Brak wyników

Rodzina i związki , Praktycznie

9 lutego 2018

Czyje to krzątactwo…

4

Pranie, gotowanie, sprzątanie… Kto się tym zajmuje? Czy da się podzielić obowiązki po równo? Czy warto?

Posługi domowe od lat należą do kobiet. Są to prace proste, łatwe, niewymagające siły ani mądrości, a przy tym żmudne i niebudzące niczyjej zazdrości. Dawniej w bogatych domach wykonywała je służba. Nazwane w Encyklopedii Gender – krzątac[-]twem, polegają na wyjmowaniu, układaniu, płukaniu, ścieraniu, obieraniu, krojeniu, wynoszeniu, ugniataniu, gotowaniu, przelewaniu. Nierzadko osoby poświęcające się im, określa się jako „niepracujące”. Krzątactwo zajmuje wiele godzin, a efekt jest niewidoczny i polega głównie na zabezpieczaniu stanu niepogarszania się ładu w domu. Wyprane i wyprasowane ubrania leżą w szafach, talerze na półkach, podłoga jest czysta, jedzenie na stole. Jakby wszystko działo się samo, podobnie jak dzień sam przechodzi w noc. Posługiwanie jako czynność kobieca powstało w okolicznościach, gdy fizyczna słabość kobiet nie pozwalała im współuczestniczyć z mężczyznami w ciężkich pracach w polu, domu i w lesie, w polowaniach na zwierzynę i w wyprawach grabieżczych. Podział ten został uznany za naturalny i sprawiedliwy. Mężczyzna był tym, który dźwigał brzemię odpowiedzialności za zabezpieczenie życia rodzinie. Kobieta zaś była „strażniczką ogniska domowego”.

Zmiany, które przyniósł koniec XX wieku, sprawiły, że to nie siła decyduje dziś o podziale funkcji, sprawowanych odrębnie przez mężczyzn i kobiety. Mężczyźni na ogół już nie potrzebują siły fizycznej do zdobywania żywności dla rodziny i bronienia jej. Pozostał jednak stereotyp. Część kobiet wierzy w jego słuszność i wypełnia go bez protestu. Jednak część czuje się nim krzywdzona – przez swoich mężów czy partnerów. I albo znosi tę krzywdę, albo walczy. Sprawą zasadniczą staje się nie tyle wykonywanie prac domowych, które mogą być miłe i lubiane przez kobiety. Chodzi o to, czy mężczyzna ma prawo narzucać im te prace.

„Dobrzy” mężczyźni „pomagają” swoim partnerkom w ich obowiązkach domowych. Kobiety, prócz zajmowania się domem, pracują zawodowo i uzyskują niezależność finansową, a także poczucie znaczenia. Niektóre pary przełamują stary schemat, przyjmując, że prace domowe są zadaniem wspólnym. Jednak spora część mężczyzn pozostaje w stanie niewrażliwości na fakt, że permanentnie wykorzystują istoty słabsze do bycia obsługiwanymi.

Część kobiet także nie stawia sobie pytania, czy posługiwanie mężczyznom jest zgodne z ich wolą. Działają tak, jakby to był oczywisty i nadrzędnie ustalony porządek świata. Nie pytają o jego zasadność. Niewidzialna umowa, delegująca kobiety do grupy istot posługujących, obejmuje obie strony (wykorzystujących i wykorzystywanych). One żyją z poczuciem podrzędności i zależności, oni zaś podtrzymują ten stan, przyzwalając na bycie obsługiwanym. Wydaje się jednak, że rośnie fala wyzwalająca mężczyzn i kobiety spod władzy tego nastawienia, przywracająca pozycję, w której obie strony mogą swobodnie wybierać, jak rozdzielą zadania dbania o domowe dobro.
A teraz kończę już pisanie, bo muszę posprzątać.

Wydaje się, że w XXI wieku w rodzinie powinna panować sprawiedliwość i partnerstwo między kobietą a mężczyzną. Więc powinno być po równo, a podział na zajęcia męskie i żeńskie jest przeżytkiem, który został przez feminizm i ponowoczesność trafnie obnażony i wyśmiany. Ale pojawiła się wątpliwość: czy sprawiedliwie znaczy po równo? Czy rzeczywiście równość ma polegać na tym, że zarówno do przyszywania guzików, jak i do wnoszenia lodówki i kobieta, i mężczyzna mają mieć jednakowe prawa i jednakowe obowiązki? Czy wizja kobiety-traktorzystki, propagowana w latach pięćdziesiątych XX wieku przez socrealistyczną kulturę, ma nadal zniewalającą moc?

Na pytanie o podział obowiązków nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Bo, po pierwsze, może to zależy od uzgodnienia potrzeb i indywidualnej ochoty? Łatwo sobie wyobrazić mężczyznę, który uwielbia sztukę krawiecką i kobietę, która ma przyjemność w usuwaniu elektrycznych awarii. Że nie wspomnę o tak wydawałoby się kobiecej (niegdyś) sztuce kulinarnej, która coraz częściej jest pasją męską. Więc niech każdy robi to, co lubi, z nadzieją, że wszystkie obszary aktywności domowej zostaną jakoś zagospodarowane. A jeśli zostaną jakieś zadania dla obu stron nieatrakcyjne? Gdyby mycie naczyń czy okien dla każdego miało być zmorą…

Wydaje się, że w tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak dogadać się. Wtedy sprawiedliwość będzie dotyczyła nie tyle równości w dostępie do praw i obowiązków, ile wzajemnego respektowania i „ważenia” chęci i niechęci do jakiegoś zadania. Czy dojdzie do sensownych rozmów przy „małżeńskim okrągłym stole”? Czy też drobna różnica w projekcie podziału pracy doprowadzi do awantury i stanów przedrozwodowych? Nie będzie to zależało od tego, co jest męskie, a co żeńskie w domu, lecz od tego, jaka jest więź między kobietą a mężczyzną, czy się szanują, czy umieją ze sobą rozmawiać...

Jest jeszcze druga okoliczność, która nawet w dobrym małżeństwie może komplikować sprawę. To tzw. mitologia rodzinna, czyli zestaw wartości, obyczajów i zwyczajów, które każdy z partnerów wnosi do związku. Dochodzi do swego rodzaju zderzenia dwóch „minikultur”, które będą się wzajemnie wzbogacać albo wzajemnie zwalczać. Przykładowo: jeśli oboje byli wychowani w rodzinach egalitarnych, to kłopotów w dogadaniu się będzie znacznie mniej, niż gdyby żona pochodziła z rodziny – nazwijmy to umownie – matriarchalnej, a mąż z rodziny patriarchalnej. Przy takim zderzeniu każdy z partnerów dziedziczy przekonanie, że do niej/do niego należeć powinna władza, a ten, kto się władaniu nie poddaje, widocznie nie dość kocha i nie wie, co słuszne i dobre dla obojga. Kłopot w tym, że taka „przed-wiedza” rodzinna rządzi emocjami i pomysłami partnerów, bez ich świadomego rozeznania. Ma ona swoje korzenie nie tylko w tym, co uważali rodzice, ale także pokolenia wcześniejsze. Właśnie z tego, że ów przekaz jest stary, wielopokoleniowy, może wynikać trudność. Płeć męska uległa w ostatnich dziesięcioleciach detronizacji, mężczyzna zaś, chcąc respektować postulat życzliwego dla kobiety i sprawiedliwego podziału zadań domowych, musi uporać się nie tylko z własnym wygodnictwem i lenistwem, ale także z wewnętrznymi głosami swych ojców i praojców, którzy przekazywali potomkom zadanie władania kobietami.

Co z tego wynika dla pytania o podział zadań? Na przykład to, by i kobiety, i mężczyźni zdawali sobie sprawę, że owe „wewnętrzne głosy” mogą z trudem znosić rewolucje obyczajowe i podpowiadać dawne sposoby rozwiązywania konfliktów. Na szczęście to nie znaczy, że te głosy mają nami rządzić.

Spór w sprawie podziału zadań rodzinnych jest o tyle skomplikowany, że biorą w nim udział nie tylko bezpośredni uczestnicy, ale także – choć pośrednio i poza świadomością, lecz niekiedy z wielką mocą – przodkowie. Warto więc dokonać rozeznania, kto co mówi i decydować na miarę naszych – wzajemnych – potrzeb, możliwości i pragnień, nieco marginalizując głos antenatów.

A teraz kończę już pisanie, bo muszę sprawdzić w samochodzie żony poziom oleju w silniku. 


 

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy