Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

21 marca 2016

Wahając się do celu

1

Nie lubimy sprzeczności. Niesłusznie. Choć nieprzyjemne, kryją w sobie ważne rozwiązania. Chronią przed błędnym krokiem. Zamiast od nich uciekać, lepiej zobaczyć, dokąd nas poprowadzą - przekonuje Agnieszka Popiel.

Dr Agnieszka Popiel jest lekarzem psychiatrą, adiunktem w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Od wielu lat zajmuje się psychoterapią poznawczo-behawioralną. Jest licencjonowanym terapeutą Società Italiana di Terapia Comportamentale e Cognitiva, posiada certyfikat psychoterapeuty poznawczo-behawioralnego oraz certyfikat superwizora-dydaktyka PTTPB. Jest kierownikiem klinicznym programu terapii zespołu stresu pourazowego u uczestników wypadków komunikacyjnych „TRAKT”, realizowanego we współpracy z Interdyscyplinarnym Centrum Genetyki Zachowania Uniwersytetu Warszawskiego.

Dorota Krzemionka: – „I chciałabym, i boję się” – czy Pani miewa takie momenty?
Agnieszka Popiel: – Oczywiście. Nie znam nikogo, kto nie przeżywałby takich wahań. Za każdym razem, gdy podejmujemy decyzję albo wyrażamy opinię, pojawia się ambiwalencja – przykry stan, z którym chcemy się uporać jak najszybciej. Stan niepożądany.

Niepożądany? Eugen Bleuler, psychiatra, który jako pierwszy opisał schizofrenię, twierdził, że ambiwalencja jest jednym z głównych objawów tej choroby...
– Bleuler zauważył, że cierpiący na schizofrenię jawnie wyrażają ambiwalencję. Pacjent uwikłany jest w sprzeczność, ale nie dokonuje syntezy. Odczuwa sprzeczne uczucia i nic z tym nie robi.

Dlaczego?
– Z biologicznego punktu widzenia wiąże się to między innymi z nadmierną aktywnością układu dopaminergicznego. Sprawia ona, że pojawiają się trudności w selekcji bodźców i nadawaniu im znaczenia. Wszystko staje się równie ważne. Ten stan prowadzi do olbrzymiego niepokoju.

Ale wszyscy doświadczamy niepokoju i sprzeczności. Gdzie jest granica między normą a patologią?
– Po pierwsze: wyznacza ją nasz dyskomfort – to, jak bardzo z powodu sprzeczności cierpimy. Po drugie: trudności, jakich doświadczamy w funkcjonowaniu. Kiedy na skutek naszych wahań zaczynamy tracić różne ważne dla nas rzeczy, zwykle staramy się coś z tym zrobić. Istnieją różne strategie pozwalające uniknąć nieprzyjemnego stanu ambiwalencji.

Jakie?
– Przede wszystkim unikanie. Ludzie starają się nie konfrontować z bodźcem, który przypomina o sprzecznych tendencjach i uczuciach, ignorować go. To dlatego niektórzy ludzie – często młodzi – sprawiają wrażenie, że im „wszystko wisi”, że jest im wszystko jedno. Ale im nie jest wszystko jedno – oni po prostu cierpią. Podobnie jak pacjenci, o których kiedyś mówiono, że są „niezmotywowani” do terapii. Niesłusznie, ten brak motywacji często jest właśnie wyrazem ambiwalencji. Czasem stan sprzeczności między tym, co myślimy, jak chcielibyśmy żyć, kim być, a tym, co widzimy wokół sprawia, że wolimy zamknąć się w czterech ścianach. Staramy się unikać pewnych tematów i kontaktów. Drogą do tego może być też alkohol czy narkotyki. Bywają też sposoby unikania trudne do
uchwycenia.

Na przykład?
– Odwracanie uwagi. Zdarza się, że podczas terapii omawiamy trudne wydarzenie życiowe i osoba miałaby możliwość przyjrzenia się swym emocjom, a tu nagle zaczyna obserwować chmury za oknem albo drzewa. Na pytanie: czy coś czuje – mówi: „nie, wszystko w porządku”. Albo rozmawia na ten temat, ale bez emocji, nie rozpoznaje ich w sobie, nie doświadcza.

Niektórzy nie unikają emocji, przeciwnie – bez przerwy zamartwiają się wszystkim...
– To też może być sposobem unikania emocji. Thomas Borkovec, badacz lęku uogólnionego, sformułował koncepcję „martwienia się jako sposobu unikania emocji”. Jego badania pokazują, że osoby z lękiem uogólnionym cały czas wymyślają scenariusze zdarzeń, ale takie literackie, które różnią się od wyobrażeń. Gdy wyobrażamy sobie coś emocjonującego, serce zaczyna nam bić szybko, aktywizuje układ współczulny i prowadzi do odczucia emocji. A jeśli wciąż myślimy: „co będzie, jeśli...” na przykład przyjmiemy ofertę nowej pracy albo wyjdziemy za mąż, to w ten sposób hamujemy odczuwanie wzbudzenia i trzymamy emocje pod kontrolą. Nie dopuścimy do tego, żeby choć przez chwilę wyobrazić sobie tę sytuację i poczuć związane z nią emocje.

Czyli zatupujemy myślami nasze odczuwanie. Niezależnie jednak od tego, jaką strategię stosujemy – unikając problemu, nie rozwiążemy go...
– Tak, problem zostaje. Nie rozwiążemy sprzeczności poprzez unikanie. Życie nieuchronnie skonfrontuje nas z tym, czego próbujemy unikać. A próbując unikać różnych sytuacji, zawężamy sobie pole działania. Nasze życie kurczy się.

Jak jeszcze można radzić sobie z ambiwalencją?
– Czasem dokonujemy wyboru na zasadzie „raz kozie śmierć”. Albo, częściej, próbujemy uporać się ze sprzecznością, analizując sytuację racjonalnie i dokonując syntezy tak, by zająć odpowiednie stanowisko.

Czy chłodna racjonalność może osłabić lęk?
– Tak. Dzięki niej jesteśmy w stanie dostrzec, czy nasze wyobrażenia nie są przesadne. Bo zdarza się, że skupiamy się na drobnej rzeczy i robimy z niej wielkie wydarzenie. Ale jeśli problemowi przyjrzymy się dokładniej, zyskamy szansę na jego urealnienie. Przyglądając się, możemy też zobaczyć, czego tak naprawdę się boimy. Wiele osób nie dociera do tego etapu. Na przykład osoby z napadami paniki nie zastanawiają się, co je przeraża. Sama myśl o lęku je przeraża: zaczyna im walić serce, mówią „nie powiem tego, to jest straszne, boję się, że umrę albo dostanę zawału”. „Boję się” blokuje nas przed wzięciem problemu na warsztat i przekonaniem się: czego chciałabym, jaki to jest cel, jakie są tego plusy, co mnie powstrzymuje w jego osiągnięciu, jakie są koszty tego, czego bym chciała.

Czy wystarczy wziąć kartkę papieru, podzielić ją, wypisać wszystkie plusy i minusy? Mnie to nie pomaga. Dlaczego?
– Wszystko zależy od tego, co na tej kartce uwzględnimy. Bywamy selektywni w dostrzeganiu plusów. Na przykład dostrzegamy zyski ekonomiczne, organizacyjne, ale nie uwzględniamy tego, co jest dla nas ważne i przyjemne, bo rozładowuje nasze negatywne emocje. Kartka jest świetną techniką autoterapii pod warunkiem, że obejmuje nasze pragnienia, wszystko to, co nas wzmacnia, co po prostu lubimy, to, z czego trudno byłoby nam zrezygnować – choć trudno nam się do tego przyznać. Staramy się być sami przed sobą zbyt racjonalni, a ważne jest, by uwzględnić całość, także koszty. Jakieś rozwiązanie może nam się wydawać fantastyczne, ale jego koszty mogą być ogromne.Wspaniale byłoby rzucić palenie albo schudnąć, ale jeśli palę od wielu lat albo objadam się czekoladą i z tym wiąże się przyjemność, to jaką mam możliwość zmiany tego? Nie działają tu przykłady osób, którym się udało, ani wizja, jak wspaniale byłoby nie palić lub schudnąć, bo w głębi ducha czujemy, że mamy mało możliwości, by powstrzymać się od zapalenia papierosa. Czy wobec tego chcemy wzmocnić w sobie tę umiejętność, która doprowadziłaby nas do tej ważnej rzeczy? I co musiałoby się stać, żeby ta umiejętność zaistniała? Trzeba to uwzględnić po stronie kosztów.
Można też, jak robią to terapeuci, dostrzec możliwości zmiany poprzez zdanie sobie sprawy z rozbieżności między tym, w czym tkwimy, a do czego chcielibyśmy dojść. To pierwszy krok, by wyjść z ambiwalencji.

Chciałabym... na przykład podjąć super pracę, wyjść za mąż, ale waham się, bo nie mam pewności, czy się w pracy odnajdę, czy poślubiony mężczyzna będzie wierny...
– Niepewność budzi lęk. Ale czy na pewno chcielibyśmy żyć w świecie, gdzie wszystko jest przewidywalne? Czy istniałaby radość z poznawania człowieka i planowania wspólnego bycia razem, gdybyśmy wszystko z góry wiedzieli? Gdybyśmy mieli gwarancję, jak będzie wyglądał każdy nasz dzień? Jeśli spojrzymy na to z tej perspektywy – niepewność staje się dość atrakcyjna. A poza tym skoro i tak niewiele możemy z tym zrobić, to może zaakceptujemy tę odrobinę niepewności... Inaczej będziemy walczyć z nią jak błędny rycerz, bez szans na zwycięstwo. Bo co wyniknie z uporu: Panie Boże, dopóki mi nie powiesz, jak będzie, to nie podejmę tej decyzji...

Różni ludzie krańcowo różnie znoszą tę dozę niepewności...
– Rzeczywiście. Są wśród nas poszukiwacze nowości, którzy wręcz kochają niepewność. Bez niej źle się czują. Są także osoby wysokoreaktywne albo – według innych koncepcji – bardziej neurotyczne. Natura wyposażyła je w zdolność dzielenia włosa na czworo. U nich proces analizowania jest dłuższy, mają większą tendencję do reagowania niepokojem na niepewne sytuacje, częściej doświadczają ambiwalencji. Z kolei ci, którzy nie doświadczają ambiwalencji, mają inny kłopot: działają, nie przewidując konsekwencji. Brak im czynnika motywującego, by to przeanalizować. Tymczasem nasze ambiwalentne uczucia mogą być zwiastunem słusznego przeczucia, że łatwo nie będzie. I dobrym sygnałem, by się zastanowić.

Ambiwalencja jest więc także buforem przed zbyt impulsywnym angażowaniem się.
– Tak, gdyby nie ambiwalencja, bylibyśmy intelektualnie bezwolni i pozbawieni motywacji do znajdowania dobrych i lepszych rozwiązań. Niech zatem żyje ambiwalencja! Dzięki niej zdobywamy kolejne stopnie wtajemniczenia w analizowaniu, w wyborach, w poznawaniu siebie.

Niektórzy doświadczają permanentnie ambiwalencji, ale wcale lepiej nie poznają siebie, nie czerpią z niej korzyści...
– Być może dlatego, że mają gruntowne lecz sprzeczne przekonania dotyczące ich samych i innych ludzi – jacy powinni być. Jeśli jestem przekonana, że mam defekt i nie sposób mnie pokochać, a zarazem miłość jest dla mnie najważniejsza w życiu i bardzo pragnę, by wszyscy mnie kochali, to jak można to połączyć?

Psychologicznie nie ma tu sprzeczności, bo im mniej czujemy się warci, tym bardziej potrzebujemy akceptacji innych ludzi...
– To prawda, ale na skutek tego przekonania zaczynamy unikać ludzi, żeby przypadkiem nie zobaczyli naszych defektów. W ten sposób odcinamy się od tego, czego najbardziej chcemy i potrzebujemy, czyli od możliwości doznania ich akceptacji. Albo inna sprzeczność: gdy myślimy, że jesteśmy silni, ale niekiedy napotykamy problemy, wobec których czujemy się słabi. Unikamy więc sytuacji, które ujawniłyby tę sprzeczność. Nie podejmujemy różnych działań, nie próbujemy rozwiązać problemu. I czujemy się coraz bardziej bezradni. Im silniejsze jest nasze przekonanie, że jesteśmy silni, im bardziej tego jesteśmy pewni, tym większą ambiwalencję to rodzi.

Co wtedy?
– Znów poprzez analizowanie próbujemy uelastycznić nasze przekonania. Przyglądamy się im: czy wszystko jest takie straszne, jak nam się wydaje? Czy każdy musi nas zaakceptować? A co się stanie, jeśli jedna osoba nas nie polubi? Przekonujemy się, że możemy czasem okazać słabość i to wcale nie przekreśla tego, że ogólnie jesteśmy dość mocną osobą.

Mogę uznać, że jestem silna, a czasem bywam słaba. Ale co wtedy, jeśli w jednym i tym samym momencie czuję dwie w zasadzie wykluczające się emocje? Kocham moje dziecko i zarazem mam ochotę je udusić. Podobnie męża. Można to pogodzić?
– Można, choć czasem utrudniają to nasze przekonania na temat tego, co to znaczy kochać. Czy miłość wyklucza doznawanie złości? Czy w prawdziwej radości nie ma okruchów smutku? Kto tak powiedział? W rzeczywistości nasze uczucia to kuchnia fusion, lody waniliowe z pieprzem, jakie poznałam w krakowskiej restauracji. Gorzej, gdy niektóre z uczuć wydają się nam radykalnie zakazane i uznajemy, że nie wolno ich odczuwać, na przykład: nie powinnam nigdy czuć złości na ukochane dziecko i mieć ochoty nim potrząsnąć. Obawiamy się niektórych emocji, uznajemy je za niebezpieczne. I próbujemy je kontrolować. Tymczasem uczucia nie są niebezpieczne, ryzykowne mogą być zachowania, które z nich wynikają.

Dopuszczenie uczuć powoduje, że słabną?
– Istnieje szansa, że nie doznamy wtedy tego niemiłego zdziwienia: jak to, ja – kochająca żona, matka – czuję złość? Czy ja go na pewno kocham, skoro czuję znudzenie, zniecierpliwienie? Chyba ze mną jest coś nie tak albo z naszym związkiem. Można dać sobie prawo do tego, by czasem odczuwać do kochanej osoby złość albo znudzenie tym, co mówi, i okazuje się, że to wcale nie umniejsza naszej do niej miłości.

W filmie „Grubasy” Daniela Sancheza Arevalo terapeuta Enrique mówi: „Wszyscy jesteśmy pełni sprzeczności. Lepiej od nich nie uciekać. Trzeba zobaczyć, dokąd nas poprowadzą, w każdej z nich kryje się odpowiedź, której szukamy”. Nie zawsze jesteśmy na to gotowi...
– Nie ma innej drogi, aby osiągnąć jakąkolwiek poprawę w życiu. James Prochaska i Carlo DiClemente, badacze choroby alkoholowej i autorzy transteoretycznego modelu zmiany, opisują etapy prowadzące do zmiany zachowań. Na początku mamy fazę prekontemplacji – gdy inni mówią nam, że za dużo pijemy albo za dużo pracujemy, a my nie uważamy tego za nasz problem. Jest to faza ambiwalentnego zmagania się z dostrzeżeniem problemu. Bronimy się przed tym. W fazie drugiej dopuszczamy myśl, że mamy problem, rozważamy już możliwość zmiany zachowań, jednak nadal jesteśmy ambiwalentni. Stosujemy różne uniki, wahamy się z podjęciem decyzji, by to zmienić. Doświadczenie tych wahań, przeciwstawianie wszelkich „za” i „przeciw”, analizowanie ryzyka porażki i prawdopodobieństwa osiągnięcia celu w końcu prowadzi do decyzji na „tak”. Bez doświadczenia ambiwalencji trudno wprowadzić zmiany i osiągnąć poprawę w życiu.

A zatem jeszcze raz: niech żyje ambiwalencja?
– Umiarkowana!?
 

Przypisy