Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rodzina i związki , Praktycznie

11 stycznia 2016

Ucieczka w samotność?

7

Socjologowie przewidują, że do 2030 roku nawet 7 milionów Polaków wybierze życie w pojedynkę. Psychologowie zastanawiają się, co jest powodem takiej decyzji: „moda” na niezależność czy desperacka ucieczka przed ewentualnymi zranieniami?

Ona jest piękną blondynką, on przystojnym brunetem – niezależni trzydziestolatkowie, którzy kochają życie w pojedynkę. Julie i Jason, bohaterowie amerykańskiego filmu „Single od dziecka”, tworzyliby świetną parę, ale... od życia w związku odstrasza ich to, co dzieje się w związkach przyjaciół. Zwłaszcza gdy pojawia się dziecko. Koniec z romantycznymi wycieczkami w weekend, spontanicznym seksem, wolnością. Proza życia zabija uczucie nawet w najbardziej zakochanych parach. Julie i Jason dochodzą do wniosku, że lepiej żyć oddzielnie i samodzielnie, choć z drugiej strony chcieliby też zostać rodzicami. Decydują się więc na pewien eksperyment – postanawiają mieć ze sobą dziecko, ale tylko ono ma ich łączyć, bo nadal chcą być singlami...
Ten filmowy scenariusz nie odbiega zbyt daleko od rzeczywistości. Obawy bohaterów filmu towarzyszą milionom singli. Bliski związek z drugim człowiekiem kojarzy im się z doznawaniem krzywdy, braniem nadmiernej odpowiedzialności za drugą osobę, z poświęceniem i rezygnacją z własnych potrzeb. Gdzie jest źródło takich lęków i przekonań?

Taktyka czy strategia?

Życie w pojedynkę jeszcze do niedawna było pewnym piętnem. Osobom mieszkającym samotnie przypisywano cechy, z powodu których potencjalni partnerzy/partnerki nie byli zainteresowani ich towarzystwem: „pewnie ma trudny charakter”.
Przez lata całe dominowało przekonanie, że Elliot Aronson miał bezwzględną rację, nadając swojemu sztandarowemu dziełu tytuł Człowiek – istota społeczna. Nie kwestionowano założenia, że człowiek potrzebuje innych, bo sam czuje się nieszczęśliwy. Psychologowie społeczni wskazują na ewolucję życia społecznego, jaka zaszła w ostatnich dekadach. Życie solo nie jest już traktowane jak „wyrok losu”, ale jako efekt wolnego wyboru, lokującego singli w grupie osób nowoczesnych.
Poza tym im większą skalę ma dane zjawisko, tym łatwiej uznać je za normę. Dane Głównego Urzędu Statystycznego wskazują, że w ostatnich latach co czwarte gospodarstwo domowe prowadzi jedna osoba, a wiek zawierania małżeństw znacznie się podniósł – u kobiet do 26, zaś u mężczyzn do 28 lat. Coraz więcej młodych ludzi deklaruje, że życie w pojedynkę nie jest ich tymczasową taktyką („aż sobie kogoś znajdę”), ale życiową strategią („jestem sam/sama, bo tak chcę”).
Taką deklarację często słyszymy od osób podejmujących świadomy wysiłek w kierunku pracy nad sobą na drodze psychoterapii. Doświadczenie pracy terapeutycznej z młodymi ludźmi z rodzin dysfunkcyjnych może wskazywać, że życie solo jest po prostu jedną z metod poradzenia sobie z toksycznym dziedzictwem, wyniesionym z rodzinnego domu.

Gdy rodzina „nie działa”

Wielu singli to tzw. DDD – dorosłe dzieci z rodzin dysfunkcyjnych (termin ten nawiązuje wprost do DDA, terminu używanego od wielu lat na określenie dorosłych dzieci alkoholików). Rodzina dysfunkcyjna (nazywana też dysfunkcjonalną) może być dotknięta nie tylko problemem alkoholowym, ale także innymi problemami, wokół których koncentruje się życie rodzinne. W rodzinie funkcjonalnej czy mówiąc prościej: funkcjonującej normalnie wszyscy jej członkowie mogą się rozwijać. Rodzice przeżywają w niej kolejne etapy swojego życia, czerpiąc od siebie nawzajem wsparcie, którego oboje udzielają też dzieciom, stwarzając im warunki do pełnego, bezpiecznego rozwoju. Biorą odpowiedzialność za siebie i za swoje dzieci. Tworzą i refleksyjnie modyfikują spójną mapę granic i wartości, służącą im i dzieciom jako drogowskaz, bezpiecznie prowadzący przez życie. Dzieci znajdują się w centrum rodzicielskiej uwagi. Rodzice sowicie obdarzają je miłością, uwagą, troską, dbają o zaspokojenie ich potrzeb, wspierają w rozwoju i poszukiwaniu własnej drogi.

Rodzina dysfunkcyjna nie służy niczyjemu rozwojowi. Podtrzymuje jedynie własne istnienie i chroni dorosłych przed koniecznością skonfrontowania się z ich nierozwiązanymi problemami i chaosem wartości. Najczęstsze problemy w rodzinach dysfunkcyjnych to alkoholizm rodziców, przemoc, uzależnienia od leków, narkotyków, pracy, hazardu i całe spektrum zachowań związanych z tym, że rodzice nie potrafią wziąć odpowiedzialności za życie i rozwój własny i dzieci.
W rodzinie dysfunkcyjnej przynajmniej jedno z rodziców boryka się z jakimś nierozwiązanym problemem, drugie zaś wciąż robi wszystko, aby partnera/partnerkę kontrolować i uchronić przed przykrymi konsekwencjami tego problemu.

Niestety, taka sytuacja jest toksyczna dla obojga i często prowadzi do współuzależnienia. Rodzic uzależniony od toksycznych zachowań partnera jego właśnie obdarza całą troską i uwagą – której już nie wystarcza dla dzieci. Życie małżeńskie przypomina w takich wypadkach ring bokserski, ciągłą walkę. Rozwój własny i dzieci przestaje być ważny.

Rozczarowani bliskością

Młodzi ludzie mający za sobą doświadczenie dorastania w rodzinie dysfunkcyjnej nierzadko przez całe lata zamiast miłości, uwagi i troski otrzymują odrzucenie, zamiast zaspokojenia potrzeb – życie w ciągłym zagrożeniu, wstydzie i poczuciu winy. Zamiast norm i zasad – sprzeczne i nierealistyczne oczekiwania. W efekcie mają problemy z formowaniem własnej tożsamości i poczucia wartości. Tracą kontakt ze swoimi uczuciami i potrzebami.

Dorastające w takiej rodzinie dziecko – a potem nastolatek i młody dorosły – dochodzi do wniosku, że bycie w bliskości oznacza nieustanne, i najczęściej nieudane, próby kontrolowania zachowań drugiej osoby – na przykład powstrzymania jej przed piciem alkoholu, niedopuszczania do upicia się i próby uniknięcia awantur. Rodzic – opiekun uzależnionego współmałżonka stara się wziąć za niego odpowiedzialność, ochronić go. Zamiast wdzięczności i zaufania otrzymuje pretensje i odrzucenie. Dzieci w rodzinie dysfunkcyjnej przez całe dzieciństwo i okres dorastania próbują zbliżyć się do rodziców, ale próby te kończą się rozczarowaniem, bo rodzice obwiniają je i obarczają nieadekwatnymi oczekiwaniami („ty mi wynagrodzisz moje życiowe nieszczęścia”). Trud uzyskania czyjejś akceptacji wydaje się jałowy, a obserwowane i podejmowane samodzielnie próby bycia blisko kończą się porzuceniem, oszukaniem i wykorzystaniem. Dziecko uznaje więc, że lepiej jest żyć osobno, w pojedynkę.
Lęk przed odrzuceniem może zdominować nasz świat emocjonalny. Osoby dorastające w rodzinach dysfunkcyjnych widzą, że są dla rodzica mniej ważne, niż wspólna wódka z kolegami, zadowolenie szefa w pracy czy własny nastrój. Nabierają przekonania, że dla nikogo nie są dość ważne i zawsze mogą zostać porzucone. Wówczas pozostawanie samemu pozwala pielęgnować marzenie o idealnym związku, a zarazem chroni przed przeżyciem kolejnej porażki.

Rodzina dysfunkcyjna tworzy system iluzji i zaprzeczeń po to, by uniknąć konfrontacji z realnym światem ludzkich potrzeb, uczuć, zachowań czy wręcz zdarzeń mających miejsce w rodzinie. W myśl zasady „nienazwane nie istnieje” przemilcza się problemy. Dziecko w takiej rodzinie uczy się nie przyznawać się samemu przed sobą do swoich odczuć i potrzeb. Kontakt z własnym wnętrzem jest bolesny, a często także karany.

Konsekwencją braku kontaktu z własnymi uczuciami i potrzebami jest nieumiejętność nazywania uczuć i potrzeb w relacjach z innymi ludźmi. To powód, dla którego relacje – szczególnie te bliskie, a więc dla DDD zagrażające – przypominają pływanie w mętnej wodzie. Niby ze sobą jesteśmy, ale o tym nie mówimy. Nie padają żadne deklaracje, nikt za nic nie bierze odpowiedzialności. Żadna ze stron nie podejmuje wysiłków zmierzających do budowania zdrowej relacji, bo po co inwestować,...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy