Dołącz do czytelników
Brak wyników

Praktycznie , emocje

18 listopada 2015

Naprawdę jest mi przykro

8

Gore Vidal, amerykański pisarz i polityk, pisał, że samo odniesienie sukcesu nie wystarczy, by poczuć prawdziwą satysfakcję. Daje ją dopiero porażka innych ludzi. Skąd w nas skłonność do cieszenia się z cudzego nieszczęścia?

„Jaka piękna katastrofa...” – słowa te wypowiada tytułowy bohater filmu „Grek Zorba”, patrząc na walącą się w gruzy kopalnię. Jego własną kopalnię. To niespotykana reakcja, wszak zachwyt nad fiaskiem przedsięwzięcia, które miało być interesem życia, zdarza się raczej osobom postronnym niż temu, komu dzieje się szkoda. Taka przyjemność czerpana z cudzego nieszczęścia to tzw. schadenfreude (z niem. schaden – szkoda, krzywda i freude – radość, frajda).
Większość ludzi doświadcza schadenfreude, choć nie każdy w obliczu tych samych wydarzeń czy w takim samym stopniu. Jak wynika z badań, tego typu reakcje najczęściej wykazują osoby z niską samooceną. Co więcej, badanych nie cieszyło nieszczęście przypadkowych osób, lecz nieszczęście tych, których – świadomie lub nieświadomie – postrzegali jako lepszych od siebie pod względem statusu społecznego, materialnego lub intelektualnego. Im wyższą pozycję społeczną bądź ekonomiczną ktoś posiada, tym bardziej ludzie mogą życzyć mu porażki. Widać to zwłaszcza na przykładzie załamanych karier polityków czy szefów korporacji. Prof. Michelle K. Duffy z University of Kentucky po przeanalizowaniu relacji między pracownikami a kadrą kierowniczą doszła do wniosku, że degradacja przełożonego w wyniku wykrycia afery „pozwala przeciętnemu człowiekowi stwierdzić: aha, nie zasłużył na te wszystkie przywileje, ponieważ zdobył je nieuczciwymi sposobami. Teraz może sobie wytłumaczyć: zajmuję niższe stanowisko nie przez mój brak umiejętności, ale dlatego, że nie posunąłbym się do nieetycznych zachowań, których on się dopuścił”.

Filozofowie od wieków zastanawiali się nad naturą schadenfreude. W Fileb Platona Sokrates przyjemność czerpaną z nieszczęść przyjaciół nazywa zawiścią, „niesprawiedliwym cierpieniem i rozkoszą”.

Cieszenie się z niepowodzenia bliźniego zawsze postrzegane było jako bardziej perwersyjne, niż odczuwanie niezadowolenia z czyjegoś szczęścia; jako moralnie naganne, podlejsze niż zazdrość (uznawana przecież za jeden z grzechów głównych). Richard Chenevix Trench, XIX-wieczny arcybiskup brytyjski, napisał, że nawet słowo dla takiej zasługującej na potępienie emocji byłoby „dowodem na splugawienie obyczajności”. Niemiecki filozof Arthur Schopenhauer twierdził wręcz, że „poczuć zazdrość jest rzeczą ludzką, ale poczuć radość z nieszczęścia innych ludzi – szatańską”.

Równanie w dół
Współcześni naukowcy patrzą na schadenfreude z wyrozumiałością i prowadzą swoje badania w oparciu o teorię porównań społecznych, stworzoną w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku przez prof. Leona Festingera. Teoria ta zakłada, że sami siebie oceniamy nie tyle na podstawie obiektywnych standardów, ile porównując się z ludźmi ze swojego otoczenia. Dr Mina Cikara z Harvard University sugeruje, że porównania społeczne to istotny element układanki w zrozumieniu schadenfreude: „Poczucie niesprawiedliwości odgrywa istotną rolę w życiu ludzi. Odczuwają satysfakcję, gdy komuś, kto – ich zdaniem – nie zasługuje na wszystko, co ma, nagle zostaje to odebrane”. Wielu badaczy uważa, że źródłem radości z cudzego nieszczęścia może być również ulga doznana na myśl, że ominęło ono nas. Amerykańscy psychologowie społeczni prof. Roy F. Baumeister i prof. Brad J. Bushman, autorzy bestselleru Social Psychology and Human Nature, nazwali schadenfreude „najbardziej podstawowym konfliktem zachodzącym w umyśle człowieka”, zderzeniem naszych egoistycznych impulsów i samokontroli.

Z kolei psychologowie ewolucyjni twierdzą, że jesteśmy biologicznie zaprogramowani na odczuwanie przyjemności z bólu tych, którym powodzi się lepiej od nas. Niech nam się nie zdaje, że przyjemność z cudzego nieszczęścia odczuwają wyjątkowo nieczuli, egoistyczni i gruboskórni ludzie. Odczuwamy ją... wszyscy! Schadenfreude jest powszechne, przekonuje profesor Richard H. Smith, a na poparcie tej tezy w książce The Joy of Pain: Schadenfreude and the Dark Side of Human Nature przytacza szereg przykładów z kultury popularnej, telewizyjnych reality show, show-biznesu, sportu i polityki. „Zyskujemy na porażkach innych, ponieważ »równanie w dół« umacnia naszą pozycję społeczną i poczucie własnej wartości. A to niemałe korzyści” – twierdzi psycholog. I dodaje, że przyjemność czerpana z nieszczęścia drugiego człowieka – choć naturalna – jest szkodliwa, jeśli jej sobie nie uświadamiamy i nie poddajemy kontroli. Dlaczego to ważne? „Odczuwamy schadenfreude, gdy jesteśmy jedynie świadkami cudzego cierpienia, a nie wtedy, gdy sami je spowodujemy”. Co wynika z tego rozróżnienia? Psycholog wskazuje, że schadenfreude pozwala biernie obserwować czyjś upadek czy poniżenie i jednocześnie utrzymać poczucie własnego człowieczeństwa. Nie przyłożywszy ręki do przyspieszenia biegu spraw, „obserwator” przyznaje sobie prawo do stania z boku i napawania się „dziejową sprawiedliwością”...

Z badań przeprowadzonych przez profesora Smitha i zespół psychologów z University of Kentucky wynika, że schadenfreude towarzyszy najczęściej trzem okolicznościom. „Po pierwsze, gdy ludzie korzystają na czyjejś porażce; co ujawniły badania nad rywalizacją w sporcie i polityce. Po drugie, kiedy ludzie obserwują hipokrytów ponoszących przykre konsekwencje własnych nieetycznych działań. Po trzecie, gdy kogoś przepełnia poczucie niższości, wrogości i niechęci, będące pożywką dla przyjemności odczuwanej w obliczu cierpienia osoby, której ten ktoś zazdrościł” – wyjaśnia prof. Smith w artykule „Exploring the When and Why of Schadenfreude”. Zaznacza, że choć wszyscy możemy doświadczać schadenfreude, to jednak wcale nie musi to oznaczać sadystycznego upajania się niedolą drugiej osoby.

Zawiść zabija empatię
Jak się rodzi nasza radość z cudzej katastrofy? Badacze od lat poszukują odpowiedzi na to pytanie. Szukają jej w biologii ewolucyjnej, neurobiologii i psychologii społecznej, przeprowadzają eksperymenty, wywołując schadenfreude w warunkach laboratoryjnych...
Profesor Smith podczas jednego z eksperymentów pokazał studentom dwa filmy – w obu wystąpili aktorzy odgrywający role przyszłych studentów medycyny. W pierwszym zobaczyli chłopaka, który pochodził z zamożnej rodziny, miał atrakcyjną narzeczoną, drogie auto i przechwalał się, że nie zamierza przykładać się do nauki, bo i tak będzie dostawać najlepsze stopnie. Bohater drugiego filmu był skromny, nie miał dziewczyny ani samochodu i choć uczył się po nocach, nauka nie szła mu za dobrze. Z kwestionariuszy...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy