Brak wyników

inne , Praktycznie

27 września 2017

Strefa komfortu

1

Zrozumiałem, że to nie ściany i nie meble tworzą dom. Tworzę go ja, moi najbliżsi i nasze – oby wyrażane – emocje.

Opuściliśmy Brzesko, kiedy miałem jedenaście lat. Dwa miesiące po wprowadzeniu stanu wojennego, w wieku siedemdziesięciu trzech zaledwie lat, zmarł dziadek, babcia przeprowadziła się do nas, do Krakowa, i dom, w którym mieszkali przez ponad pół wieku, trzeba było zostawić. Dom, w którym urodził się i dorastał mój ojciec. Dom, w którym spędziłem spory kawał dzieciństwa. Dom magiczny, pełen starych mebli i tajnych zakamarków, z piecem chlebowym i wanną za parawanem w kuchni, z kasą pancerną w korytarzu i z dziecięcymi fantazjami o ukrytym na strychu pistolecie. Dom przy drodze na Sącz (zasypiając czasem w salonie, obserwowałem światła przejeżdżających, wówczas jeszcze nielicznych, samochodów), przy zabytkowej bramie wiodącej do parku (ojciec, na oko pięcioletni, w czapeczce z pomponami, ma zdjęcie u stóp bramy, pomiędzy stadkiem kur) i do położonego w tym parku dawnego pałacu barona Goetza; dom niedaleko Uszwicy i browarnianego stawu.

Nade wszystko: dom przy wejściu do ogrodów, którymi dziadek kierował – najpierw u samego barona, a potem, w czasach PRL-u, pod kuratelą Akademii Rolniczej (nazywało się to Rolniczy Zakład Doświadczalny: studenci przyjeżdżali na praktyki, a dziadek mógł dalej hodować swoje słynne ponoć nie tylko w Polsce storczyki).

Bawiłem się w tych ogrodach godzinami, podobnie jak w parku i w lesie nad pałacem, ciągnącym się aż do górnego Okocimia, gdzie chodziliśmy na grób prababci, a gdzie teraz leżą także dziadek i babcia. Jeździłem na rowerze, zamieniając klomb przed pałacem w stadion, gdzie finiszował Wyścig Pokoju. Wspinałem się na szklarnie i wchodziłem przez otwarte okienko na strych. Odwiedzałem kort tenisowy, strzelnicę i ukryty wśród pobliskich krzaków grób austriackiego żołnierza, poległego w czasie pierwszej wojny światowej. Wyprawiałem się aż za browar (wspomnienie odurzającego zapachu fermentującej brzeczki, roznoszącego się wzdłuż Uszwicy, towarzyszy mi do dziś), do ogródka działkowego cioci Stańkowskiej, i jeszcze dalej: do domu przyjaciół ojca, gdzie u Kasi Pacewicz fascynował mnie nie tylko drewniany konik na biegunach. Czasami na cmentarz zabierał mnie dziadek – wracając, kończyliśmy wyprawę w tak zwanym Pawilonie, restauracji pełnej myśliwskich trofeów barona, w której podawano najlepsze placki ziemniaczane świata.

Dom, który noszę w sobie

Do tego Brzeska wracałem od tamtej pory jeszcze parę razy, już jako człowiek dorosły – sam, a potem z żoną i z dziećmi. Widziałem podczas tych wizyt obrazy grodzenia parku (ktoś wykupił pałac, z myślą przerobienia go na hotel) i niszczenia domu, na którym widniał już napis „na sprzedaż”. A kiedy niedawno pojechaliśmy tam znowu, tym razem także z naszym najmłodszym synem, po raz pierwszy od trzydziestu kilku lat mogłem wejść do rodzinnego domu – drzwi, wyrwane z zawiasów, były otwarte, okna powybijane, na podłodze walały się jakieś flaszki, a strop w kilku miejscach podparto belkami. Kuba powiedział, że jedyne, co w tym wszystkim wydaje się przypominać dom, to sedes w pomieszczeniu, które kiedyś było łazienką, ale nie miał racji. Choć wszystko straszliwie zmalało, choć ściany od naszych czasów zostały tu i ówdzie przestawione, choć zniknęły piece, a za oknami na ogród zamiast azalii otaczających pomnik Flory zobaczyłem tylko dwumetrowe chaszcze, przypomniałem sobie przecież snycerkę drzwi do sypialni dziadków i wysypaną drobniutkimi kamykami posadzkę korytarza – tego, w którym podpierając się łokciami o ściany, uczyłem się jeździć na rowerze.

Nie, nie było mi żal. To nie był mój dom, a raczej to zawsze już będzie mój dom – mój, mojego ojca i mojego dziadka. Niezależnie od tego, czy zawali się ze starości, czy zostanie zburzony, czy ktoś go jednak kupi i odremontuje, będę go w sobie nosił. Niezależnie od tego, że w Internecie można znaleźć pełną dokumentację fotograficzną jego zniszczeń, wiem, że tak naprawdę wygląda inaczej (nie pierwszy to raz, gdy opis czy obraz jakiegoś miejsca lub zdarzenia, na jaki napotykam w gazecie, książce albo w sieci, przeczy mojemu doświadczeniu). Wiem też, że to nie ściany i nie meble – te z Brzeska pojechały zresztą do Krakowa i stoją u rodziców – tworzą dom. Że tworzę go ja i moi najbliżsi. Dom tworzy wszystko, co się między nami pojawia.

Najważniejsze zabrać ze sobą

Przeprowadzałem się w życiu parę razy. Zdarzyło mi się mieszkać w wielkim komforcie i nie widzieć, jak usypia to moją duszę. Mieszkałem też, ostatniej zimy, na plastikowych, ogrodowych meblach, w wynajętym na kilka miesięcy kalabryjskim mieszkaniu dla niezamożnych turystów – i byłem wówczas najszczęśliwszy. A stało się tak właśnie dlatego, że byłem z tymi, których kochałem: kiedy po urodzeniu się naszego trzeciego dziecka postanowiliśmy zwolnić tempo życia i wyjechać na Południe. I kiedy uczyliśmy się cieszyć smakiem porannej kawy i wieczornego wina, nawet jeśli filiżanki i szklanki, z których przyszło nam pić, były z gatunku najtańszych i kompletnie do siebie nie pasowały.

Wróciliśmy do Polski przed nadejściem wiosny. Ponieważ w piątkę nie zmieścilibyśmy się już w starym mieszkaniu, zostawiliśmy je w rękach przyjaciół, a sami wynajęliśmy dom pod miastem. Z pewnością również niedoskonały: z ciemnymi, biurowymi niemal meblami zamiast ukochanej sosny, z pourywanymi karniszami i szwankującym piecykiem... Ot, kolejna lekcja, że do życiowego komfortu potrzeba czegoś innego niż wystrój i dizajn. Już w Kalabrii przecież, gdzie ostatnie dni pobytu upływały nam pod znakiem żałoby z powodu zbliżającego się wyjazdu, nagle dotarło do nas, że wszystko, co w życiu najważniejsze, możemy zabrać ze sobą.

Najważniejsze, czyli prawdziwe (czasem do bólu). Wiosną nad pobliskim lasem przechodziła niejedna burza, a nasz nowy dom też był już świadkiem silnych wyładowań. Mam wrażenie, że przyjmował to z wdzięcznością, stając się przez to coraz bardziej... właśnie domem, czyli miejscem, gdzie szczerze i w poczuciu bezpieczeństwa można sobie wszystko powiedzieć. Czy nie na tym powinna polegać dbałość o komfort, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się kłócić z potrzebą życia w „świętym spokoju”?

Zazwyczaj cenimy go tak bardzo, że wolimy o pewnych rzeczach nie rozmawiać. Niby coś nas uwiera w zachowaniu najbliższych, niby nie do końca zgadzamy się z tym, co mówią i robią, ale uznajemy to za drobiazg i wybieramy milczenie – a potem sami już nie wiemy, jak to możliwe, że góra nieporozumień między nami stała się tak wysoka. W ostatnich dniach doświadczyliśmy także tego, i umiejętność radzenia sobie w takich sytuacjach (nawet za cenę wezwania fachowca do pociągniętej ze zbyt wielką siłą bramy) również wydaje się nam elementem „sztuki życia”. Trudniejszej niż jazda na dziecięcym rowerze po krętym korytarzu, ale przydatnej równie mocno, jak zachwyt wschodem słońca i zapachem espresso nad Morzem Jońskim. 

***

 

Przypisy