Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , Praktycznie

20 marca 2018

Z sercem ryby

4

Stojąc na pokładzie łodzi rybackiej, czułam się taka mała, czasami żałosna, ale wciąż pełna życia i prawie niezniszczalna.

Daria Grabda: Ufa Pani życiu?
Catherine Poulain: Nie bardzo. Ja kocham życie.

O czym marzyła Pani w dzieciństwie?
Kiedy byłam dzieckiem, chciałam być poszukiwaczem przygód! Wspinałam się na dachy, aby lepiej widzieć świat, drzewa, słupy elektryczne… Kiedy miałam dwanaście lat, zdecydowałam, że pójdę walczyć z partyzantami. Chciałam być weterynarzem, a także pustelnikiem, który będzie żył samotnie w górach wśród swoich krów, albo leśnikiem, ale w tamtym czasie to było zajęcie wyłącznie dla mężczyzn. Śniło mi się, że będę drugą Calamity Jane [kobieta rewolwerowiec, znajoma Dzikiego Billa Hickoka, amerykańskiego bohatera narodowego – przyp. red]. Nigdy nie marzyłam o domu, mężczyźnie, dzieciach. To nie dla mnie. Chciałam działać i być tak blisko natury, jak tylko to możliwe. Co zrobiłam z moim życiem? Nie wiem. Zrobiłam tak mało, ale robiłam, co mogłam. Czasami czujesz, że zaczęłaś przygodę, a ona już prawie się kończy.

Czy dla marzeń opuściła Pani Prowansję, wyruszyła w podróż w nieznane? To było poszukiwanie czegoś nowego czy może ucieczka przed czymś znanym?
Prowansja, Paryż, góry – kogo to obchodzi? Nieważne, jakie miejsce opuszczasz, skąd wyjeżdżasz. Czasami musisz to zrobić – dla własnego przetrwania albo by pozostać wiernym temu, czego szukałaś przez całe życie. Może chodzi o przetrwanie duszy? Przede wszystkim jednak jest to kwestia przetrwania fizycznego lub mentalnego. Reszta jest drugorzędna. Reszta to tylko wybór.

Jak to jest, że kobieta z domu pełnego kobiet zaciąga się na kuter, gdzie pracują sami mężczyźni?
Pracowałam z mężczyznami na długo przed tym, nim zaciągnęłam się do pracy na kutrze rybac[-]kim. Od wielu lat pracowałam fizycznie, ciesząc się rodzajem braterstwa, które pojawia się w takich chwilach, braterstwa dużo mniej skomplikowanego niż to, czego doświadczyłam chociażby w swojej rodzinie. Czasami ta współpraca bywała trudna; gdy któryś z mężczyzn się upijał i stawał się napalony, musiałam się bronić. Ale to jest część takiego życia. Dlaczego kobieta nie mogłaby się bronić, uderzając mężczyznę czy kopiąc go w podbrzusze? Potem zazwyczaj wszystko wracało do porządku. Bardzo lubię ten rodzaj relacji. To dobra zabawa. Czasem wydaje mi się, że moje życie to western z kowbojami i kowbojkami! Mam wrażenie, że wracam wtedy do dzieciństwa. To wszystko nie dzieje się tylko w wyobraźni, można wtedy dużo szybciej dotrzeć do tego, co najważniejsze.

Dlaczego wybrała Pani Alaskę i tak trudną pracę na kutrze?
Alaska jest „ostatnim bastionem”. Wydaje się, że tam kończy się jeden świat i zaczyna się inny. Czułam potrzebę poszukiwania tego, co przede mną, a co dzikie i nieznane. Musisz wciąż przekraczać swoje granice, żeby odkryć, że one poruszają się razem z tobą. Zawsze dalej i dalej.

W książce Wielki marynarz pisze Pani o trudnych momentach, ciężkiej fizycznej pracy, braku odpoczynku, utracie kciuka. Co było w tym najtrudniejsze?
Najtrudniejsze na łodzi rybackiej były chyba wątp[-]liwości, strach przed męskimi krzykiem i świadomość, że jesteśmy odcięci i nie ma powrotu do własnej indywidualności – nie ma gdzie się ukryć ani dokąd uciec. Ale to też czyniło to wyzwanie pięknym. Musiałam w tym wszystkim znaleźć równowagę. Oczywiście czasami zdarzało się, że nienawidziłam swego pomysłu, by wyruszyć na morze. To było jak skok w nieznane, gdzie nic już nie należało do mnie, z wyjątkiem mojego ciała. A niechętnie przecież rezygnujemy z naszej bezpiecznej, małej, codziennej niezależności.

Walczyła Pani, by pokazać, że jest w stanie pracować tak jak mężczyzna. Skąd w Pani taki upór?
Nigdy nie byłam w stanie pracować jak twardzi mężczyźni. Chociażby dlatego, że jestem kobietą, a kobiety nie są zbudowane tak samo jak mężczyźni. Wiedziałam o tym od początku. Ale wiedziałam też, że kobiety i mężczyźni mogą być komplementarni, oczywiście jeśli obie strony zdecydują, że tego chcą. Kobiety potrafią być równie twarde jak mężczyźni, tak samo odporne, szybkie i inteligentne. Nigdy nie chciałam być tak silna jak mężczyzna, mam na myśli siłę fizyczną. Ale zrobiłbym wszystko, by zostać przyjętą do ich świata, który zawsze był dla mnie fascynujący. To taka wielka, dzika gra. Chciałam wziąć udział w tej grze „grubych ryb”, zamiast stać na ganku, obserwując, jak wyruszają na wielkie morze i wracają niczym wyczerpani wojownicy. Chciałam znaleźć swoje miejsce i swoją rolę w tym świecie, czasami brutalnym, ale mocno związanym z potężnymi siłami natury. Stojąc na pokładzie łodzi rybackiej, taka mała, czasami żałosna, ale wciąż pełna życia i prawie niezniszczalna, chciałam dzielić pracę i życie, stawiać czoła niebezpieczeństwu tak jak oni.

Jak się Pani czuła w tym typowo męskim świecie?
Na pierwszej łodzi, na której pracowałam, na „Rebelu”, czułam przede wszystkim szczęście. Dzikie, mocne, potężne i jasne poczucie, że żyję. Byłam przepełniona wdzięcznością dla ludzi, którzy pozwolili...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy