Brak wyników

inne , I

6 września 2017

Po śladach

1

Była w tych kolejach losu, zarówno Barbary Sadowskiej, jak i jej syna, jakaś nieuchronność, coś jakby zbliżanie się ćmy do płomienia świecy - mówi Cezary Łazarewicz.

DOROTA KRZEMIONKA: – Kiedy Grzegorz Przemyk, maturzysta, został zamordowany, ja kończyłam studia. Wiedziałam, co się stało, ale gdy czytam w Pana książce, jak zacierano ślady zbrodni, to pięści mi się zaciskają...
Cezary Łazarewicz: – Mnie ta książka przeorała, bo nie wyobrażałem sobie, że skala zacierania śladów była tak wielka i misternie tkana. W głowie mi się to nie mieściło, choć przecież pamiętam tamte czasy, miałem kontakty z opozycją, byłem w Warszawie miesiąc po pogrzebie Przemyka. Pamiętam atmosferę pod kościołem akademickim św. Anny, czytanie ulotek..., ale nie miałem pojęcia, że takie siły i środki zostały zaangażowane, że tyle osób pomagało w zacieraniu śladów, każdy stanowił cząstkę tej machiny. Ktoś tym wszystkim sterował z pełną świadomością. A przecież chodziło o życie dziewiętnastolatka... Z punktu widzenia PRL-u to była zupełnie nieważna sprawa. Do dziś nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego państwo włożyło tyle energii w tuszowanie sprawy Grzegorza Przemyka. Państwo! To jest najgorsze, że ślady po tym morderstwie zacierał nie jakiś jeden urzędnik, tylko państwo. Minister, szef komendy głównej milicji, partia...

D.K.: – A także znany naukowiec, prof. Włodzimierz Szewczuk. Kierował Instytutem Psychologii, gdzie studiowałam. Poraża mnie, że psychologia była zamieszana w proceder zacierania śladów zbrodni.
– Nie psychologia, tylko ten konkretny psycholog, który dostał „kosz smakołyków” za sporządzenie opinii. Tak to się wtedy odbywało. Dziś politycy, dyktatorzy skorzystaliby z usług agencji PR-owej, a w tamtych czasach brało się dyrektora Instytutu Psychologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. W tę machinę zacierania śladów zaangażowani byli też profesorowie z Wojskowej Akademii Politycznej i, jak rozumiem, robili to z rozmysłem. Gdy przeglądałem dokumenty, uderzyło mnie, że tam nie mówiło się wprost, co się wydarzyło. Mówiło się tylko, jak „załatwić tę sprawę”. Z jednym wyjątkiem: podczas spotkania w Komitecie Centralnym PZPR, w którym brali udział generał Czesław Kiszczak, szef MSW, i Mirosław Milewski, sekretarz od bezpieczeństwa, pada wprost stwierdzenie: „nawet jeśli to zrobili milicjanci, nie możemy się do tego przyznać”. W dokumentach rzadko spotyka się takie świadectwa.

MAGDA BRZEZIŃSKA: – Á propos naukowców z zespołu Wojskowej Akademii Politycznej. Byłam ciekawa, jakie były ich losy i czym zajmowali się po udziale w tuszowaniu „sprawy Przemyka”. Jeden z nich, pułkownik profesor Józef Borgosz, zajmował się potem filozofią pokoju. Tytuł jego ostatniej publikacji naukowej to Drogi i bezdroża filozofii pokoju (od Homera do Jana Pawła II).
– To ciekawe, co ten człowiek mógł napisać o Janie Pawle II... Z dokumentów, które przejrzałem, wynika, że pułkownik Borgosz był bardzo aktywny w sprawie Przemyka, w książce zacytowałem tylko kilka fragmentów z ekspertyz zespołu Wojskowej Akademii Politycznej. Lektura całej ekspertyzy jest wstrząsająca, bo widać jak na dłoni, że ci naukowcy wiedzą, że kłamią, i że służy to zatuszowaniu zbrodni. A mimo to tworzą przeróżne scenariusze, jak ukryć prawdę.

D.K.: – W przypadku prof. Szewczuka władze zwróciły się do fachowca – znane były jego eksperymentalne badania nad pamięcią. Wiedział, jakim zniekształceniom ona ulega i jak można nią manipulować.
– Wydaje mi się, że zwrócono się do niego przede wszystkim dlatego, że był głęboko partyjny. Z dokumentów wynika, że gdy pułkownik Romuald Zajkowski z kontrwywiadu wojskowego leciał do niego samolotem, bo sprawa była pilna, to leciał do osoby zaufanej, która już nieraz była wykorzystywana w podobnych sprawach.

D.K.: – Za radą psychologów wykorzystano kilka metod manipulacji. Prof. Szewczuk sugerował, by pokazać „wroga” w złym świetle – na przykład, że matka Grzegorza Przemyka pije, źle się prowadzi, że Grzegorz był narkomanem. Gdy pogłoski o pobiciu przez milicję przybierały na sile, zaproponował odwrócenie intencji, czyli pokazanie, że jest to próba skompromitowania służb bezpieczeństwa. A równocześnie ocieplanie wizerunku tych służb – na przykład pokazywanie w telewizji, jak milicjant ratuje kogoś z rąk bandytów.
– Zaplanowano jakieś programy telewizyjne, pokazujące dobrych milicjantów, jak koszą trawniki, przeprowadzają dzieci przez ulice. Widziałem nawet część tych programów, gdzie zomowcy włączali się w porządkowanie parków, zbierali ziemniaki podczas wykopków.

M.B.: – Z kolei zespół prof. Borgosza radził, by zamiast skupiać się na taktyce obrony – zaatakować i znaleźć innego winnego.
– Wydaje mi się, że zespół Borgosza miał większe „zasługi” niż prof. Szewczuk. Borgosz wskazał, jak skompromitować zeznania jednego z najważniejszych świadków, czyli Kuby Kotańskiego, który stał pod komisariatem przy Jezuickiej i słyszał, jak Przemyk krzyczał, gdy go tłukli. „Zasługą” prof. Borgosza był pomysł, by te krzyki bólu uznać za okrzyki karateki. Czytałem zeznania milicjantów – wszyscy jak jeden mąż powtarzali: „Przemyk nie krzyczał z bólu, to były okrzyki karateki”. Ireneusz Kościuk, oskarżony o śmiertelne pobicie Przemyka, to samo powtórzył podczas wznowionego procesu, jeszcze w 2004 roku.
M.B.: – Czytając Pana reportaż o Przemyku, miałam wrażenie, że siłą tej książki jest nie tylko obnażenie kłamstw i manipulacji państwa i systemu, ale – może nawet jeszcze większą siłą – przedstawione koleje losów konkretnych osób. Historia najbardziej odsłania się w tych indywidualnych przypadkach. Pan przeorał te biografie, losy ludzi związanych ze sprawą Przemyka. Historia której osoby dotknęła Pana najmocniej, najgłębiej w Panu siedzi?
– Zdecydowanie los Barbary Sadowskiej, matki Grzegorza Przemyka. Ona była najtragiczniejszą postacią w tej historii. Miała całe życie nieudane, a śmierć syna była dla niej tragedią, z którą już nie potrafiła sobie poradzić. Tak naprawdę Barbara Sadowska umarła 14 maja 1983 roku, razem z Grzegorzem Przemykiem – te jej trzy ostatnie lata po śmierci syna to było takie dogorywanie, dogasanie. Jeszcze przez pierwszy rok trzymał ją przy życiu ks. Jerzy Popiełuszko. Pewnie dlatego nie chciała uwierzyć w jego śmierć. Gdy został porwany, dodawała innym otuchy i łajała, kiedy brakowało im wiary. Trzymała się wersji, że na pewno żyje. Wierzyła w to do końca. Jej przyjaciółka opowiedziała mi, że gdy ktoś w to wątpił, Sadowska strasznie się denerwowała i krzyczała: „jak możecie w to wątpić? ja wierzę!”. Gdy młody Fogg przyszedł z informacją, że ksiądz Popiełuszko nie żyje, Sadowska dosłownie się osunęła. Jej przyjaciele mieli świadomość, że to koniec matki Przemyka.

D.K.: – Pisze Pan o rysie tragicznym w życiu Barbary Sadowskiej, jakby jakimś fatum... Zastanawiam się, czy losy jej i jej syna mogły potoczyć się inaczej? Grzegorz mógłby skończyć studia, znaleźć pracę. Ale, jak Pan pisze, milicjant Kościuk „już rozpoczął służbę”. Brzmi to fatalistycznie, trochę jak „Anuszka już rozlała olej” u Michaiła Bułhakowa...
– Tak miało zabrzmieć! Była w tych kolejach losu, zarówno Barbary Sadowskiej, jak i jej syna, jakaś nieuchronność, coś jak zbliżanie się ćmy do płomienia świecy. Oni wybrali taki styl życia, który po części determinował ich losy. Bo przecież gdyby byli posłuszni... Gdyby Barbara Sadowska nie angażowała się w działalność opozycyjną, a jej syn podał swój dowód milicjantowi, to może sprawy potoczyłyby się inaczej. Trochę tak jak z Lechem Wałęsą – gdyby za PRL-u siedział cicho, to dzisiaj nikt by mu nie wyciągał teczek. Gdyby Sadowska i Przemyk byli innymi osobami, żyli inaczej, to dziś pewnie nie rozmawialibyśmy o nich. Wiedzieli, że mogą być aresztowani, pobici, internowani, ale chyba nie sądzili, że może zdarzyć się coś gorszego. Aresztowania i przesłuchania Sadowska miała wkalkulowane w swoje działania i tego się nie bała. Na przesłuchaniach mówiła do milicjantów: „Ale co mi możecie zrobić? Ja mam tyle chorób, że zaraz mogę umrzeć”. Ale miała też słaby punkt i śledczy go znaleźli. „Tobie nie możemy nic zrobić, ale masz jeszcze syna...” – mówili. Tylko że ona myślała, że te pogróżki dotyczą co najwyżej wsadzenia Grzegorza do wojska. Spowodują, że nie zda matury i będzie musiał „iść w kamasze”. Tego on i ona bardzo się bali – wiedzieli, że go tam zgnoją. Nie był typem człowieka, który nadaje się do wojska. Był poetą wychowanym w artystycznym środowisku. Tamtego dnia, gdy świętował zdaną maturę na placu Zamkowym, zomowcy podeszli do niego, bo był inny. I dostał pałami za to, że był inny. Nieokazanie dowodu to był tylko pretekst. Równie dobrze mógł dostać za to, że miał za długie włosy albo koszulę rozchełstaną.

D.K.: – I to wystarczyło, by kogoś pobić na śmierć? Czyli nie była to zaplanowana akcja?
– Nie, to pobicie nie było zaplanowane. Od wprowadzenia stanu wojennego, czyli od 13 grudnia 1981 roku, w okolicy Jezuickiej ciągle organizowano manifestacje, na Starym Mieście stale były jakieś zadymy, więc służby były tam postawione w stan gotowości. Niejeden „Kościuk” i niejeden „Bielec” przyłożyli tam pałą wielu takim chłopakom jak Przemyk, wielu skopali, bo tak się wtedy traktowało manifestujących. Tego dnia, kiedy zomowcy zatrzymali Przemyka, była rocznica śmierci Piłsudskiego. A tydzień wcześniej, 3 maja, milicjanci wpadli do Komitetu Prymasowskiego, porwali ludzi, bili. Sadowskiej, działającej przy komitecie, połamali ręce – przecież z niej było chuchro, a przeciwko wysłano komandosów. To była demonstracja siły, poczucia mocy... I ta słaba kobieta – w książce próbuję odtworzyć jej historię, chcę przywrócić pamięć o niej.

M.B.: – Matka Przemyka była krucha, chorowita, a jednak była w niej wielka siła. Tę siłę widać w filmie nagranym przez kogoś z jej otoczenia – Barbara Sadowska mówi przed kamerą, że nie ma żalu do tych zomowców, bo byli „chorymi narzędziami” w „chorym państwie”. Mówi, że oni też są ofiarami. Pan w książce pokazuje, że ofiary są po obu stronach. Poruszające są słowa matki jednego z zomowców, którzy zatrzymali Przemyka. Ta kobieta zapewnia, że jej syn na pewno nie miał nic wspólnego z pobiciem, bo gdyby maczał w tym palce, „to byłby winny, zamknęliby go”. A przecież nie został ukarany. Tak bardzo to wyparła?
– Tak matka kocha własnego syna... Próbowałem się z nim spotkać. Kto wie, może gdybym został dłużej w rodzinnej wsi na Podkarpaciu, udałoby mi się z nim porozmawiać. I pewnie powiedziałby: „nie, ja o tym nie rozmawiam”. Ale dowiedziałem się czegoś o nim od jego matki. Dla niej jest ukochanym synem, jej dumą. Kimś, kto się wybił, podbił świat. Podobnie w swojej rodzinnej miejscowości traktowany jest Kościuk, drugi były zomowiec zamieszany w sprawę Przemyka. Dla ludzi z Czerkasów Kościuk jest człowiekiem, który zrobił kosmiczną karierę – wyrwał się z biednej wsi nad Bugiem, wyjechał do Warszawy, mieszkał w stolicy, potem osiadł w mieście wojewódzkim, w Zamościu, miał mieszkanie w bloku. Taki mają punkt odniesienia. A „sprawa Przemyka” to były przykrości, które ciągnęły się za nim długo. Wszyscy bliscy współczują mu i nie rozmawiają z nim o tym, bo to dla nich drażliwy temat. Myślę, że oni jeszcze nie przepracowali tego. Pewnie chcieliby o tym zapomnieć, albo pamiętać inaczej...

D.K.: – Mam wrażenie, że kluczem do Pana książki jest właśnie pamięć. Niby o sprawie Przemyka pamiętamy, ale tak naprawdę nie wiadomo, co pamiętamy... Ile w tych wspomnieniach mistyfikacji i kłamstwa. A jak wiadomo, kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą.
– Próbuję odgrzebać prawdziwą historię spod tych wszystkich manipulacji i mistyfikacji. To się udaje, bo ci, co fałszowali w sprawie Przemyka, zostawiali za sobą ślady – proszę pamiętać, że to była cała machina państwowa, urzędnicza, więc spisywano raporty, sprawozdania. Starałem się dotrzeć do faktów i ich nie interpretować – niech czytelnicy sami to zrobią. Oczywiście to, jak ja myślę o tej sprawie, jest widoczne w doborze faktów, ale nie piętnuję nikogo. Czytelnik sam wie, kto tu jest czarnym charakterem, a kto ofiarą.

M.B.: – Myśli Pan, że to był ostatni moment, żeby dotrzeć do świadków, zapisać ich świadec[-]twa? Żeby ocalić pamięć o śmiertelnym pobiciu Grzegorza Przemyka? Kilka lat temu poseł z pokolenia, które w dorosłość wchodziło po 89 roku, przyznał, że „tak naprawdę to nie wiadomo, jak to było z tym Przemykiem,”.
– Ta wypowiedź zmotywowała mnie, by się zająć sprawą Przemyka. I rzeczywiście, zbierając materiał do książki, wielokrotnie miałem poczucie, że stąpam po ostatnich skrawkach lądu, wydzieranego przez ocean niepamięci. Większość osób, do których dzwoniłem i pytałem o Barbarę Sadowską, mówiła: „tak, to była świetna babka, mam ją przed oczyma, dużo pomagała ludziom”. Ale, dopytywani, nie potrafili przypomnieć sobie żadnej konkretnej historii, przykładu, jakiegoś żywego obrazka z jej życia i relacji z innymi. Pamięć ludzka jest bardziej dziurawa i ulotna, niż nam się zdaje. Wypiera to, co trudne, złe, przykre, ale i to, co dobre, takie drobiazgi codzienności, gesty życzliwości.
Jeśli chodzi o samą sprawę Przemyka, to mogłem przegrzebać akta sądowe, dokumenty IPN-owskie. Córka Wiktora Woroszylskiego udostępniła mi pamiętnik ojca, w którym dzień w dzień notował swoje myśli, relacjonował spotkania, zdarzenia. Bardzo mi to pomogło w odtworzeniu tamtego czasu. To pokazuje, że jak się czegoś nie zapisze, to może szybko zniknąć, ulecieć z pamięci. Trudno było mi się czegoś dowiedzieć o rodzicach Sadowskiej. Jej dawni znajomi niewiele pamiętali.

M.B.: – Przede wszystkim przywrócił Pan pamięć o ojcu Grzegorza Przemyka – Leopoldzie. Przez lata był ukryty w cieniu Sadowskiej, która była trochę jak matka bolesna. A przecież on też przeżywał śmierć syna, walczył o prawdę o niej.
– Tak. Bardzo mnie zaskoczyło, że tak mało się o nim mówiło, jakby Grzegorz Przemyk miał tylko matkę. A przecież po rozwodzie z Barbarą Leopold miał regularny kontakt z synem, dbał o niego, interesował się nim. Grzegorz miał dobre relacje z przyrodnim, dużo młodszym bratem. Leopold cierpiał po śmierci syna nie mniej niż Barbara, jednak uwaga mediów, ludzi przez lata była skierowana tylko na nią. Dla mediów narodził się on dopiero w latach dziewięćdziesiątych, po śmierci Barbary, gdy ruszył drugi proces i jako ojciec był oskarżycielem posiłkowym. Przez lata był na każdej rozprawie, wysłał niezliczone pisma do sądów i adwokatów. Gdy sąd umorzył tę sprawę, Leopold wniósł skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, że postępowanie w sprawie śmierci Grzegorza było przewlekane i nie zmierzało do odnalezienia sprawców. I wygrał, ale był już bardzo chory, dwa miesiące później zmarł. Nie czuł satysfakcji, lecz rozgoryczenie.

D.K.: – Miał Pan momenty zwątpienia w trakcie pracy nad tą książką?
– Wydawcy, z którymi rozmawiałem, dziwili się, o czym ja jeszcze chcę pisać, „przecież wszyscy wiedzą wszystko na ten temat”. A ja byłem przekonany, że nic nie wiedzą. Bałem się, że bardzo pracochłonna forma, jaką wybrałem dla tej opowieści, nie przyniesie odpowiedniego efektu. Że prowadzony przeze mnie dziennik będzie tylko mozaiką opowieści, które się łączą swobodnie. Chciałem, żeby każdy wpis był zakończony jakąś puentą i był taką mikroopowieścią. Dużo czasu mi na tym zeszło, przekroczyłem kilka terminów wydawniczych, a gdy już skończyłem książkę, to... pomyślałem, że czytelnicy mnie zlinczują, jeśli nie sprawdzę, co dzieje się dziś z bohaterami tej opowieści. Co z ojcem Przemyka, zomowcami, świadkami. Ruszyłem po całym kraju za tymi ludźmi: Zamość, Podkarpacie, Bieszczady, Hrubieszów. Wyglądałem jak zombie, żona prosiła: „Skończ już wreszcie tę książkę, bo się rozwiedziemy”.

M.B.: – Powiedział Pan na początku, że ta historia Pana przeorała. Kogo Pan spotkał w sobie, pisząc książkę o Przemyku?
– Sprawa Przemyka przeorała wielu ludzi, którzy już nigdy nie wrócili do swojego życia – tak się stało choćby z sanitariuszem Wysockim.
Wie pani, nie jestem sentymentalny... Wiedziałem, że lepiej dla tej historii będzie, jeśli napiszę ją z zimną krwią, bez emocji. Tłumiłem je, by nie przelać na papier niechęci do niektórych bohaterów. Pilnowałem się, żeby nie używać przymiotników, tylko rzeczowniki. Wiedziałem, że jak zacznę ją upiększać, to wyleję dziecko z kąpielą. Tak miała być napisana – bez mojego uczucia. A kogo w sobie znalazłem? Jestem po prostu kronikarzem. Napisałem historię, którą trzeba było napisać. I zrobiłem to z potrzeby serca – czułem, że jeśli nie opiszę tej sprawy, to ona zostanie zapomniana. Pozbierałem ostatnie ślady, i to już dość mocno zadeptane. 
Jeśli chcesz się podzielić opinią na temat rozmowy, napisz do nas (redakcja@charaktery.com.pl).


***

Grzegorz Przemyk (1964–1983) – był poetą, synem polskiej poetki Barbary Sadowskiej i Leopolda Przemyka. 12 maja 1983 roku został pobity przez milicjantów, co doprowadziło do jego śmierci.
Przemyk został zatrzymany na placu Zamkowym w Warszawie, gdzie z kolegami świętował maturę. Nie okazał dowodu osobistego, więc został zabrany przez patrolujących plac zomowców na komisariat milicji przy ul. Jezuickiej i tam ciężko pobity. Zmarł w szpitalu w wyniku ciężkich urazów jamy brzusznej. Jego pogrzeb był manifestacją przeciwko władzy komunistycznej. Od początku władze oraz Służba Bezpieczeństwa próbowały winą obarczyć sanitariuszy, którzy przewozili Przemyka z komisariatu do szpitala, a funkcjonariuszy ZOMO uwolnić od wszelkich zarzutów. W wyniku zmanipulowanego śledztwa i procesu na karę więzienia skazano dwóch sanitariuszy oraz lekarkę.
Po 1989 roku uchylono te wyroki i wznowiono proces – tym razem przeciwko trzem milicjantom. Skazany został tylko jeden z nich, jednak dotąd nie odbył kary „z powodów zdrowotnych”.
W 2008 roku ruszył ponowny proces i skazano drugiego z milicjantów, ale uniknął on więzienia, ponieważ w 2009 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie uznał, że sprawa śmierci Grzegorza Przemyka przedawniła się.
 

Przypisy