Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rodzina i związki , Praktycznie

2 grudnia 2015

Symbiotycznie połączeni

5

Bycie od kogoś zależnym i bycie autonomicznym to dwie strony medalu, dwa końce kija. Całkowita niezależność niestety zwykle wiąże się z pustką i samotnością. Istnieje też patologiczna zależność. Na przykład od życiowego partnera.

Gdy mąż zagroził Aleksandrze rozwodem, postanowiła poszukać pomocy u terapeuty. Panicznie bała się porzucenia. Trzydziestosześcioletnia mama dwójki dzieci do tej pory zajmowała się przede wszystkim domem. Nie miała wielu przyjaciół, w ciągu dnia spotykała się jedynie z matką i starszą siostrą. Kiedy wieczorem mąż wracał z pracy, Aleksandra spędzała z nim każdą chwilę. Gdy między małżonkami pojawiała się sporna kwestia, od razu stawała się potulna. Ustępowała, pozwalała mężowi przejąć inicjatywę, podejmować wszelkie decyzje.

Takie jej zachowanie nie uszczęśliwiało męża. Czuł się obarczony odpowiedzialnością za całą rodzinę, za każdy aspekt wspólnego życia. To, że potulna żona „starała się go zagłaskać na śmierć”, wcale mu nie pomagało. Zasugerował jej, by poszła na kurs, podniosła swoje kwalifikacje, znalazła coś, w czym mogłaby się spełniać. Czuł, że w przeciwnym razie nie zniesie już ich relacji.

Chcę być przy tobie

Słownik języka polskiego podaje, że określenia zależny(a) używa się, by opisać zjawisko lub sytuację „występującą pod pewnymi warunkami” albo „pod czyjąś władzą
lub dużym wpływem”. Wyraz zależny(a) można również zastąpić innymi określeniami: uwarunkowany, uzależniony, niesamodzielny.

Z kolei czasownik zależeć oznacza zarówno „być uwarunkowanym czymś”, jak i „potrzebować, pragnąć”. Gdy zatem mówimy: „Zależy mi na tobie”, wyrażamy z jednej strony więź z odbiorcą komunikatu, pewnego rodzaju podporządkowanie, ale także pragnienie, by być blisko niego.

Osoba uzależniona od partnera lub kogoś innego pozostaje z nim w silnym związku i potrzebuje z jego strony nieustannego wsparcia, rad i aprobaty. Jeśli potrzeba zależności przyjmie patologiczną formę, mówimy o osobowości zależnej, osobowości symbiotycznej. Stephen M. Johnson, amerykański filozof i psychoterapeuta, pisze w swojej książce (pt. Osobowość symbiotyczna), że mamy z nią do czynienia, gdy granica między „ja” a obiektem przywiązania ulegnie zatarciu, gdy tożsamość osoby pragnącej ciągłego oparcia w innym człowieku „przesiąka” opiekunem.

Człowiek o osobowości symbiotycznej podobnie jak Aleksandra kurczowo trzyma się osoby, która otacza go nieustanną opieką, podporządkowuje się wszystkim jej życzeniom, chcąc zapobiec w ten sposób porzuceniu. W głębi duszy takie osoby uważają się za bezradne, głupie i niezdolne do samodzielności. Co więcej, towarzyszy im ciągły lęk, że zostaną przez swojego „opiekuna” opuszczone. A w sytuacji, gdy obawa ta wydaje się bardziej realna, zamykają się w sobie, ogarnia je przygnębienie i napięcie, a ich samoocena dramatycznie spada. Osoby z osobowością zależną mówią: „Zależy mi na tobie”, a tak naprawdę krzyczą: „Bez ciebie zginę!”.

Nadopiekuńczy rodzice

Robert F. Bornstein, profesor psychologii z Gettysburg College, autor książki The Dependent Personality, główną rolę w rozwoju osobowości zależnej przypisuje nadopiekuńczości i nadmiernej troskliwości rodziców, zaspokajaniu przez nich wszelkich potrzeb dziecka i aktywnemu zniechęcaniu go do samodzielności. Podczas pierwszych kilku miesięcy życia dziecko przywiązuje się do osób, które dostarczają mu jedzenie i usuwają źródła niemiłych doznań. Jeśli opieka sprawowana jest prawidłowo, między dzieckiem a opiekunami rodzi się więź, której podstawą jest zaufanie. W dziecku rozwija się też przekonanie, że świat jest bezpiecznym miejscem, które zaspokaja jego podstawowe potrzeby – także emocjonalne. Potem, gdy maluchy zaczynają się poruszać, rozwijają własną niezależną aktywność, w tym związaną z nią silną potrzebę eksploracji. Gdy tylko nauczą się raczkować, z chęcią wypuszczają się na krótkie wycieczki, by poznawać otoczenie. Opiekunów traktują wtedy jak bezpieczną bazę, do której można wrócić po ochronę i zapewnienie, że wszystko jest w porządku.

Jednak niektórzy rodzice nie pozwalają swemu dziecku na niezależny rozwój. Zamiast dać mu „wolną rękę” w rozwijaniu ciekawości i aktywności, czynią wszystko, by sprostać jego zachciankom, nieprzerwanie przejmując się jego wygodą i komfortem. Rzadko spuszczają swą pociechę z oczu, bojąc się, że naturalne wyzwania związane z dorastaniem – choćby nauka jazdy na rowerze czy zabawa na drabinkach – nieuchronnie doprowadzą do jej krzywdy. Swoją postawą niszczą w dziecku potrzebę eksploracji – w zamian podając mu świat na tacy. Maluch bywa do tego stopnia rozpieszczony, że zwyczajnie nie ma powodu, aby rozwijał umiejętności, które mógłby wykorzystać poza mikrokosmosem stworzonym przez opiekunów. W efekcie nie nabywa doświadczenia, które jest konieczne do osiągnięcia dojrzałości psychicznej – normalne etapy rozwojowe rozciągają się u niego w czasie. Ostatecznie w życiu dorosłym osoby zależne nie potrafią na przykład samodzielnie opłacić rachunków, nie są w stanie utrzymać żadnej pracy, gdyż ich szkolenie praktycznie nigdy się nie kończy, a przez to nie zdobywają odpowiednich kwalifikacji zawodowych.

Będąc wciąż pod ochroną rodziców, przekonują się, że sami są bezradni, niekompetentni, niesamodzielni i że bez pomocy z zewnątrz nie przeżyją w tym nieprzyjaznym, pełnym zagrożeń świecie. Z czasem bezradność przestaje być jedynie przeczuciem czy wrażeniem, a staje się elementem obrazu siebie.
Bardzo silna więź z opiekunem skutkuje też trudnościami w procesie tworzenia się poczucia tożsamości. Według teorii relacji z obiektem, reprezentowanej na polskim gruncie przez psychoterapeutkę Marię Sokolik, na poczucie tożsamości składają się: poczucie odrębności od otoczenia, a więc zdolność rozróżnienia tego, co przynależne i nieprzynależne do „ja”, poczucie ciągłości własnego „ja” pomimo upływu czasu i zmian, jakie w człow...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy