Dołącz do czytelników
Brak wyników

Nałogi i terapie , Praktycznie

22 lutego 2016

A kiedy tata wytrzeźwieje ...

7

Dlaczego w rodzinach alkoholowych matki zgadzają się na to, aby dzieci wychowywały się w warunkach picia i bicia? Jak pomóc dzieciom, jeżeli rodzic alkoholik nie chce się leczyć? W jaki sposób chronić dzieci przed alkoholizmem ojca lub matki?

Jolanta Białek: – W rodzinach alkoholowych ogromnym problemem jest przemoc. Dzieci bardzo często są bite, ich matki również. Jak pomóc dzieciom, jeżeli rodzic alkoholik nie chce się leczyć?
Lubomira Szawdyn:
– Gdy zaczynałam pracę z uzależnionymi, to nie mówiło się o prawach dziecka. Na zajęciach z pediatrii nikt mi nie powiedział, że gdy przyjdzie do mnie skrzywdzone dziecko, to mam zawiadomić milicję. Osobno była medycyna, osobno działania prawne. To była prywatna sprawa sumienia, że jak pobite dziecko trafiło do lekarza, to on zawiadomił milicję. Nie było pojęcia „przemoc domowa” – to jest dorobek ostatnich 25 lat, wcześniej w ogóle nie używało się takiego zwrotu. Przecież Fundacja „Dzieci Niczyje” powstała niedawno. Jako społeczeństwo dopiero dojrzewamy do kontaktu z krzywdą dziecka. Myślę, że gdy w kraju jest ogólna przemoc społeczna, to przemoc w stosunku do dziecka czy osoby starszej jest po prostu akceptowana społecznie. Miałam mnóstwo spraw dzieci katowanych, które zgłaszałam odpowiednim służbom, a te odsyłały mnie z kwitkiem: „I co z tego, że pani tu przychodzi, przecież żona tego pana to za chwilę odwoła”.

– I rzeczywiście nic nie można było zrobić?
– Dopóki nie będzie takiego prawa, że odpowiada również matka, to niewiele. Bo tu jest taka przerzutka – jak on pije i bije, to ona jest katowana razem z dzieckiem i nawet gdy pobita złoży skargę lub zrobią to jakieś służby, to ta skarga nie ujrzy światła dziennego. Bo jak on wytrzeźwieje i ładnie ją przeprosi, to ona wycofa skargę. A i dzieci nie chcą, żeby tatuś skończył w więzieniu, bo mamusia rozpacza. Więc dopóki osoby trzecie nie wejdą w to zaczarowane, niepotrafiące nic zmienić środowisko, to nic nie można zrobić. Nawet teraz, jak spytasz policjantów o Niebieską Linię, to powiedzą, że większość tych spraw jest odgwizdana. W 2007 roku! Dość powszechna była i jest nadal niechęć do włączenia się świadków, policjantów, lekarzy, pedagogów, psychologów, opiekunów społecznych, kuratorów. Bo po co mają się wtrącać, skoro matka później może im zarzucić, że doprowadzają do rozpadu rodziny. Gdy zaczęłam chodzić po prokuraturach, to patrzono na mnie jak na niespełna rozumu. A ja się zdecydowanie upierałam przy pobitych matkach i ich dzieciach.

– Ale teraz chyba jest już inaczej, dzieci mają prawa?
– Tak naprawdę do dnia dzisiejszego prawo nie chroni dzieci, bo my nadal mamy tak zwane zobowiązanie do leczenia. Jeżeli pójdę do policji czy prokuratury, to oni i tak odeślą mnie do komisji przeciwdziałania alkoholizmowi. A tam powołuje się biegłych, żeby ustalić, czy rzeczywiście jest problem. W końcu, po długim czasie – bo musieli zebrać mnóstwo papierów – komisja przesyła papiery do sądu, sąd wyznacza rozprawę i zobowiązuje alkoholika do leczenia odwykowego. On, jeżeli się boi sądu, idzie do swojego szpitala rejonowego. Oczywiście, nie leczy się tam, tylko czeka na papierek i wraca spokojnie do picia. Ale dość duży odsetek alkoholików wie, że to zobowiązanie nie jest egzekwowalne. W związku z tym, jak lekarz na izbie przyjęć spyta Kowalskiego, czy wyraża zgodę na leczenie, to Kowalski mówi: „Panie, jaką zgodę?” i sobie idzie. Lekarz nie może go zmusić, bo to by było złamanie prawa. Tak to funkcjonuje. Marnotrawione są ogromne pieniądze. Najgorsze jest jednak to, że gdy ta machina prawna ruszy, to rodzina ma nadzieję, że tatuś w końcu przestanie pić. Bo sąd to jednak ciągle sąd – najwyższa instancja, więc jeżeli sąd każe, to tatuś musi przestać pić. Gdy tak się nie dzieje, dzieci tracą nadzieję, że można coś zrobić. Zarówno ich starania, jak i wszystkich pozostałych osób – i pani pedagog, i pani nauczycielki, i pani psycholog, i świetlicy terapeutycznej – to wszystko poszło w gwizdek. Dziecko zostaje z poczuciem absolutnej bezradności. To jest prawdziwy dramat! A tatuś wraca i zaczyna się przemoc od początku. A przecież wystarczyłaby prosta procedura: złożenie wniosku wraz z obdukcją i ukaranie adekwatnym wyrokiem z takim czy innym zawieszeniem. Ale żeby odwiesić ten wyrok, trzeba byłoby się starać, dbać o rodzinę, przestać pić, wziąć się do jakiejś pracy. Wtedy miałoby to jakiś sens.

– Dlaczego w rodzinach alkoholowych matki tak naprawdę zgadzają się, aby dzieci wychowywały się w warunkach picia i bicia?
– Na początku też nie mogłam zrozumieć, dlaczego kobieta, która musi w nocy uciekać z domu przed szalejącym alkoholikiem, na drugi dzień nie wnosi sprawy rozwodowej. Dla mnie to był szok! I to nie był film, to się działo naprawdę, sama w tym uczestniczyłam. Nie raz i nie dwa stałam na mrozie z takimi matkami, otulając jakimiś kocykami dzieci w piżamkach. Czekałyśmy, aż w końcu tatuś padnie i zaśnie, bo wtedy można było wrócić. Albo taka sytuacja: tatuś był wojskowym, wrócił pijany, ustawił nas wszystkich pod ścianą, wyciągnął pistolet i w nas mierzył, i kazał odliczać od jednego do sześciu, potem odwrotnie. Bałam się bardzo, ale kątem oka obserwowałam dzieci i ich matkę. Widziałam, że też się boją, ale nie było w tym paniki. Aha, myślę, to dla was nie nowość, już nieraz tak staliście pod ścianą. To prawda, nic się i tym razem nie wydarzyło – ale mogło. Trudno mi było to pojąć, jak można narażać siebie i dzieci na takie niebezpieczeństwo. Po każdej takiej historii rozmawiałam z tymi matkami i wszystkie, młode i starsze, mówiły, że tak jest zawsze. Ale mówiły też coś, co było dla mnie zupełnie niezrozumiałe – że jak on pije, to jest rzeczywiście strasznie, ale jak nie pije, to jest najcudowniejszym człowiekiem. „A jakim jest dobrym ojcem, lepszym niż ja matką. I dzieci go uwielbiają” – podkreślały wszystkie.

– Trudno mi sobie wyobrazić, że można być cudownym ojcem i oprawcą jednocześnie. Dziecko chyba nie może zapomnieć, że tatuś po pijanemu mierzył do niego z pistoletu?
– Też mi się to nie zgadzało. Chciałam to sprawdzić. Miałam taką rodzinę z dwoma małymi chłopcami. Tata już dwa tygodnie nie pił, wszystko było w porządku. Przyszłam do nich, rodzina była w komplecie – mama, tata, dzieci i babcia. Wtedy pierwszy raz zrobiłam eksperyment z rozbitkami. Przewróciłam dwa krzesła i powiedziałam do dzieci: „Podłoga to jest ocean, tu wszędzie jest woda, a te dwa krzesła, to tratwa. Wy jesteście rozbitkami i może was uratować tylko jedna osoba. Zdecydujcie, kto będzie waszym wybawcą”. Oni zaraz te dwa krzesła połączyli i zaczęli krzyczeć: „Tata do nas! Tata do nas!” Od tamtej pory w rodzinach alkoholowych powtarzam ten eksperyment z tratwą na oceanie i zawsze wychodzi, że wybawcą jest tata. I nie ma znaczenia, czy jest w ciągu, czy po ciągu, w różnych fazach, zawsze dzieci wybierają tatę. Czasem załapuje się babcia, czasem pies, ale nigdy matka. I ja do dzisiejszego dnia nie rozumiem, dlaczego tak jest. Czy dlatego, że jest taka tęsknota do tego taty, czy dlatego, że te dzieci to bohaterowie rodziny i chcą tatusia wyleczyć. A może dlatego, że w przerwach między piciem tatuś jest naprawdę super, a matka niekoniecznie...

– Jak to niekoniecznie? Przecież matka w takiej rodzinie jest jedynym oparciem dla dzieci.
– To było dla mnie również ogromnym zaskoczeniem. Te matki mówiły, że kochają swe dzieci, opiekują się nimi – i widziałam, jak one się starają. Ale są współuzależnione i jeżeli sobie nie zdają sprawy z tej choroby, to nie widzą i nie słyszą swojego jazgotu międzyfazowego. A dzieci w tym tkwią i ten jazgot bardzo zaburza wizerunek matki w ich oczach. Bo tata, na przykład, pije 3-4 dni, potem jest strasznie fajny, a jazda matki trwa dalej, nie kończy się.

– Poza tym matka jest, a ojciec bywa. Może stąd ta tęsknota?
– Tata w rodzinie jest osobą niesłychanie ważną i dzieci bardzo walczą o niego. W każdej rodzinie dysfunkcyjnej dzieci walczą. A jakie potrafią być dumne dzieci zdrowiejących pacjentów... Ten tembr głosu: „Nie przychodź do nas, bo tata już się wyprostował”. Jakie szczęście słychać w głosie: „Tata już dwa lata nie pije, a ja teraz robię maturę”. Nigdy nie widziałam ani u rodzin, ani u samych pacjentów takiej radości, jak u tych dzieci, gdy mówiły: „u nas jest już wszystko w porządku”. I wtedy ja też byłam szczęśliwa, bo widziałam, że te poranione stworzenia odetchnęły i mają przynajmniej namiastkę normalności. Ale też w tamtych czasach słyszałam, jak dzieci wzajemnie się pouczały: „Nie przyznawaj się, że tata nie pije, bo nam wycofają zasiłek”. A mówiły tak w trosce o całą rodzinę. I gdybyśmy byli mądrzy, to byśmy słuchali dzieci, bo mają dużo intuicji i rzeczywiście dużo wiedzą.

– Powróćmy jeszcze do eksperymentu z rozbitkami. Czy w rodzinach, gdzie matka jest alkoholiczką, dzieci wybierają matkę?
– Niestety, nie zrobiłam takich badań. W rodzinie, gdzie matka pije, dziecko nie ma na kim się oprzeć. Bo tak naprawdę tam nie ma ojca. Nawet jeżeli jest, to jest nieobecny albo jest wtedy, gdy ma z tego korzyści. Na przykład panowie podkładają swoje żony alkoholiczki do wykorzystania przez kolegów, chcąc w ten sposób załatwić jakieś sprawy. Ale najczęściej tych ojców po prostu nie ma. I dzieci zostają same. A gdy alkoholiczka jest w ciągu, to dzieci narażone są na taką traumę, z której trudno się podnieść i normalnie żyć. Pamiętam dzieci, które widziały, jak sąsiad „urzędował” z ich matką na podłodze w kuchni. Szlochały mi w fartuch i mówiły, że się boją tego sąsiada i brzydzą się matki. Albo dzieci, które wracały ze szkoły i w domu zastawały gołą i pijaną matkę z dwoma facetami. Co może zrobić dziecko w takiej sytuacji – wchodzić do domu czy uciekać? Ilu młodych ludzi nie tknęło nigdy kobiety po takich widokach matki? Co ma zrobić dziecko, dla którego mama w ciągu jest zagrożeniem? Dobrze, jeżeli jest tam jakaś babcia czy dziadek, bo jest dokąd uciec. Ale nie wszystkie dzieci mają takie szczęście.

– A jednak mimo tego wszystkiego dzieci próbują sobie jakoś radzić. Jak to robią?
– Każde w miarę swoich możliwości. Dzieci przyjmują różne role. Chodziłam kiedyś do rodziny z trojgiem dzieci. Poznałam dwoje, ale tego trzeciego nigdy nie widziałam. Za każdym razem, gdy przychodziłam, w drzwiach witało mnie dziecko-bohater – to ten, który wszystko wie i chce wszystko naprawić – gdzieś tam przy stole siedziało drugie dziecko, a trzeciego nie było. Potem się okazało, że to trzecie miało swój domek gdzieś za szafą i tam siedziało. Nie ze strachu tam się chowało, ale chciało mieć święty spokój. To dziecko wycofane, dziecko-cień.

– Jakie jeszcze role przyjmują dzieci w takich rodzinach?
– To nie jest tak, że dziecko z rozmysłem przyjmuje taką a nie inną rolę i coś gra. Kiedyś widziałam, jak dzieciak o drugiej w nocy zabawiał tatę grą w piłkę, bo tata był lekko zawiany i dziecko w ten sposób chciało ojca zatrzymać, żeby nie poszedł i nie uchlał się na amen. To nie była gra. Dzieciak wyczyniał różne rzeczy w tym błocie, w zupełnych ciemnościach, niemal do świtu, a wiedział, że rano musi iść do szkoły. I udało mu się przetrzymać ojca. To było dziecko-błazen. Takie dzieci są pierwsze do wygłupów, chcą rozśmieszyć, robią różne żarty, mają mnóstwo dowcipów do opowiedzenia, byleby rozbawić otoczenie. Zupełnie inne są kozły ofiarne. Tak naprawdę zobaczyłam kozły ofiarne dopiero na obozach terapeutycznych. To są dzieci winne wszystkiemu: że nie ma dobrej pogody, że matka z sąsiadką się pokłóciła, że tatuś pije – matki obwiniają je za cały świat. Te cztery role: kozioł ofiarny, dziecko-błazen, dziec-ko-bohater, dziecko-cień, zobaczyłam najpierw w rodzinach przeze mnie badanych, a potem dopiero przeczytałam, że to tak się nazywa. Dzieci przyjmują te role, bo jest w nich ogromna ufność, że tatuś przestanie pić. Jak będę dostawała piątki i wszystko zapnę na ostatni guzik, to tata przestanie pić – myśli bohater. Jak pozwolę się opluwać, za wszystko przyjmę winę na siebie, to tata nie będzie pić
– myśli kozioł ofiarny. Jak rozbawię tatę, powygłupiam się, to tata nie będzie pić – myśli błazen. Gdy mu zejdę z oczu, zajmę się sam sobą gdzieś na boczku, to tata nie będzie pić – myśli cień. Dzieci wierzą, że potrafią zmienić i wychować swojego tatusia. Oczywiście, że im się nie udaje, ale nie to jest najgorsze. Prawdziwym nieszczęściem jest to, że w tych rolach pozostają już do końca życia. Stykając się z całymi rodzinami alkoholików, zrozumiałam, jaki to jest ogromny problem, doświadczyłam go bezpośrednio. I choć jestem lekarzem, a nie psychologiem, musiałam z tym doświadczeniem coś zrobić. Trzeba było coś wymyślić, jakieś metody wspólnego radzenia sobie. I powstały wspólnoty klubów abstynenckich, bo na to były pieniądze. Państwo dawało nam pieniądze na obozy terapeutyczne. I właśnie obozy otworzyły mi oczy na dzieci.

– Na obozie, gdy wszyscy są razem, można obserwować relacje w rodzinach przez dłuższy czas. I co wtedy widać?
– Widać bardzo wiele. Na przykład różnice – że tak powiem – etnograficzne. Nigdy nie zapomnę obozu nad Jeziorem Drawskim. Przepiękna okolica, witałam przyjeżdżające osoby – uczestnicy byli z Warszawy i z Dolno...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy