Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rodzina i związki , Praktycznie

25 lutego 2019

Jak się związać, by się nie rozwiązać

6

Czy jest recepta na dobry związek? Czy jeśli unikniemy opisanych błędów, możemy liczyć na trwałość tego, co zwiążemy? Niekoniecznie. Związki nie są wynikiem algorytmów, lecz intuicji, w którą wyposażyła nas natura.
 

Jak tworzyć dojrzałe i satysfakcjonujące związki? Może sami powinniśmy być bardziej dojrzali? Może musimy z większą pieczołowitością wybierać partnera? Może musimy zdać się na serce i uczucie – bardziej niż dotąd? Może musimy lepiej poznać techniki porozumiewania się? Może należy ustanowić system podatkowy promujący w ulgach długotrwałe związki? Może zrezygnować z upierania się przy trwałych związkach, dopuścić wielożeństwo i swobodną wymianę partnerów? Może coś innego jeszcze?... Nadal nie wiemy.

Tam, gdzie w grę wchodzą związki osobiste, reguły bledną. Intuicje psychologiczne i społeczne krążą w tej sprawie wokół wielu tematów. Są wśród nich zgodność, dopełnianie się charakterów, wspólnota wartości i celów małżeństwa, siła miłości, tak zwane dopasowanie się pod względem seksualnym, zdolność konstruktywnego rozwiązywania kryzysów (w tym umiejętność rozmawiania), wzory dla roli mężczyzny i kobiety w związku, tradycja społeczna otaczająca instytucję małżeństwa, przebieg faz małżeństwa i szczególne wyzwania dla tych faz. I wiele jeszcze innych tematów. Terapeuta pracujący z małżeństwami napotyka na problemy w każdej z tych sfer. Zwykle są one przemieszane, obfitują niespodziewaną liczbą wariantów.

Można to porównać do grzybni o kilku węzłowych ogniskach (czasem jedno jest centralne albo najbardziej widoczne) przerastającej związek ludzi, którzy szukają pomocy psychologicznej. Jednej reguły na satysfakcjonujący i zdrowy związek nie ma. Spotykamy różne związki, tak jak różni są ludzie, ich poglądy oraz sposoby doświadczania podobnych sytuacji życiowych. Oto kilka sytuacji dość często zdarzających się między dwojgiem ludzi. Prawie autentycznych, choć naturalnie część danych została zamaskowana i zmieniona.

Młode małżeństwo w wieku 26 i 28 lat. Pobrali się z powodu nieplanowanej, lecz akceptowanej przez obojga ciąży. Przed ślubem „chodzili ze sobą” przez osiem lat, od wczesnej młodości. Byli zakochani, uważani za idealną parę, której zazdroszczono wielkości i stałości uczucia. Teraz w ich małżeństwie coś się popsuło. On mówi o „problemach seksualnych”, których nie mieli wcześniej. Twierdzi, że żona nie ma ochoty na seks. Zaniepokojony i rozżalony sądzi, że przestała go kochać. Aby ją zachęcić do miłosnych igraszek, stara się urozmaicać ich współżycie. Posiłkuje się przy tym poradami gazetowymi typu: „gdzie trzeba nacisnąć, żeby kobieta chciała więcej i więcej”. Czuje się sfrustrowany. Wciąż prosi i nie otrzymuje, co budzi w nim wstyd, poczucie winy i złość, także na siebie. Sądzi, że grozi im rozwód, ponieważ przemija ich miłość. Wypomina jej silny związek z matką i siostrą. Podaje przykłady, kiedy brała ich stronę i była nielojalna wobec niego.

Sądzi, że on jest w jej sercu na ostatnim miejscu. Ona jest wyraźnie zmęczona. Twierdzi, że nic nie zmieniło się w jej uczuciach. Nie rozumie dlaczego, ale rzeczywiście potrzebuje mniej seksu. Jest zmęczona awanturami, wychowywaniem synka i pracą zawodową. Naciski męża i nerwowa atmosfera wokół spraw łóżkowych budzą w niej zarówno poczucie winy, jak też skrywaną, lecz wyraźną złość. Od czasu do czasu zgadza się na seks, „dla niego”, bo go kocha, ale sama nie ma satysfakcji. Gdy on ma pretensje do jej związków z rodziną, odbija piłeczkę. Subtelnie przedrzeźnia jego związek z matką, która według niej tylko udaje, że akceptuje ją jako żonę „swojego synka”. Okazuje się, że małżonkowie oddzielnie spędzają święta, każde ze swoją rodziną, a ich matki się nie tolerują. To, do której z babć pójdzie wnuczek, jest elementem przetargu.

Jakich przyczyn kryzysu tej pary możemy się domyślać? Jakie wyzwania stoją przed każdym z partnerów oddzielnie i przed nimi razem?

Ich długoletni związek narzeczeński, bez sformalizowania, wręcz „wołał” o to, by wydarzyło się coś, co przechyli szalę i zdecyduje o małżeństwie. Pojawienie się dziecka zostało przyjęte z radością i prawdopodobnie z ulgą. Oto coś za nich zadecydowało, coś społecznie ważkiego, pojawił się argument „za”... Argument potrzebny przypuszczalnie ich matkom, a także tej części w nich samych, która wciąż jest posłusznym dzieckiem swojej matki.

Widać też, że oboje nie przekroczyli emocjonalnie progu dojrzałości, która pozwala podejmować względnie autonomiczne decyzje we własnych sprawach. Wyzwaniem dla nich jest emocjonalne oderwanie się od matek i przyjęcie wobec nich pozycji „przyjaznej dorosłości”, wyrażającej się postawą: „Kocham cię i szanuję, zawsze będziesz moją matką, pozwól jednak, że tę sprawę rozwiążę po swojemu...”. Takie zachowanie na pewno napotka na opór, złość, wywoła poczucie winy i wiele wahań. Bo nie można liczyć na to, że matki zaakceptują ten kierunek zmian – gdyby temu sprzyjały, to samo stałoby się znacznie wcześniej.

Oboje w sposób niedojrzały reagują na trudną sytuację. On ma postawę roszczeniową (powinien być zaspokojony w swoich potrzebach seksualnych, bo tak się stara), równocześnie pełen jest żalu i poczucia winy (może jednak nie wystarczająco się stara, może jest ofermą, a nie mężczyzną, skoro jego starania nie przynoszą efektów), a nawet gotów do rezygnacji (chyba się rozstaniemy). Ona nie mówi o rozstaniu. Sądzi, że może im się udać i zależy jej na tym. Stara się zadowolić męża, godząc się na niechciany seks, w tej sytuacji z góry skazany na niepowodzenie.

Doświadcza przy tym poczucia winy, że nie spełnia „standardów” i obiegowych opinii w kwestii: „co kobieta powinna odczuwać, gdy on tak się stara”. Oboje przepełnieni są lękiem i poczuciem, że „coś ze mną jest nie w porządku”. Wyraźnym echem w ich reakcjach odbija się dziecięca postawa wobec rodzica: „on tak się stara, a mnie się nic nie udaje”. Owego wewnętrznego, wymagającego rodzica każde z nich dostrzega w partnerze (mechanizm projekcji). Reaguje na niego tak, jak zwykle reaguje dziecko – pragnieniem akceptacji, wstydem, poczuciem winy i ukrywaną złością.

Wyzwaniem dla tej pary jest „spotkanie się” małżonków takimi, jakimi są naprawdę. Aby tak się stało, muszą odrzucić przymus perfekcyjności, zgodzić się na to, że nie muszą być we wszystkim doskonali. Dopuścić myśl, że można być niedoskonałym i kochanym, i w pełni doświadczać tej miłości. Najpierw każde z nich powinno poznać siebie samego, tego, kto kryje się za fasadą. Dopiero wtedy będą mogli pokazać to nowe „ja” partnerowi. Co jeszcze?

On musi zrezygnować ze stosowania tanich chwytów zaspokajania kobiety, a zamiast tego spróbować poznać żonę. Poznać jej uczucia, ciało, przekonania, związane zarówno z pieszczotami, aktem płciowym, jak też z ich relacją w ogóle. Ona musi powiedzieć mu „nie” tam, gdzie pragnie to powiedzieć. I zrobić to otwarcie, bez udawania, bez poczucia winy czy lęku, ale też bez agresji, czy chęci rewanżu. Naturalnie, nie odrzucając przy tym także odpowiedzialności za powodzenie ich związku. Oboje muszą porzucić destrukcyjne schematy reagowania na sytuację trudną na rzecz porozumiewania się wprost. Wiedząc, że nie oznacza to definitywnego zakończenia ich problemów, lecz tylko (aż?) lepsze ich rozwiązywanie.

A co im w tym pomoże? I on i ona ze wzruszeniem mówią o synku, jest on dla nich niezwykle ważny. Spełniają więc regułę pewnego mędrca, który spytany przez dwoje świeżo poślubionych o to, jak zachować powodzenie i szczęście w małżeństwie, odrzekł: „Kochajcie razem wspólne rzeczy”. Jeśli nadal zechcą rozwiązywać to, co określili jako „problem seksualny” i zaczną powoli dostrzegać jego powiązania z doświadczaniem tożsamości i więzi, wtedy naprawdę mają szansę. Muszą zaakceptować stosunek seksualny jako wyraz więzi, miłości, pewnego rodzaju „rozmowy” uczuć i ciał. Owo porozumienie winno odbywać się w zgodzie ze sobą, z rytmem potrzeb i uczuć, z wartościami określającymi, co jest dozwolone, i z szacunkiem zarówno dla siebie, jak i dla drugiej osoby.

Jak mówi mędrzec:„Śpiewajcie i tańczcie razem, lecz pozostańcie sobą, jak struny lutni, które drgają oddzielnie, choć grają tę samą melodię”.

Małżeństwo w wieku 38 i 41 lat. On elegancko ubrany, nieco bierny i wycofany, czasem zacięty i milczący. Ona aktywna, przebojowa, image typu artystyczny nieład, wiele i szybko mówi, bardzo ładna. Dla obojga jest to drugie małżeństwo. Pierwsze związki skończyły się rozwodem, oboje mają z nich dzieci. Jej córka (16 lat) mieszka z nią i jej aktualną rodziną. Jego córka (20 lat) mieszka z matką – byłą żoną. Mają też wspólne dzieci (dwoje) w wieku przedszkolnym. On prowadzi firmę, ona mu w tym pomaga. Na początku, po poprzednich nieudanych małżeństwach, byli sobą zafascynowani. Miało być zupełnie inaczej. Oboje mieli poczucie, że natrafili na „ideały swego życia”. Teraz po obu stronach zaczęły pojawiać się znajomości i flirty, które wspólnie uznali za niepokojące (oczywiście na zasadzie: „To twoje znajomości niosą zagrożenie dla związku, moje są absolutnie bezpieczne”). Każde z nich chce wiedzieć, dlaczego to drugie nie chce zrezygnować z owych niebezpiecznych znajomości. Każde utrzymuje, że jego flirt jest wyłącznie odpowiedzią na flirt współmałżonka. Nie wiadomo dokładnie, kto i kiedy zaczął.

Bardzo ich to zajmuje. Każde z nich żąda o...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy