Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

28 czerwca 2018

Życie nie do powiedzenia

11

Sugeruje się rodzicom, by sobie wymyślili jakąś tajemnicę, którą absolutnie nie wolno im się podzielić z dziećmi. Jej zakres tworzy granice międzypokoleniowe i maminsynek nie będzie mógł tu dotrzeć do mamy - rozmowa z Marią i Bogdanem de Barbaro.

Dorota Krzemionka: Zacznijmy testem zdań niedokończonych: Nikt nie wie, że ja…

Maria de Barbaro: Mam zupełne zamknięcie na takie zdanie. I dobrze mi z tym, mogę samej sobie ufać, że nie powiem, jeśli nie chcę.

Moim największym sekretem jest…

Bogdan de Barbaro: Na pewno nie powiem, jeśli jest to sekret!

Szkoda. Moglibyśmy dać na pierwszą stronę, że tylko nam profesor de Barbaro ujawnia swój sekret. Sidney Jourard w książce The Transparent Self głosi pochwałę otwartości. Można być całkiem przejrzystym?

Bogdan de Barbaro: Jeżeli rozumieć transparentność jako pełną dostępność mnie dla innych, to nie byłoby to zdrowe. W psychozie zdarza się czasem, że chory ma urojenie odsłonięcia, czyli poczucie, że wszyscy znają jego myśli. Mówimy wtedy o zaburzeniu granicy „ja”. Zwykle mamy coś takiego, jak osobista intymność, taki najbardziej wewnętrzny krąg.

I nawet najbliższa osoba tam nie gości?

Bogdan de Barbaro: Z trudem ledwie samych siebie tam dopuszczamy. Częścią zdrowia psychicznego i dojrzałości jest umiejętność stawiania takich tarcz, a to wymaga rozróżnienia „ja” – reszta świata.

Powiedział Pan: stawianie tarcz… Czy granica „ja” ma charakter jedynie obronny?

Bogdan de Barbaro: Ta metafora rzeczywiście sugeruje, że chodzi o obronę. Może lepiej byłoby mówić o jakiejś ścianie czy zasłonie…

Maria de Barbaro: Albo o własności, czyli poczuciu, że mam szczególne prawa do posiadanych treści. Tak jak grodzi się ogrody, stawia ściany domów, podobnie zaznaczam własność obszaru w psychice, którym mogę dysponować. Poczucie posiadania go daje mi poczucie spokoju i bezpieczeństwa.

Bogdan de Barbaro: Ja decyduję, czy i kogo tam wpuszczam. To jest część mojej tożsamości, a więc samość moja jest tą granicą wyznaczona.

Maria de Barbaro: Intymność może dotyczyć też relacji, na przykład intymność rodziców, do której nie są włączone dzieci. Albo intymność rodzinna, z której wyłączone są osoby spoza rodziny. Obejmuje ona treści, które nie są przeznaczone dla szerokiej publiczności.

Kto z tymi granicami, chroniącymi intymność, ma problem i dlaczego?

Maria de Barbaro: W niektórych rodzinach oczekuje się, że dzieci będą swym rodzicom mówić wszystko. Dzieci czują, że są im to winne. Niekiedy matki chciałyby znać każdą myśl i każde uczucie dziecka. A jeśli ono próbuje zachować coś dla siebie, jest to traktowane jako akt skierowany przeciw dobrej więzi z matką.

Bogdan de Barbaro: Czasem dochodzi do fuzji, czyli takiej relacji, gdzie nie ma granicy między osobami. Zdarza się, że matka się szczyci: mamy taką bliską relację, że córka jeszcze nie powie, a ja już wiem, czego ona chce. I jest z tego dumna. Nie wie, że w gruncie rzeczy ujawnia zaburzenie relacji; tożsamość córki jest naruszona.

Maria de Barbaro: Córka nie tylko ma wiedzieć, co myśli i czuje matka, a matka – co czuje córka, ale mają myśleć i czuć dokładnie to samo.

A jeśli któraś z nich czuje coś innego, to ma poczucie winy…

Maria de Barbaro: Albo musi zrobić korektę swoich uczuć.

Bogdan de Barbaro: Moja mama mówiła do mnie: zdejmij sweter, bo mi jest gorąco. Oczywiście żartem. Problem w tym, by nie popaść wtedy w antyskrypt, czyli sztywne działanie na przekór rodzicowi. Powinienem zdjąć sweter, jeśli jest mi gorąco, nawet gdy matka to sugeruje.

Maria de Barbaro: Mówimy o zlaniu się i utracie granic. Ale zdarza się, że członkowie rodziny są tak odosobnieni i mają tak ścisłe granice, że cierpią z powodu zbyt dużej zamkniętości.

Bogdan de Barbaro: I czują się samotni. Powraca fundamentalny dylemat: ile miłości w związku, a ile wolności; razem czy osobno. I jest zasadniczy problem: jak te proporcje wyważyć...

Czasem pewne intymne treści stają się tajemnicą czy wręcz sekretem. Czym jest sekret?

Bogdan de Barbaro: Zastanawiam się, co go różni od tajemnicy. Myślę, że tajemnica bardziej wiąże ludzi, którzy ją posiadają. A sekret dystansuje nas wobec tych, co nie wiedzą. Jest skierowany przeciwko innym. Moja żona ma urodziny, w tajemnicy namawiam się z dziećmi, co jej kupić. Zaś tajemnica alkowy oznacza, że rodzice nie wprowadzają dzieci w swoje życie intymne. Gdyby zaś żona o swoim problemie z mężem opowiadała córce, to zgodnie ze strukturalną teorią rodziny byłoby to zaburzeniem granic. W myśl tej teorii czasem, by przywrócić granice, w ramach terapii sugeruje się rodzicom, by sobie wymyślili jakąś tajemnicę, którą absolutnie nie wolno im się podzielić z dziećmi. Jej zakres tworzy granice międzypokoleniowe i maminsynek nie będzie mógł tu dotrzeć do mamy.

Obok takich tajemnic, które wiążą, są sekrety, ukrywane z powodu wstydu, zakłopotania czy lęku. Jakie są konsekwencje ich ukrywania?

Maria de Barbaro: Jeśli mam takie treści, to konsekwencje ponoszę zarówno wtedy, gdy je chowam, jak i wtedy, gdy je ujawnię. Miałam w terapii parę, która zgłosiła się z powodu depresji żony. Mąż był dobrym, głęboko wierzącym człowiekiem. Okazało się, że przed laty, już będąc mężem, poszedł raz do prostytutki. Tak go ten sekret palił, że wyznał wszystko żonie. Ją ta wiadomość kompletnie rozbiła psychicznie. Straciła do niego zaufanie. Zniszczony został obraz męża, jaki dotąd miała, obraz jej jako żony i ich relacji. Popadała w stany depresyjne, czuła gniew na męża i chęć odwetu za to, co zrobił.

Bogdan de Barbaro: On ujawnił to zapewne ze słabości.

A może miał poczucie, że to zdarzenie dzieli go od żony, chciał się do niej zbliżyć?

Maria de Barbaro: Przypuszczalnie tak, ale nie przewidział, jakie skutki wywoła ujawnieniem tego sekretu.

Bogdan de Barbaro: Potwierdza to wątpliwość co do tezy, że prawda – w takim potocznym jej rozumieniu – nas wyzwoli. Nie zawsze wyzwala. Nie widzę, co dobrego mogłoby wyniknąć z ujawnienia prawdy, gdy zdradzający mąż mówi do żony: „Kochanie, zdarzyło się, byłem pijany, tamta kobieta nic dla mnie nie znaczy. Kocham tylko ciebie”. Nie wyobrażam sobie, że ona mu odpowie: „Dziękuję ci, że wyjawiłeś mi prawdę. Dzięki temu nasz związek będzie teraz dojrzalszy i pełniejszy”.

Rzeczywiście trudno to sobie wyobrazić. Jednak zdrajcę pali sekret. Jak może z tego wybrnąć?

Bogdan de Barbaro: Powinien poszukać innego niż żona strażaka. To może być konfesjonał, psychoterapeuta albo dobry przyjaciel. Może też potraktować swój dyskomfort jako pokutę. Jak sądzę, przejawem dojrzałości jest odpowiedzialność za bliskich i zdolność utrzymania tajemnic tak, by nasza otwartość lub pseudootwartość nie raniła ich. Gdybym opowiadał o swoich zaburzeniach lub perwersyjnych snach, to niszczyłbym.

W filmie „Wiek niewinności” Martina Scorsese bohater jest bliski zdrady, schadzka z hrabiną jest już umówiona, ale w ostatniej chwili wycofuje się, bo żona mówi mu, że jest w ciąży. Dla niej rezygnuje z zauroczenia. Myśli, że ona o tym nie wie. Dopiero po śmierci żony, z jej listu do dzieci dowiaduje się, że ona znała jego sekret, wiedziała o jego poświęceniu.

Maria de Barbaro: Wiedziała o darze sekretu, który jej złożył. Są takie niemówienia, które służą dobru, i takie, które nie służą mu. Podobnie jest z mówieniem. Niemówienie – o tym, co myślimy, czujemy, czego się boimy, co zrobiliśmy – jest trudne. Ludzie często nie wytrzymują tego i mówią. Mówienie jednak nie powinno wynikać z takiego poczucia, że już nie mam sił i muszę ci powiedzieć – na przykład, że cię zdradziłam albo nienawidzę. Decyzja, by o czymś drugiej osobie powiedzieć, wymaga uwagi. Trzeba ocenić konsekwencje: co się stanie, jeśli powiem, a co, jeśli nie powiem.

Bogdan de Barbaro: I umieć władać swoją tajemnicą. Otwarcie nie powinno być jedynie impulsem, to jest za ważna sprawa.

Kiedy lepiej jest ujawniać?

Maria de Barbaro: Kiedy sekret szkodzi dobru relacji czy rodziny, bo jest przewlekły. Na przykład ktoś ma nieślubne dziecko albo wieloletni romans. Ta tajemnica przecieka gdzieś w spojrzeniach, emocjach i decyzjach, jest wyczuwana przez pozostałe osoby w rodzinie, ale ponieważ jest niedostępna, wprowadza zamęt, niejasność, zatruwa relacje. Jeśli zostanie odkryta, można będzie ją wytłumaczyć, coś zrobić, jakoś sobie z nią poradzić.

A gdy rodzice adoptują dziecko – powinni powiedzieć mu, że jest adoptowane, czy nie? Co wziąć pod uwagę w takiej sytuacji?

Bogdan de Barbaro: Nasz wnuk wie, że jest adoptowany. Nie podobałoby mi się, gdyby to miało być tajemnicą przed nim. I drżelibyśmy, że ktoś kiedyś ją ujawni, a wtedy on poczuje się oszukany. Więc mówić, ale tak, by to było zrozumiałe. Inaczej powiemy o tym do pięciolatka, a inaczej do piętnastolatka.

Maria de Barbaro: Myślę, że najlepiej mówić o tym od samego początku. Trudno to zrobić. Ale jeśli matka i ojciec będą czekali, aż dziecko dorośnie, wtedy ujawnienie tej tajemnicy będzie wymagało jakiejś sceny, oprawionej w szczególne znaczenie. A jakkolwiek by o tym mówili, i tak będzie to szok dla dziecka. Dlatego najlepiej mówić od razu, do niemowlęcia.

Bogdan de Barbaro: Jak to „do niemowlęcia”?

Maria de Barbaro: Ja mówiłam do niego, gdy leżał w łóżeczku: „Wiesz co...”. Trudno mi to przychodziło, ale coraz bardziej tę opowieść oswajałam. Trzeba ją opowiadać jako dobrą historię, która zawiera trudność, ale także ogromne dobro, i mówiący musi mieć tego świadomość.

Bogdan de Barbaro: Teraz nasz wnuk wchodzi w wiek, gdy może zacząć pytać o biologicznych rodziców. Ma prawo udać się do ośrodka i dowiedzieć się, kim są. Ciekawi mnie i niepokoi zarazem, jak doświadczy tego spotkania, jeśli się na nie zdecyduje. Liczę, że mądrze sobie z tym poradzi, ale jest to trudne. Niedawno byliśmy razem u lekarza, który spytał mnie przy nim: „Czy ktoś w rodzinie miał podobne objawy?”. W pierwszym odruchu on chciał powiedzieć, że nie. A ja odparłem: „Nie wiem”. Początkowo był zaskoczony, potem chyba zorientował się, w czym rzecz, ale nie spytał: „Jak to nie wiesz, przecież mama ani tata na to nie chorowali!”. Zapewne zostało to w nim jako niepokój, którego nie chciał otworzyć. Zdarza się, że mamy tajemnice przed samym sobą.

Nieraz dziecko nie zdaje sobie sprawy, że ojciec nie jest jego ojcem biologicznym...

Bogdan de Barbaro: Miałem pacjentkę z takim pęknięciem. Nie rozumiała, skąd się ono brało, ja też nie. Opowiadała o swojej rodzinie, o ambiwalentnych relacjach ze swym ojcem. Ojciec zmarł. Pęknięcie zostało, zgłosiła się więc na terapię. W pewnym momencie zadzwoniła do mnie jej matka i zapytała, czy może ze mną o ważnej sprawie porozmawiać. Pacjentka się zgodziła. Okazało się, że matka ma dylemat, czy ujawnić córce, że jej ojcem tak naprawdę jest ktoś inny. Odważyłem się zasugerować, by ujawniła. Mnóstwo dobrego z tego wynikło. Pacjentce pęknięcie ustąpiło, jej świat wewnętrzny skleił się.

Czyli sekret, choć nieujawniony, jakoś wpływał na życie tej rodziny?

Bogdan de Barbaro: Możliwe, że całą trójkę ta tajemnica męczyła: rodziców świadomie, bo ojciec wiedział, że nie jest biologicznym ojcem, a córkę też uwierała, choć nie rozumiała, o co chodzi.

Maria de Barbaro: Sekretem, o którym koniecznie trzeba mówić, są nadużycia seksualne. To obszar największych tajemnic – często skrywanych i w rodzinie, i przed całym światem. Wytwarza się taka mroczna przestrzeń, niezwykle trująca, a zarazem pozwalająca utrzymywać sekret przez całe lata.

Sprawca zawiązuje z ofiarą zmowę milczenia.

Maria de Barbaro: A ofiara nie ma do kogo z tym pójść, bo nikt nie chce o tym słyszeć i wiedzieć. Wszyscy zaprzeczają, zarówno sprawca, jak i dziecko, które odcina to, co się stało, od siebie. I nosi ten ciężar w tajemnicy. Drugi rodzic zaprzecza. Matka widzi, że mąż co noc idzie do pokoju dziecka, ale jakby o tym nie wie. W takich rodzinach jest pragnienie niewiedzenia i zakaz mówienia.

Prawda jest zbyt straszna...

Maria de Barbaro: Jej ujawnienie tak czy inaczej spowoduje katastrofę. Ale wtedy można będzie rozpocząć operacje, pozwalające to nadużycie leczyć, przekształcić. Natomiast trzymanie go w tajemnicy uniemożliwia jakąkolwiek reparację. Zaprzeczenie powoduje, że wszystko nieruchomieje, zasklepia się w chorym milczeniu. Miałam wiele razy do czynienia z rodzinami z nadużyciem. Pierwszą reakcją wszystkich niemal osób jest ucieczka przed prawdą. Pozbawiają się w ten sposób możliwości zmiany sytuacji. Kiedyś pacjentka z przewlekłą depresją powiedziała mi, że ojciec ją nadużywał przez wiele lat, odbywając z nią stosunki seksualne. Doprowadziło to do jej załamania. Postanowiłam zaprosić do gabinetu jej ojca; myślałam, że się nie zgodzi na rozmowę. Przyszedł, siedzieliśmy we troje. Nie wiedziałam, co może się wydarzyć. A on w pierwszych słowach powiedział: czekałem na tę rozmowę od dwudziestu lat. To spotkanie dało mu możliwość powiedzenia córce, jak bardzo żałuje tego, co robił, jak ją kocha, jak chciałby to naprawić.

Bogdan de Barbaro: Przyznasz, że nie jest to sytuacja typowa. Zwykle on w żywe oczy mówi: „Ale o co chodzi, co ty wymyślasz, nic takiego nie miało miejsca”.

Kiedy sekret wychodzi na jaw, wiele osób idzie w zaparte. Nie słyszałam, by ktoś oskarżony o współpracę ze służbami bezpieczeństwa powiedział: „Takie były czasy, dałem się złamać, spróbujcie mnie zrozumieć”. Większość zaprzecza albo zmienia znaczenie czynu...

Bogdan de Barbaro: Tak silna jest potrzeba pozytywnego autoportretu, która prowadzi do automistyfikacji. Nasz obraz siebie podlega wciąż makijażom i poprawkom. Potem zapominamy, co sobie domalowaliśmy, maska przykleja się do twarzy. Tak działają różne mechanizmy obronne, lęk przed naruszeniem pozytywnego obrazu siebie jest ogromny. Wspomnienia zaś o tym, jak było, można zafałszować. Psychologowie sądowi wiedzą, jak trudno poprzez wspomnienia dotrzeć do prawdy. To samo wydarzenie różne osoby z powodu emocji mogą pamiętać zupełnie odmiennie.

Ofiara może w ogóle nie pamiętać?

Maria de Barbaro: Często tak się dzieje, dlatego leczenie skutków nadużyć seksualnych jest trudne. Ktoś, kto był ich ofiarą, pije, czuje się bezradny, z niewyjaśnionych powodów jest depresyjny. Latami uczestniczy w terapii, a materiał dotyczący nadużycia wciąż nie jest ujawniany, tak bardzo jest odcięty w psychice, usunięty jako treść nie do uniesienia. Potrzeba czegoś nadzwyczajnego, by go wydobyć z podświadomości.

W psychoanalizie uznaje się, że samo wydobycie sekretu jest uzdrawiające. Jest?

Bogdan de Barbaro: Dziś nawet psychoanalitycy uznają, że samo ujawnienie nie wystarczy. Potrzebne jest jeszcze korektywne doświadczenie emocjonalne. Na przykład jeśli ojciec był odrzucający i zimny i budził lęk, to dopiero zbudowanie ciepłej, aprobującej relacji z terapeutą pokaże mi, że mogę być blisko z kimś i czuć się bezpiecznie. Takie przeniesieniowe doświadczenie – wraz z wglądem w problem – może przezwyciężyć tamtą traumę i być uzdrawiające. W terapii narracyjnej natomiast dąży się do zmiany języka, jakim ktoś opisuje to, co mu się zdarzyło. Nie możemy zmienić przeszłości, ale możemy zmienić znaczenie, jakie jej nadajemy.

I w ten sposób uwolnić się z przeszłości, w której trzymają nas sekrety?

Bogdan de Barbaro: Tak. Szczególnie użyteczna wydaje się zmiana opowieści, zgodnie z którą świat mnie teraz krzywdzi, bo byłem krzywdzony w dzieciństwie. Wówczas powstała rama narracyjna, która trwa i ona przetwarza wydarzenia bieżące tak, że te neutralne lub nawet dobre też są przeżywane jako krzywda. Nie kwestionuję, że do niej doszło i że sprawca powinien ponieść karę. Ale staram się z tą osobą tak rozmawiać, by dostrzegła, że jako dziecko została skrzywdzona, ale dzisiaj tamta krzywda już się nie dzieje. Dziś krzywdzi ją jej własna opowieść. Na szczęście można ją przeformułować. Pracujemy więc „na języku”, zmieniając słowa i ich znaczenia.

Jeśli sekretem jest, że ojciec pił, a ja się tego wstydziłam, to jak mogę tę opowieść przeformułować?

Bogdan de Barbaro: Zastanówmy się, co wynika z bycia tak zwanym DDA? Można się zamknąć w tym konstrukcie i do końca życia być ofiarą. Czuć, że świat mnie krzywdził, krzywdzi i nadal będę krzywdzony! Opowieść „jestem przetrącony” doraźnie może nam świat objaśniać, ale na dłuższą metę rujnuje nam życie. Ale opowieść można zmienić i myśleć: mój rodzic mnie krzywdził, ale teraz odnajduję w sobie zasoby, które mi pozwalają przezwyciężyć to trudne doświadczenie z dzieciństwa. Nie pozwolę, by tamto piętno dzisiaj mnie niszczyło. Praca polega na nadaniu nowego znaczenia temu, co się wtedy stało.

Maria de Barbaro: Do pewnego stopnia terapia polega na próbie dotarcia z pacjentem do materiału objętego wewnętrzną tajemnicą, albo takiego, którym się nie dzielił z innymi. Na przykład do tajemnicy, że ojciec pił.

Bogdan de Barbaro: Albo że był ubekiem...

Maria de Barbaro: I wówczas w terapii idzie się razem z pacjentem w ten obszar, do którego dotąd ani on sam, ani inni ludzie nie mieli dostępu. Idzie się nie tylko po to, by tajemnica nie męczyła, ale by go wyzwolić spod jej władzy. Na przykład ojciec pił, a dziecko patrzyło bezradnie, jak matka cierpi, i czuło się bezsilne, zawstydzone, gorsze od innych. To przeżycie wnika w osobę i organizuje później jej odczuwanie i odnoszenie się do innych ludzi. Staje się pewnym wzorem przenoszonym w inne relacje. I terapeuta musi pomóc pacjentowi odszukać ten wzór, rozpoznać go, by mógł go przekroczyć, wykonać operacje, które pozwolą mu uwolnić się spod wpływu tego, co zostało zapisane.

Czasem inni mają dostęp do czegoś ważnego, co nas dotyczy, Na przykład lekarz wie o naszej poważnej, terminalnej chorobie. Czy powinien nam o tym powiedzieć?

Maria de Barbaro: Rozstrzyga się to w rozmowie z pacjentem, gdy lekarz słucha go, jest wrażliwy, odbiera sygnały i stara się wyczuć, jakie skutki będzie miało powiedzenie pacjentowi o jego stanie.

Bogdan de Barbaro: Pojawia się tu konflikt dwóch wartości – prawdy oraz nadziei, która dodaje siły.

Rzecz w tym, jak powiedzieć prawdę, nie odbierając nadziei. Czym innym jest powiedzenie: „Zostały panu trzy miesiące życia”, a czym innym: „Pana stan jest poważny, zrobimy, co możemy, ale trzeba się liczyć z tym, że może być różnie”...

Bogdan de Barbaro: Rozmawiając z pacjentem, lekarz patrzy, jak on reaguje, i zależnie od tego może powiedzieć mniej lub więcej. Jeśli pacjent po tej informacji spyta: „A czy mogę brać aspirynę?”, to znak, że nie jest przygotowany na ciąg dalszy. W USA jednak lekarz, który by nie powiedział pacjentowi prawdy do końca, mógłby ponieść karę. Gdy przyjmowano mnie tam do pracy, zrobiłem badania kontrolne. W moczu pojawiła się krew, potem okazało się, że to w związku z intensywnym joggingiem. Ale lekarz powiedział mi: „Trzeba brać pod uwagę, że to może być rak nerki”. Czekałem tydzień na wyniki. Mówiłem ci o tym?

Maria de Barbaro: Na szczęście dopiero kilka lat później. Długo trzymałeś to w tajemnicy, za co jestem ci wdzięczna.

To było okrutne ze strony lekarza.

Bogdan de Barbaro: Być może się bał, że zlekceważę wynik. Znam sytuację, gdy lekarz polski powiedział pacjentowi: „Dobrze by było wyciąć prostatę, bo stan zapalny się utrzymuje”. Nie chciał go martwić. A pacjent, uznając, że to tylko stan zapalny, nie zdecydował się na operację i w końcu zmarł na raka prostaty. Rozmowy o śmierci bywają tak trudne, że chętnie ich unikamy.

Dlaczego ludzie tak często lubią wkradać się w sekrety innych osób?

Bogdan de Barbaro: Rządzi nimi instynkt władzy, jaką daje informacja. Taka ciekawskość podstępnie smakuje. Myślę, że terapeuci są szczególnie uczuleni na to, by nie plotkować. Nawet gdy rozmawiamy w swoim gronie, chętnie dyskutujemy o różnych sprawach, ale te dotyczące pacjentów i terapii pozostają tematem tylko specjalistycznych superwizji.

Maria de Barbaro: Tajemnica bywa bronią, daje poczucie władzy nad osobą, o której wiedzę posiadamy. A ją osłabia świadomość, że ktoś zna jej sekret i może go użyć przeciw niej. Toczy się walka, a ciosami bywa ujawnianie tajemnic.

Często sami je ujawniamy, wpisujemy coś na prywatnym Facebooku, a potem się dziwimy, że to wypłynęło w przestrzeni publicznej. Face[-]book przesunął granicę naszej intymności?

Bogdan de Barbaro: Doszło do przesunięcia wielu granic. Na przykład między tym, co intymne, co prywatne, a co społeczne. Intymne jest to, co mam tylko dla siebie, prywatne dotyczy treści znanych mnie i moim bliskim, a społeczne – to, co ogólnie dostępne. Ludzie, którym jest potrzebna narcystyczna sława i chwała, treści intymne czynią prywatnymi, prywatne – społecznymi, a czasem swoją intymność wystawiają w przestrzeni społecznej. Myślę, że jest to strata – żeby nie powiedzieć ułomność – naszych czasów.

***

Przypisy