeciwstawia się całemu światu. Stopniowo przejmuje kontrolę nad naszym życiem.

Przynajmniej tak mu się wydaje. Bez niego nie moglibyśmy planować, stawiać sobie celów, dokonywać wyborów i powstrzymać się od różnych pokus. Ja niczym GPS
prowadzi nas przez życie.

Ale bywa też źródłem udręki. Jesteśmy jedynymi stworzeniami, jak zauważa Roy Baumeister, psycholog społeczny z Florida State University, które choć najedzone i bezpieczne, często bywają nieszczęśliwe. Dlaczego tak się dzieje? Bo, jak pisze Mark Leary w książce pod znamiennym tytułem The Curse of the Self (Przekleństwo jaźni), świadomości własnego Ja towarzyszą ciągłe porównania z innymi, niepewność i obawy o własną reputację. Żyjemy w zgiełku wewnętrznych głosów, wykrzykujących zwykle coś niekorzystnego o nas: znowu się spóźniłam!, Czemu na niego nakrzyczałam?, Za mało się troszczę, Za dużo mówię... i tak bez końca.

„Rzeczy nie są dobre czy złe same w sobie. Są takie, jakimi nam się wydają” – mówi szekspirowski Hamlet. A nasze Ja często wydaje nam się niedoskonałe. Bo wciąż nie dorasta do własnych oczekiwań.

Czasem chcielibyśmy od siebie uciec. Próbujemy tego na wiele sposobów – rzucamy się w wir zajęć, hucznych imprez, odcinamy samoświadomość alkoholem, otaczamy się ludźmi, włączamy radio, telewizor. Wszystko, byle tylko przypadkiem nie zostać ze sobą sam na sam. Samoświadomość boli, szczególnie gdy zdarzyło się coś, co źle o nas świadczy. W eksperymencie Roberta Wicklunda, amerykańskiego psychologa, badanym mówiono, jak wypadli w teście. Gdy na ścianie przed nimi wisiało lustro, na wieść o porażce pod byle pretekstem jak najszybciej uciekali z pokoju.

Jednak niełatwo uciec przed sobą. Tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo zanurzeni jesteśmy we własnej perspektywie. Dowód? Narysujmy sobie na czole literę D. W którą stronę ma brzuszek? Czy kreślimy literę tak, by mogli ją odczytać inni, czy raczej z własnej perspektywy? Richard Wiseman, psycholog zajmujący się zaskakującymi zjawiskami życia codziennego, traktuje to ćwiczenie jako wskaźnik self-monitoringu, czyli tego, w jakim stopniu uwzględniamy oczekiwania innych ludzi.
Egocentryczne skrzywienie zademonstrowała w 1990 roku studentka psychologii Elizabeth Newton. Prosiła uczestników eksperymentu, by wystukali rytm jakiegoś znanego im przeboju. Wystukiwali i byli przekonani, że co najmniej połowa słuchaczy rozpoznała, jaki to utwór. W rzeczywistości odgadli tylko nieliczni, zaledwie 3 proc.! Egocentryczne skrzywienie jest źródłem wielu nieporozumień. Bo ja wiem, co chcę powiedzieć, i dziwię się, że ty opacznie mnie rozumiesz. Jakże często przekonujemy się, że to, co dla nas jest oczywiste, dla innych pozostaje nieczytelne.

Ja kieruje naszą uwagą i pamięcią. To dlatego na fotografii patrzymy głównie na swoją podobiznę. Na przyjęciu w największym gwarze usłyszymy, gdy ktoś w drugim krańcu pokoju wymówi nasze imię. Tak zwany efekt cocktail party dowodzi, że Ja jest stale, chronicznie wręcz dostępne. Nigdy nie zasypia, zawsze tli się na obrzeżu naszej świadomości, gotowe natychmiast zareagować.

Moje mojsze

Wszystko, z czym Ja ma kontakt, staje się cenniejsze tylko dlatego, że do mnie należy. Mój fotel, moja książka, mój ulubiony widok stają się częścią Ja i przez to zyskują szczególną wartość. Przed laty Daniel Kahneman, psycholog i ekonomista, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, rozdał studentom Cornell University kubki warte 6 dolarów i pozwolił nimi handlować. Chciał analizować wartość transakcji, ale ze zdumieniem stwierdził, że do wymiany prawie nie dochodziło. Dlaczego? Bo studenci żądali za swój kubek wygórowanej ceny. Moje, więc cenne. James Wolf, zajmujący się systemami informacyjnymi w School of Information Technology na Illinois State University, dowiódł, że ten tzw. efekt posiadania pojawia się mimowolnie, i w okamgnieniu. Wystarczy, że coś na chwilę trafi w nasze ręce. W oczekiwaniu na aukcję studenci mogli potrzymać w dłoni kubki, które za chwilę miały być licytowane. Ci, którzy trzymali kubki przez 30 sekund, kupowali je potem za wyższą cenę niż ci, którzy mieli je w dłoni krócej, tylko przez 10 sekund. William James, amerykański filozof i psycholog, pisał przed ponad stu laty, że granice Ja mogą rozszerzać się dowolnie na wszystko to, co z jakichś powodów nazwiemy „swoim” i z czym się identyfikujemy. Mój kubek, moje miasto, mój naród. A jeśli mój, to wydaje się lepszy od innych narodów. Psycholog społeczny Henri Tajfel dowiódł, że wystarczy, by obcy sobie ludzie pod jakimkolwiek pretekstem podzielili się, np. na zwolenników malarstwa Klee bądź Kandinskiego, aby grupa, do której trafili, od razu wydała się im sympatyczniejsza, bardziej twórcza niż ta druga. Tak zwany paradygmat grupy minimalnej pozwala badać przejawy faworyzacji grupy własnej.

Egocentryk bez wysiłku
Małe dzieci wierzą, że jeśli zamkną oczy, to świat znika i one znikają dla świata. Bo dla nich świat to Ja. Nie zdają sobie sprawy, jak dowiodły eksperymenty szwajcarskiego psychologa Jeana Piageta, że inni mogą widzieć coś zupełnie inaczej. Tkwią w pierwotnym egocentryzmie niczym w kokonie. Świat kręci się wokół nich. – Te dziecięce oczekiwania zostają w nas niczym grzech pierworodny. I zawsze mogą powrócić – mówi profesor Maria Jarymowicz z Uniwersytetu Warszawskiego.

Nawet gdy już wiemy, że istnieją inne punkty widzenia, najczęściej widzimy świat z własnej perspektywy. To dlatego ludzie żyjący obok siebie, uczestniczący w tych samych zdarzeniach – doświadczają czegoś innego. Ona pamięta, jak bardzo starała się zdążyć na pierwszą randkę. On zapamiętał, że już na pierwsze spotkanie przyszła nieco spóźniona. On czekał z bukietem goździków, nieba chciał jej przychylić. Ona pomyślała, jakie śmieszne goździki wybrał, i że chłodno ją przywitał.

Zdolność decentracji, umiejętność stawiania się w czyimś położeniu nabywamy już w dzieciństwie. Dzięki temu jesteśmy w stanie, przynajmniej teoretycznie, zrozumieć partnera, który wraca z pracy rozdrażniony i gdera; możemy wyobrazić sobie, jak oczekiwał awansu, jak czuje rozczarowany, że go pominięto... Aby jednak tak się stało, musielibyśmy przenieść uwagę z siebie na niego – a to wymaga i chęci, i wysiłku. Bezwysiłkowo natomiast, całkowicie automatycznie trzymamy się własnej perspektywy. I wracamy do niej, szczególnie że on gdera i burczy na mnie, a ja na to nie zasłużyłam... Kiedy jest nam przykro, gdy czujemy ból, nie jesteśmy skłonni wyobrażać sobie, co czuje partner. Tym bardziej że to on właśnie sprawia nam ból.

W warunkach zagrożenia Ja tracimy zdolność decentracji. Bo jak tu wnikać w położenie partnera, gdy mówi nam, że właśnie spotkał miłość swego życia. I nie chodzi mu wcale o nas. Jak wnikać wtedy w jego tęsknoty i w to, że jemu też jest trudno. Jak zrozumieć, co przeżywa szef, który właśnie zrugał nas bez powodu... Jest przecież powiedzenie: złamana noga innej osoby to błahostka, ale nasz złamany paznokieć to poważna sprawa.

Jeden związek, dwie opowieści
Do siebie, do własnych myśli i uczuć, pragnień i obaw mamy dostęp on-line. To na nich głównie opieramy się, wnioskując o sobie i swoich poczynaniach. Padamy ofiarą złudzenia introspekcji. Myślimy i mówimy: ja chcę dobrze, ja staram się ciebie zrozumieć, ja włożyłam tyle wysiłku, a ty co?

Intencji partnera nie widzimy, mamy dostęp tylko do jego zachowań i one są podstawą wnioskowania. Wiemy, że nie przyniósł kwiatów w rocznicę ślubu. Nieważne, że chciał, lecz zapomniał. Liczy się zachowanie, a to przypiszemy cechom drugiej osoby: zapomniał, bo taki jest, nieuważny, nieliczący się. I odniesiemy ksobnie: zapomniał o rocznicy, bo nie zależy mu, lekceważy mnie i już mnie nie kocha...

Małżeństwo to dwie różne opowieści. Różne, bo perspektywa sprawcy i biorcy, aktora i obserwatora to odmienne oglądy, dwa światy. Z perspektywy obserwatora on krzyczy, bo taki jest, niezrównoważony, nieopanowany, nieznośny – to podstawowy błąd atrybucji. Co innego, gdy ja krzyczę. Ja mam zawsze ku temu powód, bo zostałam sprowokowana.

Najdziwniejsze, że z tych błędów w ogóle nie zdajemy sobie sprawy. Hanna Brycz, profesor psychologii z Uniwersytetu Gdańskiego, przedstawiła badanym 129 uniwersalnych reguł, takich jak efekt pierwszeństwa czy aureoli. Aż 80 procent uczestników eksperymentu uznało, że oni tym regułom nie ulegają, a inni tak. Wszyscy, z wyjątkiem mnie!

Jak piszą Elliot Aronson i Carol Tavris w książce Błądzą wszyscy (ale nie ja), „W naszym mózgu znajduje się kilka martwych punktów – optycznych i psychologicznych – a jedną z jego najsprytniejszych sztuczek jest utwierdzanie nas w podnoszącym na duchu, lecz złudnym przekonaniu, że akurat my nie mamy ani jednego takiego miejsca”. Błądzą wszyscy, tylko Ja nie.

 

Władca pamięci

Gdyby uczniowie mogli w czytankach w miejsce bohaterów różnych opowieści wpisać swoje imię, zapamiętaliby te teksty dużo lepiej. Możemy patrzeć na różne słowa. I zastanawiać się – jak badani w eksperymencie T.B. Rogersa, N.A. Kuipera i W.S. Kirkera – jaką literą są napisane, z czym się rymują albo jakie mają znaczenie. Choć skupimy się na tych słowach, niewiele z nich zapamiętamy. Wystarczy jednak, że odniesiemy dany termin do siebie, odpowiadając na pytanie, czy te słowa – np. przymiotniki – nas opisują, aby zapadły nam w pamięć. Dzieje się tak dlatego, że wiedza o Ja jest najbardziej rozległa i rozbudowana, odniesienie czegoś do siebie wywołuje więcej skojarzeń, które łatwiej będzie potem przywołać z pamięci. Powiązanie informacji z Ja budzi też silniejsze emocje, a te utrwalają ślad w pamięci. Efekt odniesienia do Ja (self-reference effect) sprytnie wykorzystują reklamodawcy i adwokaci. Pierwsi w sloganach reklamowych odwołują się do Ja, na przykład reklamując zabezpieczenia przeciwpożarowe, pytają: „Czy Twoja rodzina obudzi się w porę?”. Adwokaci z kolei proszą przysięgłych, by wczuli się w sytuację oskarżonego, poczuli jego ból, lęk i niepewność. Lepsza pamięć własnych niż czyichś działań jest powodem wielu codziennych nieporozumień i w domu, i w firmie. W wielu rodzinach wciąż toczy się spór o to, kto myje talerze. Każdy z partnerów twierdzi, że to on je przeważnie myje. Każdy z nich lepiej zapamiętał to, co sam robił. Podobnie się dzieje, jeśli w pracy realizujemy zespołowy projekt. Każdy z członków zespołu uważa, że ma większy niż inni wkład w jego realizację. Pamięta bowiem dobrze swoje zadania. To, co robili inni, pamięta słabiej – pod warunkiem, że zespołowy projekt kończy się sukcesem. Bo jeśli okaże się porażką, pamięć własnego udziału słabnie. Za to dokładnie pamiętamy wtedy to, czego nie zrobili przy tej okazji inni.

Ja, najlepszy z ludzi
Ja jest poza podejrzeniami. I zawsze potrafi sobie (niekoniecznie innym) udowodnić, że jest dobre. Dobre to mało powiedziane – lepsze od innych. Aż 94 proc. nauczycieli akademickich uważa, że ma ponadprzeciętne umiejętności przekazywania wiedzy; aż 60 proc. studentów pod względem kompetencji społecznych lokuje siebie w górnych 10 proc. najbardziej uzdolnionych. Większość z nas uważa, że jest ponadprzeciętnie inteligentna i urodziwa. Kierowcy (na pewno panowie, niekoniecznie panie) uważają, że świetnie prowadzą samochód; takiego zdania są także ci, którzy leżą w szpitalu z powodu kolizji, którą spowodowali. Biznesmeni wychwalają swoją uczciwość.

Zachowujemy się, j...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy