Brak wyników

inne , Praktycznie

27 września 2017

Najważniejsza, bo nieużyteczna

1

Kiedy patrzę, jak dwie małe dziewczynki, Chinka i Tybetanka, pochylają się nad wierszem albo nad baśnią Andersena i próbują o tym rozmawiać – myślę, że to jest cud - mówi Anna Piwkowska.

MAGDA BRZEZIŃSKA: Czuje Pani niepokój? To, że – jak w jednym z Pani wierszy – „dni są niepewne” i „nikt już nie potrzebuje snów”? Że żyjemy w rzeczywistości chybotliwej?
ANNA PIWKOWSKA: Tak, rzeczywiście jest to odczuwalne. A poeci bardzo wyraźnie wychwytują niepokojące bodźce z zewnątrz i dają wyraz swoim niedobrym przeczuciom. Mam wrażenie, że towarzyszy nam teraz drżenie i żyjemy w jakimś dusznym klimacie, jakby w przeddzień apokalipsy. Ten niepokój wnika do poezji.

Jakie jest źródło tego niepokoju?
To się bierze chyba z umiejętności – charakterystycznej dla każdego człowieka posiadającego gen metafizyczny – odczuwania i widzenia rzeczy pod podszewką świata. Czujemy, że gdzieś obok naszego bezpiecznego świata jest okrucieństwo, krew i pazury. Obie te rzeczywistości oddziela granica tak delikatna, jak parawan z papieru. To jest wpisane w egzystencję ludzką, nie byłoby piękna, gdyby nie było cienia, okrucieństwa. Myślę, że w ogóle ten niepokój: niepokój przemijania, niepokój przed unicestwieniem, niepokój egzystencjalny, który nas dopada, jest nierozerwalnie związany z podziwem dla świata, z chęcią życia.
Tadeusz Różewicz, który pisze po II wojnie światowej, po przeżyciach Holokaustu – „mam dwadzieścia cztery lata/ocalałem prowadzony na rzeź”, z jednej strony stwierdza, że poezja po tak strasznym doświadczeniu nie ocali świata i niczego nie wyjaśni, jednak z drugiej strony jest głęboko przekonany, że poezja może dać jakąś odpowiedź, bo woła z wnętrza chaosu. Ja natomiast myślę, że poezja woła także z wnętrza harmonii i dlatego może nam przynieść odpowiedź.

I jaką odpowiedź Pani, jako poetka, ma dla mnie – na te niepokojące czasy? Czym mnie pokrzepi?
Myślę, że to nie poeta daje odpowiedź, ale poezja... Miłosz pytał: „czymże jest poezja, która nie ocala Narodów ani ludzi?” – według mnie może istnieć taka poezja, ponieważ jeśli poezja ocala, to ocala tylko konkretnego człowieka, bo poezja jest intymnym spotkaniem człowieka z człowiekiem, tego, który czyta, z tym, który pisze. Wydaje mi się, że nigdzie nie odkrywamy siebie, sensu istnienia tak prawdziwie, jak wtedy, gdy czytamy poezję albo gdy się modlimy czy medytujemy. Bywa, że poezja milczy wobec naszych pytań, niepokojów, ale daje poczucie, że je słyszy. I jest to chyba najintymniejszy kontakt, spotkanie, jakie może zaistnieć. Josif Brodski w swoim mądrym i dowcipnym przemówieniu noblowskim powiedział, że „sztuka uczy prywatności ludzkiego istnienia”, że „niejedno można dzielić: chleb, łoże, przekonania, ukochaną, ale nie wiersz”. Poezja uczy nas też pewnego rodzaju przeżywania. Brodski pisał, że „estetyka jest przed etyką” – jest pierwszym drgnieniem, pierwszym pulsem etyki – więc poeta nie ma moralności, on ma nerwy, pewne rzeczy są dla niego nie do zniesienia.

Nie do zniesienia jest dramat uchodźców tonących u brzegu Lampedusy, koczujących u granic, nie do zniesienia jest odradzający się faszyzm?
Gdy wspomina pani o Lampedusie, przychodzi mi na myśl książka Jarosława Mikołajewskiego Wielki przypływ – w tym reportażu zadziało się coś podobnego do odczucia poetyckiego. Kiedy Jarosław Mikołajewski pojechał na Lampedusę jako dziennikarz, stanął przed mnóstwem pytań, na które nie otrzymał odpowiedzi. Doktor Bartolo opowiadał mu, że ratując ludzi przypływających na łodziach i grzebiąc tych, którym nie udało się przetrwać drogi, płakał wiele razy. I właściwie tylko ten płacz mógł być odpowiedzią na pytania, które pojawiły się w jego głowie. Doktor Bartolo zobaczył, że wielu z tych martwych ludzi miało na szyjach łańcuszki z krzyżykami, które potem – pewnie gdy stawało się dla nich jasne, że nie przeżyją drogi – wkładali pod język. Pomyślał, że zanim zostaną pochowani, ochrzci ich, niezależnie od tego, jakiego byli wyznania. Jarosław Mikołajewski zmaga się w swoim reportażu z mnóstwem pytań i ten dziennikarz, reportażysta, ale również wspaniały poeta, już w samolocie odlatującym z Lampedusy pisze poemat, który jest być może odpowiedzią na te pytania. Poezja zatem może dawać odpowiedzi na nasze pytania.

Ale Różewicz po Holokauście ściszył głos do szeptu, a wielu poetów zamilkło...
Myślę, że jest taki moment, kiedy się patrzy na ludzkie cierpienie i właściwie tylko milczenie jest odpowiedzią. Poezja jest dla mnie bytem tajemniczym, dlatego że od początku świata jest właściwie tylko jeden poeta, który mówi językami wielu poetów. Kapłani, którzy w grotach Lascaux i Altamiry malowali swoje naskalne rysunki, bizony niebieskie od światła, to byli właśnie pierwsi poeci. Odkrywane w prehistorycznych grobach figurki ptaków, z którymi chowano ukochanych zmarłych – to też była jakaś próba wiersza, skomunikowania się z niewiadomym. Myślę, że nie w formie tkwi istota poezji, tylko w jej przesłaniu. Dla mnie jest najważniejsze, żeby poeta miał gen metafizyczny, przez który komunikuje się z duszą świata. Chodzi mi o pewien rodzaj duchowości.

Bo jak powiedział André Malraux „XXI wiek będzie wiekiem duchowym, religii, albo nie będzie go wcale”?
Całkowicie się z tym zgadzam. A poezja pozbawiona tego metafizycznego odczynu, pozbawiona duchowości, jest tylko czczą zabawą, formalną grą, kuglarstwem. Zgadzam się z Brodskim, który powiedział, że poeta jest ze swej natury istotą religijną, przy czym nie chodzi o jakąś konkretną religię, ale o duchowość. Poeta zasiadający przed czystą kartką papieru wierzy, że jest jakaś siła, dla której on jest tylko medium. I rzeczywiście czasami ręka sama prowadzi. Kiedy zaczyna się wiersz, czasami ma się jakiś koncept, pomysł, a czasami jest tak, że to język prowadzi. To sam Dajmonion przemawia...
…i zostawia wiadomość – taką jak rysunki w grotach w Lascaux – dla drugiego serca? Jaką wiadomość Pani chce zostawić?
Oczywiście kiedy się nad tym zastanawiam, na poziomie intelektualnym, to wiem, jaką chcę zostawić wiadomość, natomiast kiedy piszę, to... chyba jednak wiersz jest wiadomością, jaką podświadomość pozostawia świadomości. Siłą poezji jest to, że w jakimś sensie kontaktujemy się nie tylko z drugim człowiekiem, ale i z drugim sercem, z inną podświadomością, czyli z czymś najintymniejszym. Kiedy piszę wiersz, to często jest on zaskoczeniem dla mnie samej, ponieważ odpowiada na jakieś moje pytania, których sobie wprost nie postawiłam albo boję się je postawić. Kiedy piszę o przeczuwanej czy przewidywanej śmierci ukochanych osób, jest to jakiś list, wiadomość dla mnie. Kiedyś, jako dziec[-]ko, powiedziałam w gorącej rozmowie z moim ojcem: „ale pamiętaj, że jak umrzesz, to musisz mi dać jakiś znak”. A tata na to: „no tak, ale problem polega na tym, że nikt stamtąd nie przysyła pocztówek”. Rok temu zmarł, a po jego śmierci przyszła do mnie taka myśl, że my te pocztówki sami piszemy już wcześniej. W jakimś sensie wyprzedzamy swoje pytania, wyprzedzamy swoją rozpacz, cierpienie, które boimy się nazwać, ponieważ chcemy dostać tę pocztówkę, dostać odpowiedź.

Czasami ta odpowiedź przychodzi w innym języku, tak jak w Pani wierszu „Wieża Babel”. Jedynym słowem, którym bohaterka mogła porozumieć się z prababką, było słowo apelsinas.
Apelsinas, czyli pomarańczowy, z litewskiego. Mój tata urodził się w Wilnie, na Antokolu, a rodzina mieszkała pod Wilnem. Przyjechali do Polski dopiero na początku 1946 roku, ponieważ czekali na mojego dziadka, który był w armii Andersa. Babcia bała się, że dziadek ich nie odnajdzie, jeśli wyjadą wcześniej, bez niego. Tak więc czekali, przyjechali do Polski bardzo późno, mój dziadek odnalazł ich przez Czerwony Krzyż. Pamiętam, że moja prababka śpiewała mi piosenki po litewsku, zresztą mój ojciec też znał język litewski, miał kolegów Litwinów, Białorusinów, przyjaciółkę Żydówkę. Niemcy zastrzelili Różę w ich wspólnym ogrodzie. Wspominał ją bardzo często. Ja od dzieciństwa słuchałam tych opowieści z Litwy. Słuchałam prababki, która mnie właściwie wychowywała, śpiewała mi piosenki po litewsku, ale rozmawiała ze mną po polsku. Kiedyś dostałam białego psa z pomarańczowymi uszami. Zastanawialiśmy się jak go nazwać, a prababka powiedziała: Apelsinas, czyli pomarańczowy. To słowo przetrwało we mnie jako słowo, które daje światło.

Daje światło, bo otwiera na to, co inne, obce?
Tak. Opowieści w domu o przyjaciołach i przyjaciółkach mojego taty, o sześcioletniej Róży, o dziewięcioletnim Białorusinie Kisieluku, o tatarskim chłopcu zwanym Czinczikiem Bałabajką i o ich wspólnych przygodach... – to dało mi od dzieciństwa otwartość na różnorodność świata. Poza tym myślę, że poeta powinien być osadzony w świecie, powinien mieć zawód, tak jak Kawafis, który pracował w ministerstwie rolnictwa i nawadniania, czy Eliot, który pracował w banku. Ja pracuję w Zespole Szkół „Bednarska”, w gimnazjum „Startowa” w Warszawie, gdzie uczę między innymi dzieci uchodźców. Uczą się razem z polskimi dziećmi, ale czasami potrzebują dodatkowych lekcji polskiego. Kiedy patrzę, jak dwie małe dziewczynki, Chinka i Tybetanka, pochylają się nad wierszem albo nad baśnią Andersena i próbują o tym rozmawiać – myślę, że to jest cud. Rację miała Irena Sendlerowa, przywołując słowa Talmudu: świat jest podtrzymywany oddechem dzieci śpieszących do szkoły.

Dzieci jeszcze czytają poezję, czują poezję?
Czują poezję, jeśli się im powie, do czego poezja służy. Że ona nie służy do liczenia sylab, określania średniówki i wskazywania metafor, porównań i epitetów, chociaż są to umiejętności konieczne, by zdać testy... Ja powtarzam wszystkim moim uczniom, że wiersz jest po to, żeby go przeczytać i po to, aby nas wzruszył. Zaczynamy od starożytności, opowiadam im, czym było dla Greków katharsis, i oni nie bardzo rozumieją. Wtedy pytam, czy zdarzyło im się płakać na filmie. Tak! – odpowiadają. Czy zdarzyło się wam płakać, czytając powieść? Ależ tak. Czy zdarzyło się wam wzruszyć, czytając wiersz? Tak. Właśnie do tego służy poezja. Czytamy sporo wierszy i myślę, że nawet to lubią, gdy już zrozumieją, że mają prawo po prostu przeczytać wiersz, a potem pomilczeć. Lubią czytać na głos, lubią uczyć się na pamięć.

Uczy je Pani, że poezja, choć nie jest użyteczna, to jest bardzo potrzebna? Bo jak pisał William Carlos Williams: „Trudno jest czerpać/nowe wieści z wierszy/lecz ludzie dzień w dzień nędznie umierają/przez brak tego/co można znaleźć w wierszach”.
Czytałam kiedyś w „Gazecie Wyborczej” wywiad z profesorem Piotrem Śliwińskim, krytykiem literackim i badaczem poezji współczesnej, który apelował: czytajcie poetów, bo zginiecie! Przedstawiał tam tezy ostateczne, trochę jak Brodski, który uważał, że poezja jest najwyższą formą istnienia człowieka. Śliwiński powiedział, że temu populistycznemu bełkotowi, z którym teraz mamy do czynienia, możemy przeciwstawić tylko poezję. I jeżeli człowiek nie będzie czytał poezji, to zginie również społeczeństwo. Kiedy przestajemy czytać książki, a zaczynamy słuchać polityków, czy tego populistycznego niby-języka, to stajemy się etycznie mniej wrażliwi. Nasz język staje się inny i od razu zmienia się nasza perspektywa etyczna, od razu coś się w świecie zmienia na gorsze. Jak to jest u Herberta? „Łańcuchy tautologii, parę pojęć jak cepy, żadnej dystynkcji w rozumowaniu”.

Adorno w swoim słynnym eseju napisał, że odejście od poezji, od estetyki, a skierowanie się i skupienie na racjonalizmie jest odcięciem się od natury i od duchowości. I to jest prosta droga do unicestwienia.
Ten sam Adorno powiedział, że poezja po Holokauście jest niemożliwa, a jednak – i tu wracamy do pani pytania z początku rozmowy – to właśnie poeci dali odpowiedź na dramat Holokaustu. Dał odpowiedź Różewicz, chociaż bardzo niechętnie i bardzo ściszonym głosem. Dał odpowiedź Miłosz, Brodski, Derek Walcotte, Wystan H. Auden, Robert Hass, Achmatowa pisząca po doświadczeniu dwóch strasznych totalitaryzmów: niemieckiego i rosyjskiego. Dała odpowiedź Elizabeth Bishop, Anne Sextone, Wisława Szymborska. Więc poeci sami odpowiedzieli na tę ostateczną tezę Adorno, pisząc wspaniałe wiersze i drążąc w pustce i w chaosie drogę do światła, harmonii. Odpowiedzieli, że poezja jest możliwa i że być może na te wszystkie nasze pytania nie ma odpowiedzi, być może jest tylko pytanie. Pisali wiersze, stawiali pytania, a my możemy w ich poezji próbować znaleźć jakąś odpowiedź, skoro na nasze szczęście ta poezja istnieje.

Tylko czy ta intymność, ta komunikacja szeptem poprzez wiersz, książkę przetrwa? Obliczono kiedyś, że w każdym pokoleniu poezję czyta zaledwie jeden procent populacji. Wydaje się, że słyszani są tylko ci, którzy krzyczą najgłośniej, których racja jest na wierzchu i którzy mają do zaoferowania jakieś użyteczne narzędzie...
No ale kultura, poezja nie może być narzędziem, nie może być na czyichkolwiek usługach, bo wtedy przestaje być poezją. Przekładanie wszystkiego na użyteczność jest wielkim grzechem naszego społeczeństwa. Nie wszystko, co jest użyteczne i przynosi materialną albo ideologiczną korzyść, jest dla człowieka dobre. A to, co takiemu światu operującemu punktacją i wyceną wydaje się niepoważne i niepotrzebne, jest – w ostatecznym rozrachunku – rzeczą najważniejszą. Stendhal, Cwietajewa, Achmatowa, Flaubert, Chateaubriand, Balzak i wielu innych nie potrafili tworzyć bez miłości. Ortega y Gasset napisał, że pisarz-filozof Stendhal większość swojego czasu trawił na miłostkach. Dla niego najważniejsza była miłość i miłostki – mówił, że tylko dzięki miłosnej energii może tworzyć. I faktycznie wiele energii wkładał w to, by być wiecznie zakochanym. Właściwie nie wiadomo, dlaczego uważa się, że to są rzeczy niepoważne. Że miłość jest rzeczą niepoważną, flirt jest rzeczą niepoważną i że zabawa jest także rzeczą niepoważną. Na radość i poezję często szkoda nam czasu. A one są przecież tak naprawdę najważniejsze! Jak śpiewała Ewa Przybyłowicz – „najważniejsze są fiołki”. 

 

Przypisy