Brak wyników

inne , I

27 grudnia 2016

Svalbard – magia bieli

1

W tej części świata dominują żywioły i przyroda – 90 procent powierzchni Svalbardu jest niezmienione przez człowieka, a zaledwie 7 procent pokrywa uboga roślinność, dorastająca do 20 cm wysokości. Ludzie mieszkają tu dopiero od stu lat. Przestrzeń bieli i chłodu. Nieskończoności i samotności. Wymagający obraz pustki.

Zaproszenie na wspólną wyprawę na Północ otrzymałem od badaczy z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza – Jana Matuszewskiego i prof. Grzegorza Rachlewicza. Do Svalbardu na Arktyce ruszyliśmy wiosną 2015 roku, zaledwie dziesięć dni po moim powrocie z zimowej wędrówki z sankami po lodzie Bajkału. Do wyprawy dołączyli dr Mariusz Lewandowski i Konrad Stanoch.

Gdy w ramach przygotowań do wyjazdu czytałem o tej odległej i w gruncie rzeczy mało znanej krainie, intrygowały mnie nazwy i pojęcia polarne, takie jak: Góry Atomowe (Atomfjella), nunataki, strefa karmienia lodowców, cielenie się lodu, druzgot lodowy, szarża lodowcowa. Svalbard, zwany też Spitsbergenem, jest archipelagiem wysp – 13 większych i kilkuset mniejszych (często skał wystających z wody), z których największa to Spitsbergen Zachodni (37 673 km²) i Ziemia Północno-Wschodnia. Powierzchnia archipelagu to jedna piąta powierzchni Polski. Na stałe mieszka tu około 2800 osób, z czego ok. 1800 w stolicy – Longyearbyen. Na Svalbardzie więcej żyje niedźwiedzi polarnych niż ludzi. To prawie bezludna kraina bieli i błękitu z mrowiem lodowców, schodzących swymi krystalicznymi czołami do morza. Dolatując, z okien samolotu podziwiam szczyty górskie, gdzieniegdzie rozcinające śnieżną przestrzeń. Śnieg i lodowce pogrzebały góry i świat wokół jawi się niczym biała pustynia. Zastanawiam się, czy w ogóle uda mi się zrobić tu jakieś fotografie…

Korony za niedźwiedzia
Ruszyliśmy w pięciu. Plan był prosty, z pozoru. Sześć dni wędrówki z sankami, na biegówkach, z Longyearbyen do polskiej stacji polarnej „Petuniabukta” UAM. Następnie kilka dni badań i powrót do stolicy Svalbardu.

Przed wyprawą, jeszcze w kraju, przeszliśmy przeszkolenie strzeleckie, gdyż największym niebezpieczeństwem na Svalbardzie są niedźwiedzie polarne, objęte od lat 70. ochroną. Każdy, kto wybiera się poza stolicę, musi wziąć ze sobą broń, a gdy spotka niedźwiedzia – zachować się zgodnie z przepisami. Podczas wędrówki po Svalbardzie należy mieć ze sobą broń, rakietnicę i płotek hukowy, który rozstawia się wokół obozu na noc, by odstraszyć niedźwiedzia. Kto zabije zwierzę, nawet w obronie własnej, musi tłumaczyć się przed prokuratorem, a za „niestosowanie zasad podróżowania po terenie, gdzie występują białe niedźwiedzie”, nakładana jest grzywna – do 10 tys. koron norweskich (ok. 5 tys. zł).

My mamy ze sobą dwie sztuki broni, rakietnicę i płotek hukowy, ale i tak wystawiamy wartę każdej nocy. To pewniejsza metoda – wszak płotek hukowy znajduje się półtora metra od namiotu, więc jeśli niedźwiedź go sforsuje, to na reakcję nie zostanie nam wiele czasu.

Ruszamy w bezwietrzną, słoneczną pogodę przy niewielkim mrozie, więc możemy spokojnie rozbić namioty i cały obóz. Początkowo zajmuje nam to prawie trzy godziny. Trudno wbić półmetrowe śledzie w twardą lodową czy śnieżną pokrywę, tak by wytrzymały siłę wiatru. Część odciągów od namiotów mocujemy do czekanów i sanek obciążonych bagażem. Wieczorem zrywa się wiatr, jest minus piętnaście stopni Celsjusza. Korzystanie z „toalety” w takich warunkach nie należy do przyjemnych. Trzeba brać łopatkę i uwinąć się szybko, by nie nawiało w spodnie, jednocześnie obserwując okolicę, czy przypadkiem nie nadchodzi miś.

Zabawa żywiołów
Drugiego dnia pogoda nas nie rozpieszcza. Wieje tak mocno, że z trudem zwijamy obóz. Na nartach nie da się iść, więc je ściągamy. Kłaniamy się żywiołom, zgięci wpół przedzieramy się przez wirującą biel. Wędrujemy z prędkością 2–3 km/h, z zakrytymi twarzami, w goglach, opatuleni kapturami obszytymi futrem z jenota. Dolina zwęża się, co wzmaga wiatr do prawie 100 km/h. Drobinki śniegu z olbrzymią siłą uderzają w twarz. Wyczerpani, rozbijamy namioty, a przez całą noc wiatr szarpie odciągami i całym stelażem. Zastanawiamy się, czy namioty wytrzymają. Wytrzymały.

Dopada nas pierwszy kryzys, część uczestników chce przeczekać trudne warunki atmosferyczne w namiotach. Grzegorz (kierownik naszej grupy i szef stacji polarnej) motywuje nas i zwijamy obozowisko. Wędrujemy w zupełnej bieli. Czuję się, jakbym znalazł się w kompletnie innej rzeczywistości – w świecie mlecznego pyłu i wyjącego wiatru, w którym jedynym wyraźnym punktem odniesienia są ciemne sylwetki kolegów maszerujących przede mną. Otaczają mnie i przytłaczają żywioły. Idziemy po ziemi, a właściwie po ośnieżonych lodowcach, a wokół nas szaleje powietrze – wiatr z wodą jako drobinki śniegu. Żywioły bawią się z nami. A jednocześnie pejzaż jest urokliwy, niecodzienny, pięknie… ciężki. Śnieg tworzy wydmy, linie, zygzaki i zasłony bieli.

Gdy następnego dnia przechodzimy przez zamarznięty Tempelfjord, ukazuje nam się na brzegu zacumowany żaglowiec. Wygląda surrealistycznie. Okazuje się, że na statku mają gorącą herbatę, jedzenie, piwo, ale tylko dla grup zorganizowanych przez biura turystyczne. Miła Norweżka oznajmia, że nam może dać tylko zimną wodę. Jesteśmy oburzeni. Wody to sobie sami natopimy! Rzucamy parę niecenzuralnych słów i ruszamy przed siebie. Wspinamy się na lodowiec Burn Murdoch, z poziomu morza na 900 m wysokości. Nasze sanki ważą po 50 kg, ale nam wydaje się, że trzy razy więcej. Pot cieknie nam aż do butów. Po lodowcu Bolton docieramy do doliny Gipsdalen.

Tego dnia przemierzyliśmy 27 km. Umordowani, o zmierzchu wchodzimy na zamarznięty fiord, a tu niespodzianka. Około 800 m od nas poluje niedźwiedzica z trójką młodych. Podstawą pożywienia niedźwiedzi są foki, na które potrafią czekać godzinami przy otworach oddechowych wydrążonych w lodzie. Dorosłe samce niedźwiedzi ważą nawet do 600 kg, przy 3 m długości, a pożywienie wyczuwają z ponad 30 km. Futro i tłuszcz chronią je przed zamarznięciem w ekstremalnych warunkach, mogą niestety umrzeć z przegrzania, na przykład gdy długo uciekają przed śmigłowcem. Najtrudniejszym okresem dla niedźwiedzi jest lato, wtedy niełatwo o pokarm. Zdarza się, że włamują się do nielicznych chatek myśliwskich i wyjadają, co tylko znajdą, nawet skórzane paski lub proszek do prania. Pachniemy słoniną i boczkiem, więc oddalamy się.

Wymarłe miasteczko
Około drugiej w nocy docieramy do letniej stacji polarnej Uniwersytetu im. A. Mickiewicza. „Stacja” to w gruncie rzeczy dwa kontenery o wymiarach 2,5 na 4 metry, ale dla nas są jak luksusowy hotel. Następnego dnia jeden z kolegów odjeżdża taksówką (skuterem), my zostajemy. W kilka godzin skuter pokonał trasę, którą my przemierzyliśmy w tydzień.

Przygotowujemy drzewo z palet wykopanych spod śniegu do piecyka, w którym rozpalamy rano i wieczorem, by topić wodę i podsuszyć odzież. Pijemy herbatę, patrząc w śnieżną dal, ale już przez okno, uzupełniamy dzienniki podróży, rozkoszujemy się jedzeniem… Ot, takie proste czynności, a jak cieszą. Przed nami kilka dni badań, pomagamy profesorowi Grzegorzowi Rachlewiczowi dokonywać odczytów z małych stacji meteo, ustawionych m.in. na lodowcu Pollock.

Jedną ze stacji pogryzł niedźwiedź – jakby czuł tam wędzonkę. Naprawiamy ją, marznąc przy silnym, zimnym wietrze. Nieopodal oglądamy lodowiec Flora o pięknej, niebieskawej barwie. Ponad połowa powierzchni Svalbardu to lodowce, ok. 35 tys. km² (tyle, co całe województwo mazowieckie). Są to lodowce sieciowe, tutaj mają od 5 do 1000 km długości. Znajduje się tu największy norweski lodowiec (i trzeci na świecie) – Austfonna, z czołem lodowca o długości 200 km. Wieczna zmarz[-]lina szacowana jest tutaj na ponad 300 m – latem rozmarza na głębokość 1–2 metrów.

W tych surowych warunkach roślin jest niewiele. Drzewa nie przekraczają kilku centymetrów wysokości, płożąc się po ziemi. Są to dębiki, wierzby i brzozy polarne, które prawdopodobnie mają nawet kilkaset lat. Można więc powiedzieć, że niedźwiedzie polarne… chodzą po drzewach.

Nieopodal stacji polarnej znajduje się nieczynna obecnie rosyjska kopalnia węgla kamiennego, tzw. Piramida. W 1911 roku jej budowę rozpoczęli Szwedzi, w 1927 prawo do wydobycia sprzedali Związkowi Radzieckiemu. W latach 80. pracowało tu około 1500 osób. Do zamknięcia kopalni przyczyniły się zmiany w ZSRR w latach 90., nieopłacalność i katastrofa lotnicza w 1996 roku – zginęło wówczas 141 pracowników kopalni. Przez lata stała pusta, a dziś to surrealistyczny widok: budynki wewnątrz wyglądają tak, jakby opuszczono je przed chwilą – niedoczytane gazety, zastawione stoły… Miasteczko zbudowano „obowiązkowo” z pomnikiem Lenina, szkołą, przedszkolem, domem kultury i halą sportową z basenem. Mimo że opuszczone i w ruinie, jest jedną z ważniejszych atrakcji turystycznych na Svalbardzie. Turystów oprowadza przewodnik w stroju białogwardzisty, można skorzystać z noclegu w Piramidzie i z baru.

Warto również wspomnieć historię osady Ny-London, w której w latach 1911–1920 wydobywano marmur. Przedsiębiorczy Anglik namówił inwestorów na budowę kopalni i przez klika lat zbudowano osadę na ok. 70 osób, ułożono szyny, sprowadzono urządzenia, wagony z lokomotywą, rozpoczęto wydobycie i… okazało się, że ten piękny żyłkowany marmur ma mikroszczeliny wietrzeniowe, w których zamarza woda i rozsadza skałę, czyniąc ją praktycznie bezużyteczną. Pechowy inicjator tego przedsięwzięcia popełnił samobójstwo.

Pokora na wietrze
Wieczorem pakujemy się i ruszamy w drogę powrotną do stolicy. Wędrując wzdłuż fiordu, liczymy na znalezienie półki lodowej, po której łatwiej by nam się maszerowało. Półka lodowa to rodzaj występu lodowego utworzonego przez zamarznięte fale uderzające o brzeg. Po przejściu ok. 17 km rozbijamy obóz przy maleńkiej latarni morskiej, 500 m od brzegu fiordu. Wieje wiatr, więc budujemy murki ze śniegu. W trakcie rozbijania obozowiska profesor wspina się na latarnię i dostrzega niedźwiedzicę z dwójką młodych kilkaset metrów od nas. Wiemy, że ona wie, co my jedliśmy na obiad, my nie wiemy, kiedy ona jadła ostatni raz. Mamy w pogotowiu rakietnicę i broń. Zmieniamy się na warcie i ciągle obserwujemy niedźwiedzicę.

Następnego dnia wchodzimy na półkę lodową, która między zboczem a niezamarzniętym fiordem ma do 3 metrów szerokości, nieco dalej zwęża się do 1,5 metra. Pokrywający półkę lód jest nierówny, więc nasze sanki co chwilę się wywracają, a sznurki plączą. Odreagowujemy soczystą „łaciną”. Kilka metrów dalej półka lodowa zwęża się do pół metra szerokości, fale biją o brzeg lodowatą wodą, a jakby tego było mało – na śniegu widzimy świeże tropy niedźwiedzicy i jej młodych. Nie ma dokąd uciec! Modlimy się, by nie zechciała zawrócić. Maszerujemy, pomagając sobie w przeciąganiu sanek a to przez bryły lodu, a to po stromych zboczach z twardym, firnowym śniegiem, a to przez wąski kamienisty i co chwilę zalewany brzeg. Martwimy się, że jeśli będziemy przemieszczać się w takim tempie, czyli 2–3 km/h, to nie zdążymy na samolot. Czujemy się jak pierwsi odkrywcy – kompletnie nie wiemy, co nas czeka. Wyczerpani piekielnie trudnym trawersem wokół Cowanodden, docieramy

do przylądka Gåsodden. W wietrze i deszczu rozbijamy jeden namiot – przed wiatrem nie osłania nas nawet solidny śnieżny murek. Wszystko mokre, współczuję Jahowi, gdyż przypada mu pierwsza warta w deszczu z wiatrem. Moja warta jest znacznie przyjemniejsza, nie pada, chmury zmieniają się co 15 minut i pięknie, krwawo wstaje słońce. Wprawdzie dzień polarny jeszcze się nie zaczął, ale przez całą dobę mamy jasno. Na drugi dzień rano minus pięć stopni Celsjusza, wszystko zamarznięte na kość. Na Svalbardzie obawiać się można trzech rzeczy: wiatru, deszczu i niedźwiedzi.

Docieramy na przylądek Bjørnsletta, skąd mamy piękny widok na Tempelfjord. Udało się, rzucamy się sobie na szyję! Możemy przypiąć narty i spokojnie ruszyć dalej w kierunku Longyearbyen. W oddali dostrzegamy początkowo niewyraźne sylwetki dwóch osób z sankami. Gdy dochodzimy bliżej, okazuje się, że ciągną… kajaki! To Polacy, Norbert Pokorski i Krzysiek Michalski, doświadczeni polarnicy, którzy ze swoim „bagażem” – 150 kg przeszli 300 km. Byliśmy pod ogromnym wrażeniem ich sił i wytrwałości. A nam się wydawało, że mamy ciężkie sanki. Podróże uczą pokory. 

Zaproszenie na wspólną wyprawę na Północ otrzymałem od badaczy z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza – Jana Matuszewskiego i prof. Grzegorza Rachlewicza. Do Svalbardu na Arktyce ruszyliśmy wiosną 2015 roku, zaledwie dziesięć dni po moim powrocie z zimowej wędrówki z sankami po lodzie Bajkału. Do wyprawy dołączyli dr Mariusz Lewandowski i Konrad Stanoch.

Gdy w ramach przygotowań do wyjazdu czytałem o tej odległej i w gruncie rzeczy mało znanej krainie, intrygowały mnie nazwy i pojęcia polarne, takie jak: Góry Atomowe (Atomfjella), nunataki, strefa karmienia lodowców, cielenie się lodu, druzgot lodowy, szarża lodowcowa. Svalbard, zwany też Spitsbergenem, jest archipelagiem wysp – 13 większych i kilkuset mniejszych (często skał wystających z wody), z których największa to Spitsbergen Zachodni (37 673 km²) i Ziemia Północno-Wschodnia. Powierzchnia archipelagu to jedna piąta powierzchni Polski. Na stałe mieszka tu około 2800 osób, z czego ok. 1800 w stolicy – Longyearbyen. Na Svalbardzie więcej żyje niedźwiedzi polarnych niż ludzi. To prawie bezludna kraina bieli i błękitu z mrowiem lodowców, schodzących swymi krystalicznymi czołami do morza. Dolatując, z okien samolotu podziwiam szczyty górskie, gdzieniegdzie rozcinające śnieżną przestrzeń. Śnieg i lodowce pogrzebały góry i świat wokół jawi się niczym biała pustynia. Zastanawiam się, czy w ogóle uda mi się zrobić tu jakieś fotografie…

Korony za niedźwiedzia
Ruszyliśmy w pięciu. Plan był prosty, z pozoru. Sześć dni wędrówki z sankami, na biegówkach, z Longyearbyen do polskiej stacji polarnej „Petuniabukta” UAM. Następnie kilka dni badań i powrót do stolicy Svalbardu.

Przed wyprawą, jeszcze w kraju, przeszliśmy przeszkolenie strzeleckie, gdyż największym niebezpieczeństwem na Svalbardzie są niedźwiedzie polarne, objęte od lat 70. ochroną. Każdy, kto wybiera się poza stolicę, musi wziąć ze sobą broń, a gdy spotka niedźwiedzia – zachować się zgodnie z przepisami. Podczas wędrówki po Svalbardzie należy mieć ze sobą broń, rakietnicę i płotek hukowy, który rozstawia się wokół obozu na noc, by odstraszyć niedźwiedzia. Kto zabije zwierzę, nawet w obronie własnej, musi tłumaczyć się przed prokuratorem, a za „niestosowanie zasad podróżowania po terenie, gdzie występują białe niedźwiedzie”, nakładana jest grzywna – do 10 tys. koron norweskich (ok. 5 tys. zł).

My mamy ze sobą dwie sztuki broni, rakietnicę i płotek hukowy, ale i tak wystawiamy wartę każdej nocy. To pewniejsza metoda – wszak płotek hukowy znajduje się półtora metra od namiotu, więc jeśli niedźwiedź go sforsuje, to na reakcję nie zostanie nam wiele czasu.

Ruszamy w bezwietrzną, słoneczną pogodę przy niewielkim mrozie, więc możemy spokojnie rozbić namioty i cały obóz. Początkowo zajmuje nam to prawie trzy godziny. Trudno wbić półmetrowe śledzie w twardą lodową czy śnieżną pokrywę, tak by wytrzymały siłę wiatru. Część odciągów od namiotów mocujemy do czekanów i sanek obciążonych bagażem. Wieczorem zrywa się wiatr, jest

minus piętnaście stopni Celsjusza. Korzystanie z „toalety” w takich warunkach nie należy do przyjemnych. Trzeba brać łopatkę i uwinąć się szybko, by nie nawiało w spodnie, jednocześnie obserwując okolicę, czy przypadkiem nie nadchodzi miś.

Zabawa żywiołów
Drugiego dnia pogoda nas nie rozpieszcza. Wieje tak mocno, że z trudem zwijamy obóz. Na nartach nie da się iść, więc je ściągamy. Kłaniamy się żywiołom, zgięci wpół przedzieramy się przez wirującą biel. Wędrujemy z prędkością

2–3 km/h, z zakrytymi twarzami, w goglach, opatuleni kapturami obszytymi futrem z jenota. Dolina zwęża się, co wzmaga wiatr do prawie

100 km/h. Drobinki śniegu z olbrzymią siłą uderzają w twarz. Wyczerpani, rozbijamy namioty, a przez całą noc wiatr szarpie odciągami i całym stelażem. Zastanawiamy się, czy namioty wytrzymają. Wytrzymały.

Dopada nas pierwszy kryzys, część uczestników chce przeczekać trudne warunki atmosferyczne w namiotach. Grzegorz (kierownik naszej grupy i szef stacji polarnej) motywuje nas i zwijamy obozowisko. Wędrujemy w zupełnej bieli. Czuję się, jakbym znalazł się w kompletnie innej rzeczywistości – w świecie mlecznego pyłu i wyjącego wiatru, w którym jedynym wyraźnym punktem odniesienia są ciemne sylwetki kolegów maszerujących przede mną. Otaczają mnie i przytłaczają żywioły. Idziemy po ziemi, a właściwie po ośnieżonych lodowcach, a wokół nas szaleje powietrze – wiatr z wodą jako drobinki śniegu. Żywioły bawią się z nami. A jednocześnie pejzaż jest urokliwy, niecodzienny, pięknie… ciężki. Śnieg tworzy wydmy, linie, zygzaki i zasłony bieli.

Gdy następnego dnia przechodzimy przez zamarznięty Tempelfjord, ukazuje nam się na brzegu zacumowany żaglowiec. Wygląda surrealistycznie. Okazuje się, że na statku mają gorącą herbatę, jedzenie, piwo, ale tylko dla grup zorganizowanych przez biura turystyczne. Miła Norweżka oznajmia, że nam może dać tylko zimną wodę. Jesteśmy oburzeni. Wody to sobie sami natopimy! Rzucamy parę niecenzuralnych słów i ruszamy przed siebie. Wspinamy się na lodowiec Burn Murdoch, z poziomu morza na 900 m wysokości. Nasze sanki ważą po 50 kg, ale nam wydaje się, że trzy razy więcej. Pot cieknie nam aż do butów. Po lodowcu Bolton docieramy do doliny Gipsdalen.

Tego dnia przemierzyliśmy 27 km. Umordowani, o zmierzchu wchodzimy na zamarznięty fiord, a tu niespodzianka. Około 800 m od nas poluje niedźwiedzica z trójką młodych. Podstawą pożywienia niedźwiedzi są foki, na które potrafią czekać godzinami przy otworach oddechowych wydrążonych w lodzie. Dorosłe samce niedźwiedzi ważą nawet do 600 kg, przy 3 m długości, a pożywienie wyczuwają z ponad 30 km. Futro i tłuszcz chronią je przed zamarznięciem w ekstremalnych warunkach, mogą niestety umrzeć z przegrzania, na przykład gdy długo uciekają przed śmigłowcem. Najtrudniejszym okresem dla niedźwiedzi jest lato, wtedy niełatwo o pokarm. Zdarza się, że włamują się do nielicznych chatek myśliwskich i wyjadają, co tylko znajdą, nawet skórzane paski lub proszek do prania. Pachniemy słoniną i boczkiem, więc oddalamy się.

Wymarłe miasteczko
Około drugiej w nocy docieramy do letniej stacji polarnej Uniwersytetu im. A. Mickiewicza. „Stacja” to w gruncie rzeczy dwa kontenery o wymiarach 2,5 na 4 metry, ale dla nas są jak luksusowy hotel. Następnego dnia jeden z kolegów odjeżdża taksówką (skuterem), my zostajemy. W kilka godzin skuter pokonał trasę, którą my przemierzyliśmy w tydzień.

Przygotowujemy drzewo z palet wykopanych spod śniegu do piecyka, w którym rozpalamy rano i wieczorem, by topić wodę i podsuszyć odzież. Pijemy herbatę, patrząc w śnieżną dal, ale już przez okno, uzupełniamy dzienniki podróży, rozkoszujemy się jedzeniem… Ot, takie proste czynności, a jak cieszą. Przed nami kilka dni badań, pomagamy profesorowi Grzegorzowi Rachlewiczowi dokonywać odczytów z małych stacji meteo, ustawionych m.in. na lodowcu Pollock.

Jedną ze stacji pogryzł niedźwiedź – jakby czuł tam wędzonkę. Naprawiamy ją, marznąc przy silnym, zimnym wietrze. Nieopodal oglądamy lodowiec Flora o pięknej, niebieskawej barwie. Ponad połowa powierzchni Svalbardu to lodowce, ok. 35 tys. km² (tyle, co całe województwo mazowieckie). Są to lodowce sieciowe, tutaj mają od 5 do 1000 km długości. Znajduje się tu największy norweski lodowiec (i trzeci na świecie) – Austfonna, z czołem lodowca o długości 200 km. Wieczna zmarz[-]lina szacowana jest tutaj na ponad 300 m – latem rozmarza na głębokość 1–2 metrów.

W tych surowych warunkach roślin jest niewiele. Drzewa nie przekraczają kilku centymetrów wysokości, płożąc się po ziemi. Są to dębiki, wierzby i brzozy polarne, które prawdopodobnie mają nawet kilkaset lat. Można więc powiedzieć, że niedźwiedzie polarne… chodzą po drzewach.

Nieopodal stacji polarnej znajduje się nieczynna obecnie rosyjska kopalnia węgla kamiennego, tzw. Piramida. W 1911 roku jej budowę rozpoczęli Szwedzi, w 1927 prawo do wydobycia sprzedali Związkowi Radzieckiemu. W latach 80. pracowało tu około 1500 osób. Do zamknięcia kopalni przyczyniły się zmiany w ZSRR w latach 90., nieopłacalność i katastrofa lotnicza w 1996 roku – zginęło wówczas 141 pracowników kopalni. Przez lata stała pusta, a dziś to surrealistyczny widok: budynki wewnątrz wyglądają tak, jakby opuszczono je przed chwilą – niedoczytane gazety, zastawione stoły… Miasteczko zbudowano „obowiązkowo” z pomnikiem Lenina, szkołą, przedszkolem, domem kultury i halą sportową z basenem. Mimo że opuszczone i w ruinie, jest jedną z ważniejszych atrakcji turystycznych na Svalbardzie. Turystów oprowadza przewodnik w stroju białogwardzisty, można skorzystać z noclegu w Piramidzie i z baru.

Warto również wspomnieć historię osady Ny-London, w której w latach 1911–1920 wydobywano marmur. Przedsiębiorczy Anglik namówił inwestorów na budowę kopalni i przez klika lat zbudowano osadę na ok. 70 osób, ułożono szyny, sprowadzono urządzenia, wagony z lokomotywą, rozpoczęto wydobycie i… okazało się, że ten piękny żyłkowany marmur ma mikroszczeliny wietrzeniowe, w których zamarza woda i rozsadza skałę, czyniąc ją praktycznie bezużyteczną. Pechowy inicjator tego przedsięwzięcia popełnił samobójstwo.

Pokora na wietrze
Wieczorem pakujemy się i ruszamy w drogę powrotną do stolicy. Wędrując wzdłuż fiordu, liczymy na znalezienie półki lodowej, po której łatwiej by nam się maszerowało. Półka lodowa to rodzaj występu lodowego utworzonego przez zamarznięte fale uderzające o brzeg. Po przejściu ok. 17 km rozbijamy obóz przy maleńkiej latarni morskiej, 500 m od brzegu fiordu. Wieje wiatr, więc budujemy murki ze śniegu. W trakcie rozbijania obozowiska profesor wspina się na latarnię i dostrzega niedźwiedzicę z dwójką młodych kilkaset metrów od nas. Wiemy, że ona wie, co my jedliśmy na obiad, my nie wiemy, kiedy ona jadła ostatni raz. Mamy w pogotowiu rakietnicę i broń. Zmieniamy się na warcie i ciągle obserwujemy niedźwiedzicę.

Następnego dnia wchodzimy na półkę lodową, która między zboczem a niezamarzniętym fiordem ma do 3 metrów szerokości, nieco dalej zwęża się do 1,5 metra. Pokrywający półkę lód jest nierówny, więc nasze sanki co chwilę się wywracają, a sznurki plączą. Odreagowujemy soczystą „łaciną”. Kilka metrów dalej półka lodowa zwęża się do pół metra szerokości, fale biją o brzeg lodowatą wodą, a jakby tego było mało – na śniegu widzimy świeże tropy niedźwiedzicy i jej młodych. Nie ma dokąd uciec! Modlimy się, by nie zechciała zawrócić. Maszerujemy, pomagając sobie w przeciąganiu sanek a to przez bryły lodu, a to po stromych zboczach z twardym, firnowym śniegiem, a to przez wąski kamienisty i co chwilę zalewany brzeg. Martwimy się, że jeśli będziemy przemieszczać się w takim tempie, czyli 2–3 km/h, to nie zdążymy na samolot. Czujemy się jak pierwsi odkrywcy – kompletnie nie wiemy, co nas czeka. Wyczerpani piekielnie trudnym trawersem wokół Cowanodden, docieramy do przylądka Gåsodden. W wietrze i deszczu rozbijamy jeden namiot – przed wiatrem nie osłania nas nawet solidny śnieżny murek. Wszystko mokre, współczuję Jahowi, gdyż przypada mu pierwsza warta w deszczu z wiatrem. Moja warta jest znacznie przyjemniejsza, nie pada, chmury zmieniają się co 15 minut i pięknie, krwawo wstaje słońce. Wprawdzie dzień polarny jeszcze się nie zaczął, ale przez całą dobę mamy jasno. Na drugi dzień rano minus pięć stopni Celsjusza, wszystko zamarznięte na kość. Na Svalbardzie obawiać się można trzech rzeczy: wiatru, deszczu i niedźwiedzi.

Docieramy na przylądek Bjørnsletta, skąd mamy piękny widok na Tempelfjord. Udało się, rzucamy się sobie na szyję! Możemy przypiąć narty i spokojnie ruszyć dalej w kierunku Longyearbyen. W oddali dostrzegamy początkowo niewyraźne sylwetki dwóch osób z sankami. Gdy dochodzimy bliżej, okazuje się, że ciągną… kajaki! To Polacy, Norbert Pokorski i Krzysiek Michalski, doświadczeni polarnicy, którzy ze swoim „bagażem” – 150 kg przeszli 300 km. Byliśmy pod ogromnym wrażeniem ich sił i wytrwałości. A nam się wydawało, że mamy ciężkie sanki. Podróże uczą pokory.

***

Przypisy