Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rodzina i związki , Praktycznie

2 lutego 2018

Spotkanie z rozstaniem

4

Spotykamy się. Jakiś czas jesteśmy razem, coraz bliżej. Przychodzi pora rozstania - ktoś odchodzi, ktoś zostaje porzucony. Czy może ono obyć się bez cierpienia? Czy trzeba zniszczyć coś, żeby się móc rozstać - z osobą, ideą, wspomnieniem, pasją?

Gdy się miało szczęście, które się nie trafia:/czyjeś ciało i ziemię całą,/a zostanie tylko fotografia,/to – to jest bardzo mało... pisała Maria Pawlikowska-Jasnorzewska po rozstaniu z Janem Pawlikowskim, swym drugim mężem. Od pierwszego męża, Władysława Bzowskiego, odeszła sama. Drugi był miłością jej życia. Gdy zdradził ją z jakąś tancereczką, nie mogła wybaczyć. Ale rozstać się też było trudno. Jakby tchu zabrakło. W wierszu „Miłość” pisała: Nie widziałam cię już od miesiąca./I nic. Jestem może bledsza,/trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca,/lecz widać można żyć bez powietrza! A potem spotkała lotnika, Jerzego Stefana Jasnorzewskiego. Trzeciego męża.

Zawsze zaczyna się od spotkania. Nie ma rozstań bez wcześniejszych spotkań. Rozstania bowiem są drugą stroną lub końcem tego, co rozpoczyna się spotkaniem. Jak zauważają Maria Anna Oleś i Piotr K. Oleś („Charaktery” 5/2007): „Niektóre spotkania mają tajemniczą moc. Wyławiamy je pamięcią spośród wielu innych, które były tylko mijaniem się”. Nasze życie okazuje się pasmem spotkań i rozstań: z ideami, pasjami, celami i osobami, z sensem życia odnalezionym, który potem znów tracimy. „Bywa, że towarzyszymy sobie jakiś czas, by potem twórczo się rozstać. Tak się zdarza w przypadku wielkich indywidualności, z których każda musi w pewnym momencie pójść w swoją stronę. Ani Alfred Adler, ani Carl Gustaw Jung nie stworzyliby swoich oryginalnych koncepcji, gdyby nie uwolnili się spod wpływu Zygmunta Freuda” – twierdzą Maria Anna Oleś i Piotr K. Oleś.

Drzwi w obie strony

Wydaje się, że wszystkie tego rodzaju spotkania mają podobną dynamikę: najpierw jest kontakt, zbliżenie, zainteresowanie i/lub fascynacja, potem obcowanie, rozwijanie relacji, przeżywanie emocjonalne, trwanie w niej i satysfakcje, a także trudności, które nieodmiennie towarzyszą spotkaniom. Spotkania wymagają trudu, z czasem rosną trudności, pojawiają się ambiwalencje, oddalanie się, porzucenie i wreszcie zakończenie relacji. Bywają też powroty. Są pary i miłości, które poruszają się przez fazy rozstań i powrotów do całkowitego zmęczenia. Jak mówi Wojciech Eichelberger: „Na drodze życia napotykamy bramy ważnych życiowych decyzji. Przekraczając je, z lękiem żegnamy się z tym, co znane. (...) Wydaje nam się, że po drugiej stronie drzwi nic nie ma. Zapominamy, że każde wyjście jest jednocześnie wejściem, że każde drzwi muszą gdzieś prowadzić”. Tam, gdzie jakaś relacja się kończy, z czasem pustka energetyczna wypełnia się nową więzią i relacją z obiektem podobnym lub całkowicie różnym. Pojawiają się nowe zainteresowania, zajęcia, miłości, pasje. Możemy wtedy oddawać się celom ważnym społecznie, służbie ludziom i zmienianiu świata na lepsze.

O takiej możliwości pisze Erik H. Erikson w psychospołecznej teorii rozwoju osoby ludzkiej. Charakteryzuje życie ludzkie i rozwój osoby jako ciąg kolejnych stadiów i związanych z nimi kryzysów. Ostatnia, ósma faza w dorosłym życiu dotyczy kryzysu między integralnością a rozpaczą, wynikającą ze zmiennych kolei losu i kruchości egzystencji. Na tym etapie człowiek staje się świadom różnych stylów życia i ich względności, a zarazem gotów jest bronić własnego stylu życia i chronić go przed wszelkimi zagrożeniami. Pokonując rozpacz, ma szanse rozwinąć mądrość – rozumianą jako „bezstronne zainteresowanie samym życiem w obliczu samej śmierci”. Dostrzega, że jego życie ma cel i sens, wynikający z ogólniejszego porządku. To szczególne spotkanie z sensem życia obejmuje też ludzi i ich świadectwa, style życia, a także świat nieożywiony i pasje, jakie można znaleźć w odkrywaniu tego sensu.

Rozwód z nadzieją

Wydaje się, że albo my spotykamy kogoś, albo „coś” spotyka nas. To „coś” oznacza ważkie, uwewnętrznione doświadczenie. Spotkanie kogoś ważnego oznacza drgnienie w nas samych, rodzą się emocje, jest akcja i działanie. W tym drugim przypadku – gdy nas coś spotkało – jesteśmy raczej bierną stroną zdarzenia. Mam na myśli wydarzenia nie tylko nieoczekiwane, ale też niechciane. Fascynacje i uczucia burzące porządek, który zbudowaliśmy w zgodzie ze sobą i z wyborami służącymi naszemu życiu. Jakieś niespodziewane zauroczenia, rozbudzenia zmysłów...

Dla większości z nas najbardziej ekscytujące są spotkania z osobami, o których myślimy, że ubogacą nasze życie o nowe doświadczenia, porządki i cele życiowe, przydadzą mu sensu, wraz z przyjemnością i satysfakcją obcowania zarówno z ludźmi, jak i z własnym samospełnieniem. „Pamiętamy te spotkania, w których dokonało się coś ważnego dla nas, które dały nam klucz do zrozumienia naszej historii. Dzięki nim dotarliśmy do jakiejś prawdy o sobie i świecie, i dokonała się w nas jakaś zmiana” – piszą Maria Anna Oleś i Piotr K. Oleś. Nic dziwnego, że rozstania z tymi osobami są najtrudniejsze. I nieważne, czy jest to rozstanie, o którym sami decydujemy, czy też wyznaczone przez ślepy los. Tak naprawdę rozstajemy się wtedy z własną, żywą jeszcze – przynajmniej w pamięci – nadzieją i pragnieniem spełnienia tego, co już pozostanie niespełnione.

Bywa też inaczej. Zdarzają się rozstania dobre dla nas, pożądane i przyjmowane z ulgą lub radością. Istnieje ulga wyjścia z opresji przemocy domowej. Ulga wyjścia ze związku, który stał się jałowy i wyczerpujący, zaś ludzie, którzy w nim trwają, nie potrafią go już ani przemienić, ani ulepszyć. Zwykle jednak nawet takie – chciane – rozstanie bywa trudne, bo jest rozstaniem z jakąś częścią siebie samego. Bierzemy tu „rozwód” z własną nadzieją i przywiązaniem do niej, z jakimś marzeniem, własną naiwnością i idealizacjami, z częścią siebie egocentryczną lub tą zachłanną. Nawet mądra i uzasadniona rezygnacja z relacji, czy też najbardziej racjonalna ucieczka są w efekcie doświadczeniem osamotnienia, mimo wszystko opuszczenia. Przykładem są tu ofiary przemocy domowej, które z jednej strony chcą uciec od opresyjnej sytuacji, zaś z drugiej strony boją się, że nie poradzą sobie w życiu bez sprawcy, którego spostrzegają jako silnego, zaradnego i skutecznego życiowo, w przeciwieństwie do siebie samej – słabej i niewiele wartej istoty... Niektóre z nich obawiają się kryzysu wartości, „przysięgałam, że go nie opuszczę aż do śmierci”.

Naturalną jest rzeczą, że w pracy z takimi osobami podejmujemy wielopłaszczyznowy dialog, mający na celu ochronę przed przemocą, co oznacza oderwanie się od sprawcy i jego wpływu. Wiemy, że to się udaje. Kobiety (częściej) umacniają się, separują i odchodzą. Następuje rozstanie, które wymaga odwagi i które buduje.

Ten odlatuje, ten zostaje

Wydaje się, że z psychologicznego punktu widzenia warto rozróżnić opcję „tego, który odchodzi” i „tego, który zostaje”, jest więc pozostawiony, porzucony. Nader rzadko opcje te są zbieżne. Ten, który porzuca aktywnie i z własnej woli, najczęściej doświadcza pewnego rodzaju ulgi, graniczącej równie często z dylematami sumienia. Można mieć poczucie winy, płynące ze zdrady własnych standardów moralnych, zasad życiowych lub świadomości cierpienia drugiej strony. Cierpienie to może być wspierane całkiem świadomym „dorzucaniem do ognia” przez osobę porzuconą, co nie ułatwia sprawy.

Praktyka psychologiczna zna psychoterapię z „pozostawionymi” czy „porzuconymi”, rzadziej zaś z tymi, którzy pragną (chcą) porzucić, choć i to się zdarza. Bywa, że ludzie, którzy zamierzają rozstać się, przychodzą po wsparcie do terapeuty. Z różnych powodów. Jedni potrzebują zachęty dla własnej decyzji, bojąc się utracić swoją determinację w obliczu protestów i nacisków drugiej strony. Inni poszukują formuły najmniej raniącej dla tego, kto pozostanie sam, po...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy